Romualdas Grigas Lekkie historiozoficzne refleksje na temat europejskiej i jaćwieskiej mentalności Na wstępie – o ogólnym historyczno-mentalnym kontekście łączącym plemiona Aistów i Bałtów, o „terra incognita”… Wydaje się, że tak niedawno, dwadzieścia lat temu (1998 r.), wydawnictwo „Aidai” przedstawiło litewskojęzycznemu społeczeństwu dość imponujące dzieło pt. „Europos mentaliteto istorija” (o objętości 590 s.). Rzuciłem się do lektury. Czytałem „od deski do deski”… Litwa przygotowywała się do stania się „pełnoprawną Europejką” (członkiem UE). Struktura dzieła – wspaniała, intrygująca. Dla zainteresowania wymienię tylko kilka pierwszych z siedemnastu rozdziałów: „Indywidualność, rodzina, społeczeństwo. Seksualność i miłość. Religijność. Ciało i dusza. Choroba. Etapy życia”. Wszystkie one zostały skrupulatnie podzielone na powtarzające się podrozdziały, oznaczające epoki: „Antyk. Średniowiecze. Czasy nowożytne”. Ale… W tym fundamentalnym dziele (tłumaczonym z języka niemieckiego, wydanie z 1993 r.) nie natrafiłem na żadną wzmiankę o superetnosie Aistów czy Bałtów. Według licznych źródeł wykorzystanych w tej książce, nie istnieli nie tylko Litwini czy jeszcze starsi od nich Sudowowie i Jaćwingowie. Nie znalazłem ani jednego opisu Prusów (!) pióra któregokolwiek z autorów. Co dziwne, niedostrzeżone pozostały nawet tak powszechnie znane dawne kroniki, jak choćby: inflancka, Piotra z Dusburga czy Jana Długosza… Redaktor wspomnianego dzieła (Peter Dinzelbacher) „nie zauważył” także opublikowanej przed kilkoma dekadami w języku angielskim monografii naszej wybitnej uczonej Marii Gimbutienė pt. „The Balts” (London, 1963) oraz wydanego w 1991 roku przez tę samą autorkę jeszcze bardziej imponującego dzieła „The World of Old Europe”. Prof. M. Gimbutienė na ogromnych przestrzeniach Europy odnalazła i przekonująco przedstawiła dowody archeologiczne dotyczące terenów zamieszkiwanych niegdyś przez przodków naszego „superbałtyckiego” etnosu oraz pokrewnych im plemion, a także ich niewątpliwego wpływu na później uformowane ludy. Na niejednym europejskim (i światowym) uniwersytecie analizowano i wykazywano związek między sanskrytem a językiem litewskim. Autor „Europos mentaliteto istorija”, który wyraźnie pretendował do miana wyjątkowego znawcy kultury europejskiej i jej korzeni, zdaje się nie zauważył również prekursora historii spisanej – Herodota (IV w. p.n.e.). Starożytny grecki mędrzec powiadomił cywilizowany świat, że plemiona żyjące między Morzem Czarnym a Bałtykiem, sięgające północnych szerokości geograficznych, które nazwał mianem Hiperborejczyków, posiadały swoistą cywilizację opartą na zasadach kultury duchowej. Takie oceny nie biorą się „z niczego”. Zapewne moralny niepokój budził w nim ówczesny styl życia Greków i Rzymian, w którym dominującą pozycję starały się zająć interesy materialne, luksus i zaspokajanie potrzeb zmysłowych. Innymi słowy – historyka mógł niepokoić upadek moralny otaczającego go świata. Szerzej wspomniałem o „Europos mentaliteto istorija” z prostego powodu. My, jedni z najstarszych Europejczyków (w roku wydania wspomnianej publikacji dążący do stania się „uznanymi”), dla samej Europy pozostaliśmy nieznani. Jak gdyby przestrzenie rozciągające się między Azją a Europą wypełniały ludy homo sapiens nieznanego pochodzenia… To swoje fundamentalne twierdzenie mogę uzupełnić innym przykładem: podręcznikiem do „Historii powszechnej”, który był przeznaczony dla uczniów klas X lub XI litewskich szkół średnich. Przetłumaczony z języka angielskiego, napisany przez dwóch Norwegów (!). Był to już początek trzeciego tysiąclecia. Przeglądając stronę po stronie, natrafiłem na „ciekawą” mapę Europy Wschodniej. Wyraźnie zaznaczono na niej kolorami, że już w drugim wieku po Chrystusie Słowianie od wieków żyli na Litwie, włącznie z miejscowością Kartena. Dla Aistów-Bałtów pozostawiono wąziutki, liczący 30–50 km pasek wzdłuż Morza Bałtyckiego… Co tu dopiero mówić o Jaćwingach. Jeszcze przed kilkoma laty podsuwałem swoim znajomym mapkę przedrukowaną z podręcznika do historii od lat przeznaczonego dla szkół średnich w USA. Terytorium Białorusi nazwano tam „Lithuania” i pomalowano na kolor UE. A sama Litwa? Jej terytorium zostało zlane z obwodem królewieckim i te „wielką enklawę” nazwano „Rusia”. Oczywiście z przypisanym jej, podobnie jak całej przestrzeni właściwej Rosji, kolorem. Wtedy, wertując wymienione książki, zdziwiło mnie coś jeszcze! Z naszej strony – ze strony wydawców, historyków i pedagogów – nie znalazłem żadnej wzmianki na marginesach czy w jakimkolwiek innym miejscu, że prezentowane odbiorcom dzieła są naznaczone jawnym grzechem – ignorowaniem naszego ludu, naszych przodków i ich kultury. Że germanofilia w uścisku ze sławofilią wciąż panują w przestrzeni europejskiej myśli historycznej. Wierzę, że w ostatnich latach sytuacja się zmieniła, przesunęła się w stronę bardziej obiektywnego przedstawiania wiedzy o tym „naszym świecie”. A jednak… Gdzie byli wtedy nasi wybitni politycy-intelektualiści oraz jeżdżący po międzynarodowych konferencjach nasi politolodzy, kulturoznawcy, a zwłaszcza historycy? Jako „rekompensatę” za wypowiedzianą przed chwilą krytyczną uwagę, przedstawię inny fakt broniący mentalności litewskich intelektualistów. Przypomnijmy rok 1987. Na Litwie wciąż panowała władza radziecka i jej cierpka woń. Jednak Kościołowi katolickiemu pozwolono uroczyście, z pewną pompą, świętować 600-lecie przyjęcia chrześcijaństwa. Oczywiście w wydaniu rzymskokatolickim. Jednak szersza opinia publiczna tak i nie dowiedziała się, że latem 1986 roku w Rzymie trwała wręcz batalia. Przybyli z całego świata wybitni litewscy emigranci (Marija Gimbutienė, Zenonas Ivinskis, Jonas Dainauskas, Vilius Bražėnas, biskup A. Baltakis i inni) zorganizowali konferencję poświęconą ustaleniu daty pierwszego chrztu Litwinów. Litwini żyjący na emigracji rozproszyli w Rzymie tysiące ulotek z dowodami, że katolicyzm został oficjalnie wprowadzony na Litwie wraz z chrztem króla Mendoga i jego bliskich (tak jak to było przyjęte w innych krajach). Słowem, jubileuszowy rok należało ogłosić od 1251, a nie od 1386 roku. Czyli o 135 lat wcześniej. Jednak uczestnicząca w konferencji szczególnie liczna delegacja polska trzymała się swego: katolicyzm szerzył się w ówczesnej Litwie właśnie dzięki ich świeżo wybranemu królowi Jagielle, a zwłaszcza dzięki ich (tj. polskiej) misji apostolskiej. Przybywszy z Litwy biskupi, a także przewodniczący konferencji kardynał, zajęli neutralne stanowiska. Walkę wygrali nieustępliwi Polacy. Całą tę historię opowiedział mi i pokazał dokumenty przybyły z USA historyk Algimantas Končys-Žemaitaitis, który uczestniczył w tych wydarzeniach. Z ubolewaniem musimy przyznać, że nie tylko w latach radzieckich, ale jeszcze i dzisiaj w naszej historiografii czai się żmija germanizacji, slawizacji i, co zrozumiałe, globalizmu (multikulturalizmu, tj. negowania tożsamości narodowej)… Nie jestem badaczem Jaćwingów. Ale i sercem, i umysłem dotykam najbliższych krewnych Litwinów, których część (wraz ze swoimi ziemiami) przetrwała i żyje zlituanizowana na obecnym terytorium Litwy. A dotykam ich jeszcze i z tego powodu, że w ostatnich dwóch dekadach moja uwaga, jako osoby ze wspólnoty naukowej, skoncentrowana jest na kulturze dawnych Litwinów, na ich organizacji społecznej, praktykowanym życiu duchowym i dziedzictwie materialnym świadczącym o takim życiu. Tej problematyce poświęconych jest nawet kilka moich monografii. Ostatnia z nich – „Lietuvos piliakalnių paslaptys” (wydawnictwo „Diemedis”, 1400 egz., 220 s.) – została opublikowana na początku bieżącego roku. W książce z licznymi ilustracjami opisano epokę rozkwitu grodzisk obrzędowych (VII–XI w.), która niewątpliwie była charakterystyczna również dla ziem jaćwieskich. Powtarzając się, mówię: nie pretenduję do stawania w szranki z doświadczonymi znawcami historii Jaćwingów i ich kultury (których, w moim przekonaniu, szeregi powinny być liczniejsze i wybitniejsze). Jako badacz kultury narodowej, podzielę się z czytelnikiem niektórymi spostrzeżeniami na temat organizacji społecznej i kultury Jaćwingów. W tym przypadku myślę nie tylko o znaleziskach archeologicznych. Co prawda, trudno przemilczeć wyposażenie grobowe pewnego jaćwieskiego wojownika (V–VI w.), które odnaleziono na znajdujących się w granicach Polski dzisiejszych Mazurach. Archeologów zdziwił nie tyle typowy, strojny, okuwany metalem pas czy róg do picia. Zdziwił ich grzebień i nożyczki (narzędzia służące męskiej pielęgnacji). Ten mały szczegół jest dość wymowny, zaprzecza wszelkim zmyśleniom o niecywilizowanych „poganach”. Lecz przecież przedmioty, znaleziska archeologiczne, określają tylko pewną część sposobu życia plemienia czy narodu. Do zauważonego właśnie faktu dodam inny, bardziej imponujący, świadczący o kulturze Jaćwingów. Zatrzymam się przy opinii wyrażonej przez kronikarza krzyżackiego P. Dusburga, że Sudowowie, plemię zaliczane do Jaćwingów, byli „najszlachetniejszymi”. Na potwierdzenie takiego twierdzenia przytacza on i szczegółowo opisuje pewne wydarzenie. Według kronikarza, rycerz krzyżacki Ludwik, pochodzący ze szlachetnego rodu, został wzięty do niewoli przez wojowników jaćwieskiego (sudowskiego) wodza Skomanda. Podczas uczty (po zwycięskiej bitwie z krzyżowcami) jeden ze szlachetniejszych wojowników otaczających wodza, według Piotra z Dusburga, „mocno rozdrażnił brata Ludwika, bez ustanku go lżąc i wyzywając”. Rycerz krzyżacki, dbając o swoją godność, odważył się poskarżyć Skomandowi: „Czy po to mnie tutaj przyprowadziłeś, aby ten człowiek mnie znieważał?”. Skomand zaproponował jeńcowi miecz i starcie w pojedynku z owym oszczercą, by mógł bronić swego honoru. Piotr z Dusburga pisze: „Szlachetny Sudowianin został zabity na oczach wszystkich”. [zob. P. Dusburgietis. Prūsijos žemės kronika. Vilnius, Versus aureus, 2005, s. 267–268] Wydarzenie to, opisane w kronice krzyżackiej (zachowując chronologię zdarzeń przedstawioną w tekście), mogło mieć miejsce w roku 1280 lub 1281. Był to czas, kiedy siły nie tylko Prusów, ale i Jaćwingów zaledwie tliły się. Jednak wódz Skomand, zapewne wierny wciąż żywej tradycji i nie zważając na swoich wycieńczonych walkami towarzyszy, podjął właśnie taką decyzję: w kategorycznej, lecz w istocie rycerskiej formie nie tylko ukarał owego poległego w pojedynku pobratymca, ale jednocześnie zdyscyplinował wszystkich pozostałych. Jak widzimy z tego zdarzenia, opisanego przez samego kronikarza krzyżackiego, wciąż starano się przestrzegać odwiecznych zasad kultury moralnej, najprawdopodobniej analogicznych do tych u pruskich braci Jaćwingów, którzy na początku XI wieku przez arcybiskupa Adama z Bremy zostali określeni mianem „ludzi najbardziej ludzkich”. Nie mogę powstrzymać się od przytoczenia jeszcze jednej ilustracji świadczącej o kulturze jaćwieskiej. Hrabia Konstanty Tyszkiewicz, postać o szerokiej erudycji i zainteresowaniach naukowych, w 1857 roku postanowił przeprowadzić kompleksową ekspedycję, płynąc Wilią od samych jej źródeł. Wyprawę tę opisał niezwykle bogato w swojej książce „Neris ir jos krantai” (wydawnictwo „Mintis” opublikowało ją w języku litewskim w 1992 r.). Hrabiego bardzo interesowały ślady dawnych kultur. W jednym miejscu, jeszcze w górnym biegu Wilii (gdzie zamieszkiwali Jaćwingowie), badacz natrafił na piaszczysty brzeg. Od miejscowych dowiedział się, że znajdował się tutaj cmentarz. Wiatr i czas wykonały swoją pracę – wywiewając piaszczystą ziemię, odsłoniły ozdobne wyposażenie grobowe. Miejscowi zbierali te przedmioty i po przetopieniu wyrabiali z nich ramki do prawosławnych ikon. Cmentarz pochodził z XVI–XVIII wieku. Hrabiego zdziwiło to, że wyposażenie znajdowano jedynie przy szkieletach kobiecych. Groby mężczyzn były „czyste”. Naukowiec znalazł trafną odpowiedź: chociaż w czasach funkcjonowania cmentarza praktykowano już chrześcijaństwo, kobiety grzebano wciąż według zwyczajów „pogańskich” – z darami grobowymi. Mężczyzn zaś nie. Dlaczego? „Plemię” męskie reprezentowali już Słowianie, którzy pokonali jaćwieskich wojowników… Jak wiemy z historii, wojownicy jaćwiescy w ciężkich bojach walczyli do ostatniego męża. Dla Słowian, którzy wygrywali bitwy, łupem stawały się również jaćwieskie kobiety. Teraz zaś skierujemy nasz wzrok ku dziedzictwu, które wciąż tchnie nieodkrytymi tajemnicami – ku grodziskom.. Od dawna nurtowała mnie myśl, by głębiej zainteresować się tym, o czym archeolodzy wspominali jedynie „półgębkiem” – mianowicie faktem, że znaczna część aistyjskich (bałtyckich) grodzisk miała inne przeznaczenie, niż powszechnie zwykło się uważać i pisać. Zbierając „ziarnko do ziarnka”, spróbowałem zrekonstruować styl życia naszych przodków w okresie rozkwitu grodzisk obrzędowych (na Litwie przypadał on na VII–XI w.), cechy ich organizacji społecznej, a zwłaszcza kultury duchowej i obyczajowej. Nie ulega wątpliwości, że Jaćwingowie, żyjący obok Prusów, Kurów, Żmudzinów i Litwinów, praktykowali podobny styl życia; łączyły ich podobne zasady odczuwania kosmosu i natury oraz ich przejawy w życiu człowieka. Tym właśnie nasi przodkowie różnili się od zurbanizowanych narodów Europy Zachodniej i Południowo-Wschodniej, które wcześniej przyjęły ideologię chrześcijańską. Nawiasem mówiąc, niektóre z nich uczyniły z chrześcijaństwa potężny oręż ekspansji. Tekst mojej wspomnianej wcześniej książki o grodziskach był już w drodze do drukarni, gdy przypadkiem dowiedziałem się, że w dniach 19–21 października ubiegłego roku (2017 r.) w Wilnie, a następnie w Kłajpedzie odbyła się imponująca międzynarodowa konferencja naukowa pt. „Piliakalniai. Nuo atsiradimo iki šių dienų”. Została ona zorganizowana przez Litewskie Towarzystwo Archeologiczne. Był to swoisty finał kończący rok 2017, który przez Sejm Republiki został ogłoszony Rokiem Grodzisk. (Dodatki do mojej książki świadczą o tym, jak trudna była w rzeczywistości droga do zainicjowania Roku Grodzisk). W międzynarodowej konferencji wzięło udział imponujące grono zaproszonych prelegentów. Spośród nich moją szczególną uwagę przykuł szwedzki naukowiec Jan Henrik Fallgren i jego referat „Piliakalniai – simbolinės vietos karališkiems ir bendruomeniniams ritualams”. Prelegent mówił o dziedzictwie Celtów, wspominając Szkocję, Walię, Irlandię, a także inne zachodnie krainy wybrzeża Morza Północnego. W wymienionych krainach wciąż wznoszą się grodziska pamiętające kulturę Celtów i Gaelów. Według badacza funkcjonowały one do początku naszej ery, a w Irlandii niektóre z nich nawet do V–VI wieku. Były to miejsca zgromadzeń wspólnot, obchodzenia różnych świąt, a na niektórych z nich odbywały się również obrzędy koronacji władcy (króla)… U podnóża grodzisk organizowano zawody sportowe i inne widowiska rozrywkowe, które ze szczytów wzniesień obserwowali zgromadzeni. Naturalne jest, że wraz z utrwalaniem się i rozszerzaniem Imperium Rzymskiego wszystko uległo zmianie. Przypomnijmy choćby napisaną przez władcę tego imperium, Cezara (może w jego imieniu), książkę: „O wojnie galijskiej”. Celtowie zostali pokonani, złamani i rozproszeni wraz z całą swoją wspaniałą, wysoką kulturą duchową i bogatymi tradycjami. Dlaczego wspomniałem o nich, tj. o Celtach, i o ich losie? Otóż dlatego, że superetnos celtycki jeszcze u progu I tysiąclecia p.n.e. był sąsiadem naszych przyszłych jaćwieskich i litewskich przodków. Praprzodkowie również przesuwali się z południowego wschodu przez całą Europę w kierunku jej północno-zachodnich obrzeży. Źródła (prawda, że nieliczne) świadczą, iż oba te superetnosy współżyły ze sobą w pokoju. Najprawdopodobniej o tym współistnieniu decydował fakt, że – używając słów Herodota – sposób życia obu opierał się na zasadach kultury duchowej i wysokiej moralności. O Celtach mówię także z innego powodu. Logiczne jest założenie, że przodkowie Jaćwingów, których ziemie były rozleglejsze, niż wskazują na to dzisiejsze mapy, bezpośrednio kontaktowali się ze swoimi sąsiadami Celtami i praktykowali bliski im pod względem duchowym styl życia. Prawdopodobne jest, że już wtedy przodkowie Jaćwingów posiadali własne, choć rzadko (podobnie jak u Celtów) rozmieszczone grodziska. I że były one również przeznaczone do obrzędów, świętowania przełomów w przyrodzie, wspólnych zgromadzeń itp. Referat prelegenta ze Szwecji utwierdził mnie jedynie w przekonaniu, że materiał historyczny, którym on (i jego koledzy) dysponuje, jest nieporównywalnie bogatszy i bardziej wiarygodny od tego, którym mogą dysponować „nasi”… Być może kiedyś otworzą się nie tylko krakowskie, ale zwłaszcza tajne archiwa Watykanu, które ujawnią spisane opowieści świadków o tym, jaka w rzeczywistości była kultura owych tak zwanych pogan, ich przekonania światopoglądowe i oblicze moralne. Nawiasem mówiąc, wspomnę przy tej okazji… Papież o głębokiej, nieprzeciętnej myśli filozoficznej, Jan Paweł II (Wojtyła), próbował uchylić drzwi watykańskich archiwów. Pierwszymi, którzy się tam dostali, byli Japończycy, którzy w pierwszym kroku zmierzyli długość półek (!). Wyliczyli 92 kilometry! Jednak mądry papież bardzo szybko cofnął swoją decyzję, uświadomiwszy sobie, że znajdujące się tam foliały i ujawnienie ich treści pogrzebałoby samo chrześcijaństwo… Jest prawdopodobne, że podobnie jak w innych krajach bałtyckich, tak i na Jaćwieży w rzeczywistości większość grodzisk miała przeznaczenie obrzędowe. Że na ich szczytach znajdowały się nie tylko ołtarze ofiarne przeznaczone dla świętego ognia i symbolicznych ofiar. Całkowicie prawdopodobne jest, że były one ozdobione drewnianymi rzeźbami przedstawiającymi żywioły natury: Perkuna, Žemynę, Gabiję, Medeinę, Laukasargisa oraz Słońce wraz z krzyżem obrazującym jego promieniowanie (saulute). Prawdopodobne jest, że Jaćwingowie nazywali te bóstwa, a także samego Stwórcę i Zarządcę wszechświata, inaczej – we własnym języku. Prawdopodobne jest, że swoje życie i prace porządkowali, podobnie jak Prusowie czy Litwini, według kalendarza księżycowego. Zrozumiałe jest, że i grodzisko było dla Jaćwingów świątynią pod gołym niebem, nierozerwalnie połączoną z cyklami natury, z jej oddechem oraz oddechem Kosmosu (tj. Praojca, Pana). Wiadomo, że i miejsce pod budowę wybierano takie, które posiadało wyraźne, płynące z ziemi wyjątkowe siły witalne, które – zlewając się z promieniowaniem kosmicznym – tworzyły szczególne pole przyciągania grawitacyjnego. Dlaczego superetnos Aistów-Bałtów, w tym oczywiście i Jaćwież, nie trafia do wspomnianej na początku artykułu „Europos mentaliteto istorija”? Odpowiedź jakby już sformułowaliśmy. Choćbym miał się powtarzać, zmusza mnie to jako autora do zwrócenia szczególnej uwagi na „starania” naszych najbliższych sąsiadów (zwłaszcza Polaków). No i jeszcze na pewną cechę postępowania naszych możnowładców – odcinanie się od „kultury pogańskiej”. Nie sądzę, aby na przykład we wczesnym średniowieczu na ziemiach Jaćwieży nie bywali w celach wywiadowczych czy innych przedstawiciele Rusinów lub Polaków. Nie sądzę, aby w swoich relacjach (jak choćby jezuita Jan Prażsky) nie opisywali szczegółowo ówczesnych cech życia Jaćwingów, w tym funkcjonalności grodzisk obrzędowych. Starą, tj. rodzimą kulturę Aistów-Bałtów, jej wielkość, starano się ukryć, wyciągając na światło dzienne to, co może tę kulturę umniejszyć, pogardzić nią (zbarbaryzować). Naszym obowiązkiem, obowiązkiem żyjących, jest krok po kroku, warstwa po warstwie szukać i dalej systematyzować wielkość kultury przodków, jej bogactwo duchowe. Ogólnie myśląc o odtworzeniu „kultury grodzisk”, niczym zły cień towarzyszy mi jedna i ta sama myśl: czy warto i czy w ogóle jest możliwe – niechby i grubymi pociągnięciami pędzla – namalować tę organizację społeczną, jej strukturę, na której osiadł grubą warstwą nie tylko kurz czasu, ale i trwające przez długie wieki złośliwe działania i procesy. Tym bardziej że i świadomość współczesnego społeczeństwa przesłania, tkana różnymi, a zwłaszcza obcymi nićmi, myląca (niepełnowartościowa) zasłona wiedzy historycznej. Jakikolwiek byłoby to dziwne, impulsu do zrozumienia rekonstrukcji konturów ówczesnej kultury (organizacji społecznej, jej struktur) dostarcza nie tylko wspomniana wcześniej kilkoma rysami prahistoria Celtów. Takiego impulsu dostarcza również przedstawiciel wspomnianego już przeze mnie wroga Aistów-Bałtów – kronikarz krzyżacki Piotr z Dusburga. Reprezentując stanowisko zatwardziałego „krzyżowca”, nie szczędził on jednak, jak pokazaliśmy, pięknych słów dla oceny kultury duchowej Prusów i oddzielnie wymienianych Sudowów, czyli plemion bliskich naturze litewskiej. Kronikarz pisze, że w każdej pruskiej wsi było nie mniej niż dwadzieścia osób, których zadaniem było pielęgnowanie i kontynuowanie tradycji etnokulturowych własnego plemienia. Aż dwie osoby specjalizowały się w obrzędach czuwania przy zmarłym i pochówku. Piotr z Dusburga podał nawet nazwy takich osób (w języku pruskim): tulisonis, lygasonis. Z obserwacji tego kronikarza można wyciągnąć wniosek, że Prusowie mieli utkaną niezwykle szeroką i mocną sieć pielęgnowania kultury duchowej i jej ciągłości, być może podobną do tej, którą u dawnych Celtów (niegdyś sąsiadów Jaćwingów i Prusów) tkała i utrzymywała liczna warstwa krzewicieli kultury duchowej – druidów. Jednak niejeden badacz etnokultur aistyjsko-bałtyckich nie odrzuciłby założenia, że i Jaćwingowie w swoich obyczajach i tradycjach byli dość bliscy Prusom. Potwierdziłby również to trudne do podważenia założenie, że struktury społeczne regulujące życie plemienia (narodu), sieci relacji społeczno-duchowych, były w dawnych czasach dość odporne na zmiany. I że właśnie ta okoliczność, być może, zadecydowała o przedłużonym, twardym oporze Jaćwingów wobec chrześcijaństwa. Dlaczego zginęli, wyginęli Jaćwingowie? Nie tylko dlatego, że nie zdążyli uformować swojej struktury polityczno-państwowej o choćby nieco bardziej wyraźnych konturach. Nawiasem mówiąc, takiej strukturze sprzeciwiała się sama natura Jaćwingów – dążenie do bycia wolnym od wszelkiego przymusu, administracji, nawet tej pochodzącej od swoich… W przypadkach klęsk historycznych zwykło się myśleć o świecie zewnętrznym, o płynącej z niego agresji i ekspansji. Wszystko to miało miejsce. Słowianie napierali fala za falą. Ze swoim mieczem przyłączyli się i Krzyżacy. Źródła historyczne świadczą, że wobec Jaćwingów stosowano także metodę ludobójstwa: totalne wyniszczanie ludności (szczególnie myśląc o krainie Mazur). Stosowano także metodę „łagodniejszą”: albo zostajesz chrześcijaninem, albo „odchodzisz do zaświatów”. Lecz i ci, którzy zostali chrześcijanami, przeżyli dramatyczne ludobójstwo etnokulturowe… Jaćwingowie, których życie opierało się na wysokich zasadach moralnych, które było ożywiane przez obrzędowe grodziska i którymi kierowano się w relacjach nawet z wrogiem, zderzyli się ze światem, który nie zważał na taką moralność. Prawda, że w tym miejscu należy zaznaczyć, iż wschodni Słowianie, którzy przejęli ducha chrześcijaństwa z Bizancjum, byli „bardziej poprawni, dalekowzroczni” od Słowian schrystianizowanych na południowym zachodzie, którzy przejęli złe cechy Imperium Rzymskiego i jego ideologii – wyjątkową ekspansywność. Im lepiej udawało się asymilować Jaćwingów. Istnieje wielu Białorusinów, którzy i dziś uważają się za Jaćwingów lub ich potomków. Wraz z zagładą Jaćwingów kształtujący się naród litewski i stworzone przez niego państwo również, jak się zdaje, straciły znaczną część swoich zdolności oporu wobec tej fali, która była nastawiona na tłumienie kultury wyróżniającej się duchową i moralną wielkością oraz indywidualizmem. Właśnie o takiej kulturze wymownie świadczy dziś gęsta sieć grodzisk, znacząca krajobraz – niestety – już tylko swoimi chłodnymi sylwetkami…