Sigitas Birgelis Jurgis Krikščiūnas-Rimvydas i Vytautas Prabulis-Žaibas Pamięci Jurgisa Krikščiūnasa-Rimvydasa i Vytautasa Prabulisa-Žaibasa Wszystko się pozostawia, ponieważ wszystko przemija: życie, ludzie, czasy. Wydaje się, że czas jest sprawiedliwy, wszechmocny, wszechwiedzący; leczy, usprawiedliwia, ocenia, wybacza wszystko. Stoję w małym sosnowym zagajniku we wsi Szlinokiemie, przy starych sosnach, obciążony różnymi myślami. Nie wiem, ile mają lat. Są starsze niż wydarzenia, o których chcę opowiedzieć. Na wschodnim zboczu sosnowego lasu, gdzie 64 lata temu zbudowano partyzancki bunkier, dziś znajduje się wąwóz, a obok niego skromny nagrobek wzniesiony około 20 lat temu. 15 grudnia 1949 r. w tym miejscu zginęli Jurgis Krikščiūnas-Rimvydas, bohater litewskiego ruchu wolnościowego, szef łączności i informacji sztabu okręgu „Dainava” i kapitan partyzantów, oraz jego adiutant Vytautas Prabulis-Žaibas, pochodzący z Maćkowa. Dla mojego ojca była to już 21 zima. Ojciec nie opowiadał mi o partyzantach, ani razu mi nie powiedział, nie tylko dlatego, że był cichym człowiekiem i rzadko mówił, ale także dlatego, że niebezpiecznie było nawet o tym myśleć. Dopiero później, dużo później, zdałem sobie sprawę, jak wiele mój ojciec powiedział mi za życia w milczeniu… Próbuję sobie wyobrazić, co czuli i myśleli pierwsi i ostatni gospodarze tego ponurego bunkra w ostatnich miesiącach, dniach, godzinach, sekundach (czy kiedykolwiek uda się go zrekonstruować, pokazać młodzieży naszego kraju i opowiedzieć o wyczynach partyzantów, którzy tam zginęli?). Przychodzi mi na myśl pamiętnik partyzanta Adolfasa Ramanauskasa-Vanagasa: „W walce wierzyliśmy, że wytrwamy cztery lata i zachowamy nasze siły zbrojne. Połączyliśmy niezłomną wolę i determinację narodu litewskiego z siłami wolnego świata, aby raz na zawsze zniszczyć cywilizacyjną hańbę XX wieku na naszej planecie”. Czy w tamtych czasach partyzancki kapitan Jurgis Krikščiūnas wierzył, że świat poprze Litwę i będzie walczył o jej wolność? Musiał mieć nadzieję w głębi serca, mimo że tyle razy doświadczył, że cyniczny Zachód wspierał Litwę tylko ze względów wywiadowczych, że nie miał ani planu, ani woli wspierania litewskiego oporu wojskowego. Inną sprawą są osoby z wewnątrz. Emigranci starali się pomóc swoim rodakom, ale ich działania były hamowane przez ambicje działaczy, by stać się przywódcami ruchu oporu. Jednym z nich był Jonas Deksnys-Hektoras, wieloletni działacz VLIK (pol. Najwyższy Komitet Wyzwolenia Litwy), który przebywał na emigracji z ambicją stworzenia niezależnej struktury oporu. Krikščiūnas wiedział, że jego działania są kontrolowane i inspirowane przez Juozasa Markulisa-Erelisa, byłego uczestnika ruchu oporu i zwerbowanego agenta MGB - bardzo niebezpiecznego „konia trojańskiego” w szeregach partyzantów. Sowieci wykorzystali go do skutecznego rozbicia litewskiej emigracji. Koncepcja „kumulacji sił” J. Deksnysa była niezwykle wygodna dla sowieckiego MGB. Kontrolując jedną strukturę, byli w stanie kontrolować wszystkie. Kim był litewski bohater, który zginął w tym miejscu, jaki był jego cel, jakie idee przyświecały mu w życiu? Wiele informacji o Jurgisie Krikščiūnasie-Rimvydasie dostarcza jego krewny Vytautas Krikščiūnas (Laisvės kovų archyvas, 17, Kowno, 1996). Jurgis Krikščiūnas urodził się w Samarze (w Gorkach) w 1919 roku. W czasie bolszewickiej nawałnicy jego rodzina doświadczyła poważnego niedostatku i głodu. W 1921 r. powrócił z rodzicami na Litwę i osiedlił się w rejonie mariampolskim, gdzie mieszkał z dziadkami w gminie Ašminta (później Preny). Jego ojciec, Antanas Krikščiūnas, był inżynierem topografem. Natychmiast po powrocie został zmobilizowany, rozpoczął pracę w inżynierii, zorganizował litewski wojskowy wydział topograficzny i kierował nim aż do okupacji bolszewickiej w 1940 roku. W 1922 r. jego rodzice otrzymali mieszkanie w Poniemunie Wysokim w pobliżu szkoły wojskowej przy ulicy Klevų 5. Rimvydas dorastał tam wraz z dwiema młodszymi siostrami Aldoną (ur. w 1921 r.) i Elvirą (ur. w 1925 r.) W 1939 r. ukończył kowieńskie gimnazjum dla chłopców „Aušra” i wstąpił do Szkoły Wojskowej im. A. Smetony jako ochotnik aspirant. Kiedy w czerwcu 1940 r. Litwa została zajęta przez bolszewików, we wrześniu został przeniesiony w stan spoczynku. Następnie wstąpił na wydział geodezji Wydziału Inżynierii Lądowej Uniwersytetu im. Witolda Wielkiego w Kownie. Studia kontynuował do marca 1943 r., tj. do zamknięcia uczelni przez Niemców. W czasie wakacji gościł w moich rodzinnych stronach, w tej samej wsi Ašminta. Był wielkim miłośnikiem książek, czytał zawsze i wszędzie. Razem z siostrami uczył się gry na pianinie. Szczególnie lubił Schuberta. Jurgis był bardzo skromny w życiu, nie wysuwał żadnych roszczeń wobec swoich rodziców, chociaż jego ojciec, jako inżynier, docent, pułkownik, pracujący w sztabie generalnym, miał spore możliwości. W 1940 roku mój brat Jurgis-Mažiukas, ja i Jurgis-Rimvydas mieszkaliśmy w jednym pokoju przy ulicy Klevų. Kiedy tylko w księgarniach pojawiała się nowa książka, natychmiast ją kupował i zabierał się do czytania, a resztę zostawiał na podłodze w rogu pokoju. Nie lubił nosić przy sobie pieniędzy - brał je tylko wtedy, gdy szedł coś kupić. Bolszewicy, którzy grasowali na Litwie zaledwie od roku, wszystkim zbrzydli. Zorganizowano tajny ruch oporu, do którego należał Jurgis. Masowe deportacje, które rozpoczęły się w połowie czerwca 1941 r., bardzo poruszyły Jurgisa - nasz ukochany wujek, Juozas Krikščiūnas, prawnik, został zabrany. 22 czerwca pierwsze bomby dały nam dużo nadziei i siły - myślano, że nadeszła godzina wyzwolenia. W okręgu Poniemuń mieszkało wielu litewskich oficerów, a ich potomstwo było wychowywane w duchu patriotyzmu. Pierwszego dnia wojny powstała grupa młodych mężczyzn z Poniemunia, której Jurgis był aktywnym członkiem. Rozbroili oni strażników magazynów ochrony przeciwlotniczej i sami się uzbroili. Zajmując pozycje na wzgórzu od strony Rokai, uniemożliwili wycofującej się armii bolszewickiej posuwanie się w kierunku Kowna. Dni radości wkrótce się skończyły. 15 czerwca 1942 r. nagle zmarł ojciec Jurgisa-Rimvydasa. Rodzina znalazła się w trudnej sytuacji. Moi rodzice wspierali jak tylko mogli. Jurgis zaczął pracować. Ciężar wojny ciążył nad całą Litwą, front ponownie zbliżał się do Litwy. Wiele osób wycofało się na Zachód. Rodzina Jurgisa-Rimvydasa postanowiła zrobić to samo. Matka, młodsza siostra, starsza siostra z mężem i dzieckiem na ręku oraz Jurgis wzięli od nas konia i wóz i udali się w kierunku Prus Wschodnich. Jurgis i kilku kolegów z Poniemunia jechało na rowerach. Kiedy dotarli do Plokščiai, zatrzymali się na odpoczynek w gospodarstwie wujka Matasa. Jurgis i jego przyjaciele przekroczyli Niemen i udali się w kierunku Szawli. Czerwoni dogonili go i aresztowali jesienią 1944 roku. Nikt o tym nie wiedział i zakładano, że udało mu się uciec z rodziną na Zachód. Został jednak uwięziony w więzieniu w Szawlach. Był przetrzymywany w więzieniu przez dziewięć miesięcy i, bez wniesienia sprawy, został zwolniony po zwerbowaniu. Wiosną 1945 r., kiedy dowiedziałem się o jego powrocie, zatrzymałem się na ulicy Klevų w drodze do rodzinnych stron. Znalazłem go bardzo wycieńczonego, wychudzonego, całe ciało miał pokryte krostami. Latem wyzdrowiał, zamierzał wznowić studia, ale… złożony podpis zaczął mącić spokój. Podpisałeś, więc do roboty! A nie było najmniejszej chęci do pracy. Wiedząc, że spotykam się z ludźmi z oddziału, prosił mnie, abym wprowadził go do oddziału partyzanckiego, ale ciągle zwlekałem. W końcu znalazł własną drogę i zniknął z Kowna. Rozpoczął walkę partyzancką za lasami preńskimi, w okolicach Balwierzyszek-Ūty. O jego obecności tam dowiedziałem się od kuzynów, którzy mieszkali we wsi Vartai. Był koniec 1945 roku. Zwlekałem, bo we wsi Mačiūnai koło Pren zginął już nasz kuzyn Kazimieras Banionis-Klajūnas, zabity w zasadzce przez bataliony niszczycielskie. Jurgis wybrał pseudonim Rimvydas, kiedy został partyzantem, i nie był to przypadek. Pod tym imieniem został ochrzczony syn jego siostry. Bardzo go kochał. Nawet później, gdy kontaktował się z krewnymi podczas kampanii partyzanckiej, napisał w liście: „Stasys, wychowaj Rimvydėlisa na Litwina i dobrego człowieka…”. Stasys był mężem siostry Aldony, porucznik Gribaliūnas. Pod koniec 1946 r., kiedy mieszkałem z żoną i bratem w Kownie przy ulicy Žemaičių, przyjechali do mnie Rimvydas i Skirmantas. Następnie zaczęli przygotowywać się do wyjazdu na Zachód w celu ponownego nawiązania kontaktu, który został zerwany. Ponadto Markulis-Erelis był już podejrzany, ponieważ jego zachowanie nie wzbudzało zaufania, Skirmantas ledwo zdołał uciec z jednego z mieszkań konspiracyjnych w Wilnie. Oprócz nich obecni byli Kazimieras Pyplys-Mažytis, Kazimieras Matulevičius-Radvila i Antanas Lukša-Arūnas. Podczas jednej z rozmów zaproponowałem likwidację Erelisa, ale gdy pozostali nie zgodzili się, został on pozostawiony sam sobie w celu ostatecznego wyjaśnienia. Stworzyło to agentowi KGB dogodne warunki do popełnienia kolejnego łajdactwa przeciwko litewskiemu ruchowi oporu. Z winy Erelisa wiele krwi zostało przelanej przez dzielnych synów Litwy, wielu musiało znieść los męczenników, wielu nie wróciło do ojczyzny. Do wyjazdu potrzebne były dokumenty i pieniądze. Wykorzystano więc sprzyjające wtedy warunki, w jakich polscy Litwini udawali się do Polski. Musieli zatroszczyć się o dokumenty polskich repatriantów i dolary. Na podróż wydano 20 000 rubli, które dałem ja i mój brat Jurgis-Mažiukas. Rimvydas został wybrany do tej podróży nieprzypadkowo: mówił płynnie po rosyjsku, niemiecku i francusku. Arūnas i ja zostaliśmy przeszkoleni w używaniu szyfrów w celu komunikowania się z Zachodem. Uzgodniono również, że kiedy dotrą na Zachód, zostanie wysłany uzgodniony sygnał za pośrednictwem stacji radiowej w Stuttgarcie. Sygnał miał wyglądać następująco: w środę i piątek o godzinie 18:00 w stuttgarckiej rozgłośni radiowej będą nadawane dwie litewskie piosenki. Na początku maja 1947 r. w Kownie, na ulicy Žemaičių, wydaliśmy dla Rimvydasa i Skirmantasa przyjęcie z okazji ukończenia szkoły i życzyliśmy im powodzenia. To było nasze ostatnie spotkanie. Pod koniec maja przekroczyli granicę z Polską w towarzystwie grupy mężczyzn, ale po pobycie w Polsce i spotkaniu z przedstawicielami Zachodu wrócili na Litwę. W lipcu Rimvydas został mianowany szefem sztabu okręgu „Dainava”. Podczas walk został kilkakrotnie ranny. Za drugim razem, po zebraniu wielu cennych materiałów na temat sytuacji na Litwie, ponownie przeniósł się do Polski, z zadaniem dostarczenia wszystkich materiałów na Zachód, gdzie w tym czasie przebywał Juozas Lukša. Niestety, materiały zaginęły w drodze do Warszawy. Lukša poprosił więc o powrót na Litwę, a przynajmniej o odzyskanie utraconych materiałów z pamięci i przywiezienie ich z powrotem do Francji. Po dość dokładnym zrekonstruowaniu i uporządkowaniu wszystkich materiałów wysłał je Lukšy, ale wahał się, czy jechać na Zachód, sądząc, że jest obiektem prowokacji. W swoim raporcie Lukša-Daumantas stwierdza, że został zdradzony przez łączniczkę, która została aresztowana w drodze do Warszawy. Jednak siostra Rimvydasa, Aldona, w liście do mnie pisze, że w tym czasie nasz wujek Matas Krikščiūnas znał się z angielskim oficerem wywiadu, majorem Liūdžiusem, który obiecał sporządzić dokumenty dla Rimvydasa i przywieźć go jako żywego świadka do Stanów Zjednoczonych, aby opowiedział o sytuacji na Litwie. Później jednak okazało się, że Liūdžius był agentem KGB i to podobno przez niego Rimvydas i Vytautas Prabulis-Žaibas zostali zabici pod Puńskiem, we wsi Szlinokiemie. Jurgis Krikščiūnas był świadomy trudnej sytuacji mieszkańców regionu, w którym działał. W 1941 r. 11 000 Litwinów z tego regionu zostało przymusowo deportowanych przemocą i groźbami na Litwę Radziecką, gdzie czekali na koniec wojny, przenoszeni z miejsca na miejsce. Wielu z nich podążyło za frontem sowieckim w kierunku swojej ojczyzny. 23 lipca 1944 r. Rosjanie wyzwolili Berżniki, 31 lipca - Sejny, 2 sierpnia - Puńsk. W ciągu dwóch miesięcy tego roku do ojczyzny powróciło ponad 3 000 osób narodowości litewskiej, a w pierwszej połowie 1945 r. ponad 5 000. 19 sierpnia 1944 r. J. Smigielskis, nowy burmistrz Sejn, ostrzegł naczelników gmin, by nie wpuszczali powracających Litwinów do swoich zagród. Polacy, którzy prowadzili swoje gospodarstwa przy wsparciu władz, nie zamierzali nawet oddawać swoich miejsc prawowitym właścicielom, którzy stali się ofiarami antylitewskich nastrojów. Na przykład 14 sierpnia 1945 r. został zamordowany Kostas Paransevičius, 24-letni Litwin, mieszkaniec wsi Sankury, który właśnie wrócił z Litwy. Tego samego dnia rolnik ze wsi Widugiery, Markevičius, został pobity na śmierć przez piątą grupę funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa w Sejnach. Pogłoski o przyłączeniu litewskich gmin do LSRR stanowiły dla lokalnej administracji dodatkowy bodziec do „niszczenia Litwinów” przygranicznych gmin. Władze polskie nie tylko nie podejmowały działań w celu powstrzymania przemocy, ale często ją inspirowały. Wacław Kraśko, starosta suwalski, sugerował, aby powracających Litwinów traktować jako obywateli obcego państwa, którzy nielegalnie przekroczyli granicę. Poparł go wojewoda białostocki, ponieważ według niego powracający zrzekli się obywatelstwa polskiego w 1941 r. i dobrowolnie wyjechali do Związku Radzieckiego. Zarówno starosta suwalski, jak i wojewoda białostocki wysłali do Warszawy pisma, w których twierdzili, że Litwini są wrogo nastawieni do państwa polskiego i konieczne jest aresztowanie takich „obywateli LSRR” jako przestępców politycznych. Nikt nie chciał wyjeżdżać do sowieckiej Litwy. Na przykład, zgodnie z umową między rządami Polski i LSRR, przesiedlenie miało dotyczyć Litwinów z polskim obywatelstwem i litewskich Polaków. Do 1947 r. z Litwy do Polski repatriowano 197 156 osób, podczas gdy z Polski na Litwę Radziecką repatriowano tylko 5 rodzin litewskich z Sejn i 5 z głębi kraju. Podczas sporządzania list deportacyjnych wielu Litwinów deklarowało się jako Polacy. W Sejnach 22 Litwinów z listy deportacyjnej zapisało się do Polskiej Partii Pracy. To uratowało ich przed deportacją. Nie było łatwo wyłapać Litwinów „nadających się do wysiedlenia”. Często ludzie nie mieli nawet dokumentów, podróżowali lub ukrywali się. Wojewoda nalegał na rozmieszczenie w Puńsku Wojsk Ochrony Pogranicza (WOP), wierząc, że zrealizują one jego plany lepiej niż bezpieka (jednostki WOP zostały rozmieszczone w marcu 1946 r.). Biorąc pod uwagę realia wczesnego okresu powojennego, Polakom łatwo byłoby poradzić sobie z „obcokrajowcami”, ale Litwini nieoczekiwanie znaleźli sowieckie wsparcie. Sowieci ostrożnie podchodzili do starań miejscowych Polaków o pozbycie się Litwinów, którzy byli potrzebni do monitorowania i kontrolowania litewskiego podziemia na Suwalszczyźnie oraz kontaktów litewskich partyzantów z Zachodem. Prawdopodobnie kapitan Jurgis Krikščiūnas-Rimvydas, szef łączności i informacji sztabu okręgu „Dainava”, zdawał sobie sprawę, że ta część polskiej granicy nie jest odpowiednim miejscem dla konspiracji, że teren zamieszkany przez Litwinów przyciąga uwagę polskich służb bezpieczeństwa i sowieckiego MGB, a Sowieci śledzą litewskie podziemie w Polsce i chętnie przejmują ich kontakty z Zachodem. Być może Rimvydas doświadczył tego po raz pierwszy wiosną 1947 r., kiedy kierownictwo okręgów „Tauras” i „Dainava”, widząc, że w ich szeregach są zdrajcy, wysłało go i jego kuzyna Juozasa Lukšasa-Skirmantasa (Daumantasa) do Polski. Przekroczenie granicy nie było łatwe. Bolszewicy wzmocnili ją systemem żelbetonowych bunkrów, okopów, kilku zapór z drutu kolczastego i innych przeszkód. Próbowali nacierać na prawo od Puńska, w pobliżu lasu Ristiškių, gdzie nie było jeszcze ogrodzenia, a jedynie 20-metrowy pas wykopanej ziemi i drutów, które w razie potknięcia wystrzeliwały rakiety. Tym razem przekroczyli granicę bez strat. Natalija Briliūtė (obecnie Janušauskienė) miała im towarzyszyć do Warszawy. Paznėkas zawiózł ich na stację kolejową w Suwałkach powozem zaprzężonym w dwa konie. Próbuję wyobrazić sobie podróż litewskich partyzantów do stolicy Polski, korzystając z opowieści Natalii Briliūtė i innych osób. W Suwałkach Natalija kupuje jeden bilet dla całej trójki. Pociąg rusza. Gdzieś pod Białymstokiem do przedziału wchodzi polski policjant. Pasażerowie są zaskoczeni. Ani Lukša, ani Krikščiūnas nie mówią po polsku. Uzgodnili, że na wszelki wypadek się nie znają. Policjant prosi o dokumenty. Lukša wstaje i kładzie banknot na dłoni. Ten mówi po polsku, że wszystko jest w porządku i wychodzi z przedziału. Pasażerowie nie odzywają się do siebie, nie chcą zwracać na siebie uwagi po litewsku. Natalija wychodzi na korytarz. Krikščiūnas podąża za nią. Próbują jakby rozmawiać, jakby flirtować. (Lukša później go za to skarci). Podróżni docierają do Warszawy wczesnym rankiem. Wsiadają do taksówki. Kierowca próbuje znaleźć ulicę, ale Warszawa jest bardzo zniszczona i taksówkarz nie może tego zrobić przez długi czas. W końcu samochód zatrzymuje się przed jakimś domem. W drodze do umówionego miejsca Lukša i Krikščiūnas porządkują buty. Gdy je czyszczą, z kieszeni spodni zaczynają wypadać igły. Czyściciel butów wycedza: - Panowie, musicie być prosto z lasu. Natalija im tłumaczy. - „Ropucha, Polak, zrozumiał…” mówi Krikščiūnas. Ciocia odprowadza ich do innego mieszkania, a Natalija zostaje na ulicy. Później zostaje zaproszona do środka. Jest zaskoczona widokiem kilkunastu litewskojęzycznych mężczyzn. Z Warszawy emisariusze jadą do Gdyni, gdzie przekazują materiały przywiezione z Litwy. 4 czerwca Lukša i Krikščiūnas próbują wracać, ale sytuacja znacznie się zmieniła. Granica w pobliżu Puńska zostaje wzmocniona, powstają drugie zasieki, wieże obserwacyjne, okopy i bunkry obronne. Lukša i Daumantas próbują przekroczyć granicę w lesie Pašešupio w pobliżu wsi Pašešupys. Po drugiej stronie granicy znajduje się miasto Lubowo. Jest tam wiele posterunków i strażników uzbrojonych w karabiny maszynowe, a w oddali widać nowe okopy. Próbują przedrzeć się przez skrzyżowanie dwóch posterunków - Lubowo i Reketija - ale nagle słyszą przenikliwy i zdecydowany głos ukrytego żołnierza: – Stoj! Kuda idioš?! Lukša i Krikščiūnas odpowiadają ogniem z pistoletów. Wybucha wymiana ognia. W niebo lecą setki pocisków. Partyzanci wycofują się z granicy tak szybko, jak tylko mogą. Smarują buty tłuszczem, aby zapobiec węszeniu psów tropiących. Od czasu do czasu napotykają grupy rosyjskich żołnierzy. Wiedzą, że muszą szybko wydostać się z pierścienia okrążenia, ponieważ o świcie wojska radzieckie zaczną grasować. Rankiem osiadają w krzakach niedaleko Lubowa, tuż za granicą. Przez cały dzień Rosjanie grasowali w promieniu 20, a w niektórych miejscach 30 kilometrów od granicy. Lukša i Krikščiūnas wrócili szczęśliwie i poinformowali dowództwo partyzantki o zdradzie J. Markulisa. Ponieważ Czeka zna ich systemy łączności i kontakty, konieczne będzie ponowne przekroczenie granicy i wznowienie kontaktów z zagranicą. W 1946 r. kierownictwo partyzanckie „oddelegowało” ponad 20 ludzi do utrzymania łączności i przygotowania przejść granicznych. Nie trwało to długo. Kiedy 15 grudnia 1947 r. Lukša po raz drugi przekroczył żelazną kurtynę w ramach zadania dowództwa, ludzie ci zostali już zlikwidowani przez polski wywiad. Druga podróż Juozasa Lukšy-Skirmantasa i Kazimierasa Pyplisa-Mažytisa na Zachód była znacznie trudniejsza. Emisariusze przekroczyli granicę w Prusach Wschodnich, gdzie stacjonował 24 sowiecki pułk graniczny. Na ich drodze stanęli żołnierze 14 i 15 pułku straży granicznej. To bohaterskie przedarcie się przez most Ramintos zostało szczegółowo i ciekawie opisane przez J. Lukšę-Daumantasa w książce „Partizanai”. Według czekistów przedarło się wówczas pięciu partyzantów. W rzeczywistości trzech z nich zginęło w walkach na moście Ramintos. Dziś możemy swobodnie przekraczać granicę polsko-litewską, ale trudno nam sobie wyobrazić, jak wyglądała ona we wczesnym okresie powojennym. W 1949 r. linia graniczna była pasem o szerokości 100 metrów, tzw. strefą śmierci. Nikt nie postawił w niej stopy. Za nią znajdował się 20-metrowy pas jutowej taśmy, a następnie ogrodzenie z drutu kolczastego. W niektórych miejscach było ono podwójne. Przed nim znajdowały się druty, które w razie zahaczenia wystrzeliwały rakiety. Za ogrodzeniem zaczynały się strefy. Pierwsza strefa o szerokości 500 metrów była pozbawiona mieszkańców. Druga, o szerokości 2 kilometrów, była zamieszkana przez ludzi, ale w ich paszportach widniała pieczątka „Strefa druga”. Dalej znajdowała się trzecia strefa o szerokości 10 kilometrów. Mieszkańcy tej strefy również mieli stempel w paszporcie. Mieszkańcy Strefy 3 nie mogli wejść do Strefy 2 bez pozwolenia straży granicznej. Vytautas Prabulis-Žaibas, urodzony w Maćkowie, który był adiutantem Jurgisa Krikščiūnasa, był już od dawna na tym terenie. Przyjechał do Polski w kwietniu 1945 r. razem z dziesięcioma partyzantami. Zatrzymał się w rodzinie Pauliukonis z Wojciuliszek, gdzie z pomocą gospodarzy wraz z innymi urządził trzy bunkry: jeden w pobliskim bagnie o nazwie Kupstynas, drugi na porośniętym drzewami zboczu góry Kapčiuko, a trzeci w chacie pod podłogą. Młodzi, weseli i przyjaźni „bracia z lasu” łatwo zaprzyjaźnili się z młodzieżą z sąsiednich Romaniuk i innych. Wkrótce prawie każda litewska rodzina w okolicy miała w swoim domu „uchodźcę”. Wiosną 1945 r. Alfonsas Valenta-Ožys przekroczył polską granicę z sześcioma partyzantami. Oni również z łatwością znaleźli schronienie w gospodarstwach w rejonie Puńska. Miliauskas-Perkūnas objął dowództwo nad 50-osobową litewską grupą partyzancką. Jednym z większych obozów partyzanckich była wieś Budzisko, gdzie partyzanci założyli trzy bunkry: jeden z Vincasem Judickasem, jeden z Vincasem Žukauskasem i jeden z Antanasem Remindavičiusem. Kiedy w marcu 1946 r. w Puńsku stacjonował oddział polskich wojsk pogranicznych, Budzisko pozostało na uboczu i niewiele osób je odwiedzało. Partyzanci całe dnie spędzali w bunkrze, a wieczorami odwiedzali swoich gospodarzy. W nocy z 12 na 13 sierpnia 1946 r. Straż Graniczna w Sejnach zorganizowała operację „czyszczenia lasów” i aresztowała dużą liczbę litewskich „leśnych” ukrywających się w Sejnach. Vytautas Prabulis uniknął aresztowania, ale od tej pory ukrywał się samotnie, aż los zetknął go z szefem łączności i informacji sztabu okręgu „Dainava”. Więcej o V. Prabulisie i jego rodzinie napiszę poniżej. Krikščiūnas wiedział, że uzbrojeni ludzie litewskiego podziemia wysłani do obcego kraju muszą działać w określony sposób na terytorium tego kraju i koordynować swoje działania z polskim podziemiem. Zimą 1947 r. w zagrodzie Pauliukonis doszło do historycznego spotkania, podczas którego Krikščiūnas-Rimvydas zawarł ustne porozumienie z Michałem Kaszczykiem, reprezentującym okręg suwalsko-augustowski, w sprawie terytorium, na którym litewscy partyzanci mogli działać „bez przeszkód”. Ustalono punkty kontaktowe i omówiono inne sprawy. Zachodnia granica terytorium, na którym Litwini mogli się ukrywać, przebiegała wzdłuż dróg Budzisko-Szypliszki-Zaboryszki-Sejwy-Krasnowo. Po tym spotkaniu pięciu litewskich partyzantów wraz z polskimi partyzantami, którymi dowodził Józefa Miłucia zaatakowało pocztę i posterunek milicji w Szypliszkach. Jest to jeden z nielicznych znanych przypadków udziału litewskich partyzantów w ofensywnych działaniach zbrojnych z Polakami na terytorium Polski. Współpraca Polaków i Litwinów nie zawsze układała się sielankowo. Zdarzały się również zdrady. Przywódca polskiej grupy partyzanckiej Piotr Burdyn, który niewątpliwie był pochodzenia litewskiego, odegrał kluczową rolę w likwidacji J. Krikščiūnasa-Rimvydasa i V. Prabulisa. Jego powiązania z Powiatowym Urzędem Bezpieczeństwa Publicznego (PUBP) do dziś nie zostały wyjaśnione. Został aresztowany 11 lipca 1946 r. i zmuszony do współpracy. W dokumentach bezpieki występuje jako „Kabel” lub informator „Gil”. Dość szeroko znana jest jego ucieczka z pociągu w czerwcu 1948 roku. Nie wiadomo, czy była ona prawdziwa, czy ukartowana przez służby bezpieczeństwa. W każdym razie Burdyn kilkakrotnie później kontaktował się z funkcjonariuszami bezpieki. Między czerwcem 1948 r. a czerwcem 1949 r. poinformował polską bezpiekę o dwóch ukrywających się litewskich partyzantach i sześciu ich pomocnikach. Burdyn poznał Alfonsasa Mielkusa-Milko, urodzonego w Wojtokiemiach, który ukrywał się w lesie Szypliszki. Zdobył zaufanie Mielkusa i ukrywał się z nim przez jakiś czas. Mielkus, nie podejrzewając, że Burdyn jest agentem bezpieki, opowiedział mu o innych partyzantach, o swoim przyjacielu V. Prabulisie i o tym, że ma dziewczynę we wsi Romanowce. Informacje Burdyna były niezwykle cenne dla polskiej bezpieki. 16 listopada 1949 r. Kryjówka Mielkusa we wsi Teklinavas została otoczona. Bezpieka desperacko chciała wziąć go żywcem. Mielkus zginął w strzelaninie, Burdyn uciekł, ale ledwo uszedł z życiem. Po tym wydarzeniu zerwał kontakt z bezpieką i powrócił w szeregi polskiej partyzantki. Jurgis Krikščiūnas-Rimvydas był pod stałą obserwacją polskiej bezpieki i MGB. Przez prawie dwa lata Polacy i Rosjanie próbowali namierzyć jego kryjówkę. Potrzebowali go żywego. Pod koniec 1949 r. na Suwalszczyźnie działało kilka grup operacyjnych rosyjskiej bezpieki z Moskwy i Wilna. Grupą operacyjną MGB kierował major I.M. Maksimovas. Mając w swoich rękach J. Deksnisa i M. Pečeliūnasa, radzieckie służby specjalne jeszcze intensywniej poszukiwały J. Krikščiūnasa, ponieważ mógł on pokrzyżować plany MGB. Rimvydas nadal informował Zachód o litewskim ruchu oporu i sytuacji na Litwie w sposób wręcz niewiarygodny. Postacie walczącej emigracji, w tym J. Lukša, chciały przenieść go na Zachód, ale Rimvydas czuł, że jest pod obserwacją, że połączenia i kanały są w rękach służb bezpieczeństwa. W czerwcu 1949 r. namierzono ważne kontakty. Krikščiūnas poprosił swojego łącznika P. Paznėkasa, aby zawiózł paczkę do Marytė Briliūtė w Warszawie. Marytė, która pochodziła z Puńska, pracowała w Warszawie i często wracała do ojczyzny, była aktywnym litewskim łącznikiem partyzanckim. Paznėkas, bojąc się jechać, przekazał paczkę P. Remindavičiusowi. Ten wysłał 4-kilogramową paczkę do Briliutė pocztą i została ona przechwycona przez polską służbę bezpieczeństwa. W sierpniu 1949 r. aresztowali Marytė, przesłuchiwali ją, zmusili siłą i torturami do przyznania się do winy. Zachowały się listy pisane do krewnych na Zachodzie i wysyłane Rimvydasowi podczas pobytu w Polsce. 16 V 1947 Wujku! Znalazłam okazję, aby napisać do Pana i opowiedzieć o naszym życiu. Wie Pan, jak żyliśmy w 1941 roku, obecne życie jest jeszcze słodsze, a archiwum wyjdzie w 100 tomach. Wujek Banionis, Broniukas, wujek Jonas przeprowadzili się do mojego ojca. Wujek Pranas pojechał do sanatorium w Wielsku. Nie jest w dobrym stanie zdrowia, może jeszcze żyje. Dobrze tu żyjemy, nie ma chorób, a jeśli umrze, to z przyczyn naturalnych. Co więcej, panuje tu wielki entuzjazm, system radziecki, a ludzie ciągle jeżdżą do sanatoriów w Archangielsku, Workucie, Wielsku i innych miejscach. Gospodarka rośnie jak na drożdżach, nie bez powodu powiedziała Międzynarodówka… „zdemontujemy stary świat”, i to nam wściekle dobrze idzie. Mamy tu więc dobre życie, ale jest kilku bandytów. Ale myślimy, że ich złapiemy, ponieważ w samych gminach jest do 200 sowieckich aktywistów. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, kiedy przyprowadzają zastrzelonych bandytów, wyrzucają ich na ulicę, kopią ich, pozwalają psom ich zjeść i leżą tam, aż umrą. Czasami nawet 30 lub 40 bandytów jest wyrzucanych na ulicę. Są nawet kobiety. Na przykład nawet w okręgu Poniemuń byli bandyci. To jest im potrzebne, ponieważ częściej przyprowadzają sowieckich aktywistów. W miastach są złodzieje i mordercy. Wrogowie ludu mówią, że robią to towarzysze oficerowie i milicjanci, ale myślę, że Pan w to nie uwierzy. Proszę przekazać najlepsze życzenia wszystkim domownikom i powiedzieć im, że jeszcze żyję, chociaż zacząłem łysieć i siwieć. […] Drodzy! Trzy lata temu, od rozstania w Poniemuniu, kiedy ryk frontu wstrząsnął powietrzem. Przelano wiele nieszczęść, łez i krwi, ale cierpienia ludzkości wciąż się nie kończą. Napiszę wszystko tak, jak było, chociaż będziecie musieli usłyszeć bolesne rzeczy. Po pierwsze, myślę, że będziecie najbardziej zainteresowani losem reszty swojej rodziny. Lelė i Vėjas wciąż mieszkają w swoim domu. Lelė była bardzo chora i prawie umarła, coś w rodzaju choroby kobiecej. Mikas ożenił się z Birutė i po raz drugi trafił do więzienia. Otrzymał 10 lat ciężkich robót i obecnie przebywa w obozie koncentracyjnym w Wilnie. Podczas jego pobytu w więzieniu Birutė urodziła dziewczynkę, która natychmiast zmarła. Proszę nie martwić się zbytnio o Mikasa, poradzi sobie, nawet jeśli trafi na Syberię. Lekarze pracują w swojej specjalności. Skończył uniwersytet. Poza tym, gdy wyszedłem na przód kombinowaliśmy, żeby go wykraść i czasem może się udać. Przekonacie się Państwo o tym dopiero po powrocie. Wasz dom został poważnie uszkodzony podczas powodzi w 1946 roku. Woda sięgała aż do drugiego piętra. Lód zniszczył ganek. Utopiło się około kilku tysięcy osób. P. Velykis przebywa w więzieniu od 1943 roku i wygląda na to, że może umrzeć, ponieważ został przywieziony na noszach na spotkanie z żoną. Edis ożenił się z dziewczyną z sanatorium gruźlików. Wrócił z więzienia i musiał pojechać do sanatorium. Kazys ukrywa się i nie mieszka w Kownie. Sirka został zabity. Jurka zesłany na Syberię. Ja sam służę w departamencie leśnictwa, a szefem jest towarzysz Mirtis. Ogólny obraz Poniemunia jest smutny. Zaprzyjaźnione republiki prawie wycięły park Basanavičiusa. Zbudowano wiele domów, wszystkie ogrodzone, zwłaszcza przy ulicy Klevų. Tam, gdzie nie mogą rozebrać, ukradli przynajmniej ogrodzenia i bramy. W większości z nich wybito okna (nie z powodu wojny). Śmieci wysypywane są na ulicę, a g…a jest aż nadto. Samo Kowno nie ucierpiało zbytnio od wojny, ale od „braci”. Żadnych postępów. Co mówią o odbudowie, proszę nie wierzyć. Samo życie jest straszne. Krew leje się rzekami, a eszelon za eszelonem jedzie na Sybir. Jeśli wojna nie rozpocznie się wkrótce, los naszych ludzi będzie smutny. Ludzie już głodują w Kownie, a w Rosji jest kompletna katastrofa głodowa. Gospodarstwa są niszczone. Na przykład za kwintal pszenicy rząd płaci 5 rubli, podczas gdy rolnik płaci 1900 rubli. Cena rządowa za kilogram chleba wynosi od 3,3 do 5 rubli. Dotarły do mnie wieści, że gospodarstwa domowe utrzymują się w ten sposób. Dobrze, że uciekli, nie uciekliby z Syberii. Poznałam pana Matulevičiusa i dowiedziałam się, że Lelė wyszła za mąż za obcokrajowca. To miało na mnie nieprzyjemny wpływ, nie spodziewałem się tego po niej. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem o nich na Litwie, było to w lesie po walkach. Kłóciłem się z kolegami, że wybrała Litwina. Żałuję, że jej dzieci nie będą Litwinami, a nas zostało tak niewielu. Ale proszę pogratulować mojemu nowemu szwagrowi w moim imieniu. Przykro mi, że nie mogę uścisnąć mu ręki i poznać go jako człowieka. Wujek Juozas zmarł z głodu w 1943 roku. Na koniec jadł pomyje, odpady i to, czego jego jelita nie mogły strawić. Racja żywnościowa na cały dzień wynosiła garść pszenicy. Wujek Pranas na Syberii. Jego zdrowie również było słabe. Wujek Banionis zmarł w drodze na Syberię. Banioniukas zginął w walkach pod Prenami. Pozdrawiam wujków i wszystkich znajomych. Pozdrowienia dla Mamy, Aldony, Stasysa, Rimvydėlisa, za którym bardzo tęsknię. On i ja mamy teraz to samo imię. Tylko mój pseudonim to Rimvydas. Mam nadzieję, że kiedy ziemia będzie pełna krwi, spotkamy się ponownie. A jeśli zobaczy mnie na ulicy jako „bandytę”, proszę przekazać te słowa mojej matce: „…A jeśli będę leżał na ulicy, będzie wielu wielu wyśmiewało, więc ty, matko, nie płacz, Bóg cię pocieszy…”. Jurgis 20 V 1947 P. S. 1. Grigaliūnai żyją i mają się dobrze. Mieszkają w naszym domu. 2. Proszę nie pisać do Litwy i nie wysyłać pomocy, bo nie ma po co. 3. Proszę nie myśleć o powrocie na Litwę. Proszę powiedzieć innym, żeby zrobili to samo. 4. Proszę do mnie nie pisać. 5. Nikt nie myśli o powrocie do Polski, bo jeśli wojna szybko nie nadejdzie, czeka ją ten sam los. Laimutė, piszę do Ciebie drugi list przez tę samą osobę. U nas wszystko idzie po staremu. Jak mówią inni: „zgodnie z planem i harmonogramem”. Napiszę więcej o wszystkim, gdy otrzymam od Ciebie odpowiedź na mój pierwszy list. Widzisz, nadal jestem w słabej sytuacji finansowej i nie mogę niepotrzebnie rozrzucać kapitału. Nastrój nie jest zły, gdyby przymknąć oczy, można by to porównać z dawnym życiem, kurortami. No, oczywiście, tu też nie można rzucać gorącymi kartoflami. Zdrowie też jest znośne. Bardzo chciałbym pojechać do Aldony, choć to długa podróż, ale chciałbym. Oczywiście muszę być bardziej zdrowy finansowo, bo w pewnym momencie moje ubrania podarły się z powodu złej pogody. Ostateczną decyzję podejmę w czerwcu. Pozdrowienia dla mojej mamy, Stasysa, Rimvydėlisa, krewnych i innych znajomych. Proszę pisać jak najszybciej. Jurgis 29 V 1949 Drodzy, Za pośrednictwem pana M. otrzymałem od list i zdjęcia, za które jestem panu M. niezmiernie wdzięczny. Teraz wstaję każdego ranka, patrzę na nie i cieszę się nimi. Rimvydėlis to naprawdę wspaniały człowiek. Jego dziadkowie oddaliby duszę za to zdjęcie. Proszę dopilnować, Stasys, żeby wyrósł na prawdziwego Litwina. A teraz drugi obywatel. Czy on już jest Amerykaninem, czy nie ma ludzkiego imienia? Co to jest Gogo? Jestem również wdzięczny za trzecie zdjęcie. Minęło pięć lat, odkąd widziałem grób mojego ojca. Rozumiem z listu, że znacie moją sytuację. Wiecie, że jestem bardzo mile widziany w Warszawie, […] Musieliście otrzymać list od pana Lukšy. Jeśli macie jego adres, proszę do niego napisać i niech powie Wam, ale nie mnie bezpośrednio, pierwsze trzy litery (nazwiska) człowieka, którego nazywaliśmy „Icikas”. Będę miał kontrolę. Co do adresów otrzymanych w Polsce, to muszę powiedzieć, że raczej ich nie wykorzystam. Boję się krzywdy. Z listu zrozumiałem, że jakoś tam żyjecie. Tymczasem ja żyję w warunkach, których sobie nie wyobrażacie i muszę się z tego cieszyć. Dlatego mówię wprost. Proszę poczekać kilka dni, ale wysłać, bo cały czas głoduję. Chodzę boso i w odświętnych ubraniach. Moje ubranie zostało tak mocno postrzelone podczas ostatniej bitwy, że musiałem je wyrzucić. Jeśli chcecie wysłać trochę pieniędzy, proszę włożyć pod zelówki starych butów. Zużyjemy je wszystkie, ponieważ dbam nie o siebie. Postaram się napisać do Was, kiedy będę mógł. Teraz trzymam się na włosku. Mogę położyć na ulicy. Proszę pisać, pamiętając o każdym słowie. Proszę wysłać, jak obiecaliście, adresy tych, których znacie. Proszę pisać listy od czasu do czasu. Niech ta niejasna osoba Gogo też się ujawni. Niech nowy szwagier też pisze. Chcę się dowiedzieć, kim jest ten człowiek. Jestem wciąż dociekliwy. Wszystkiego najlepszego i dużo szczęścia. 27 VII 1949 Pranas Grigutis ze wsi Kompocie (1923-2013) dostarcza wielu interesujących informacji. 23 grudnia 1948 r. ożenił się z Veroniką Judickaitė, jedną z najwybitniejszych łączniczek partyzanckich w naszym regionie i zamieszkał w gospodarstwie żony w Budzisku, gdzie znalazł się w samym środku ruchu partyzanckiego. Korzystając z jego świadectwa, postaram się opowiedzieć o trudnych wydarzeniach tamtych dni. - Wydostaniemy się stąd” - mawiał Rimvydas. - Dokąd? To nie ma znaczenia. Znajdziemy was, kiedy będziemy potrzebować, ale wy nas nie szukajcie. Najważniejsze było sporządzenie fikcyjnych dokumentów. J. Krikščiūnas, V. Prabulis i A. Kvedaravičius mieli zdjęcia, Bronius Saveikis nie. Musiał zostać sfotografowany. Ale jak? Nie można zabrać fotografa do bunkra, a Bronius nie pójdzie do studia fotograficznego. Pranas powiedział, że we wsi Pełele mieszkała kobieta Pečiulienė, której mąż miał aparat fotograficzny. Pečiulis był wielkim litewskim patriotą i za swoją działalność na rzecz Litwy został skazany przez Polaków na karę śmierci (później zamienioną na dożywocie). Został uwolniony przez Niemców, ale stracił zdrowie w więzieniu i szybko zmarł. Jego żona również pomagała wielu partyzantom. Z pewnością ma kamerę swojego męża, ale czy się zgodzi? Kiedy Pečiulienė usłyszała o tej sprawie, powiedziała: - Broń Boże, nie mogę, dzieci zostaną sierotami. Niech nie przychodzą ani do mnie, ani przeze mnie. - Nie, to nie - powiedzieli Pranas i Veronika - nic nie można zrobić, trzeba znaleźć inne sposoby. Był taki Burba w Aleksandrauce czy Mikalajaukce. Był Polakiem, ale jego najstarszy syn mówił po litewsku lepiej niż jakikolwiek inny mieszkaniec wsi. - Powiemy, myślą, że otrzymaliśmy list od naszych krewnych w Ameryce, że nie możemy tam pojechać, ale oni do nas, to chociaż wyślemy im zdjęcie rodziny. Burba zgadza się zrobić zdjęcie. B. Saveikis wychodzi z ukrycia, goli się, bierze prysznic i przebiera w strój Pranasa. Gdyby nie jego blada twarz, wyglądałby jak domownik. Burba, zgodnie z obietnicą, przyjeżdża rowerem. Robi zdjęcia Judickai i Grigučiai. Kiedy chce wracać, Pranas przekonuje go: - „Może mógłby Pan zrobić zdjęcie paszportowe, jeden z moich krewnych ze wsi Żwikiele chce je mieć. - Dlaczego nie? Proszę mi dać prześcieradło. Veronika wiesza białe prześcieradło na ścianie. Bronius Saveikis nie jest Dzukiem, ale w Dzukii rozmawia z fotografem jak prawdziwy mieszkaniec Żwikiel. Gospodarze czekają na następny dzień, ale nie ma fotografa ani zdjęć. Zaczynają się martwić, ale trzeciego dnia Burba przyjeżdża rowerem i przynosi zdjęcia. „Czyste” paszporty dla partyzantów dostarczył puński Janušauskas (mąż Natalii Briliūtė-Janušauskienė), stary znajomy Antanasa Kvedaravičiusa. Potrzebowali polskiego paszportu, który „leśni bracia” wykorzystaliby jako wzór do podrabiania dokumentów. Poprosili o oficerów łącznikowych. P. Remindavičius nie zgadza się, nawet najbardziej lojalna Teklė Pauliukonytė i Veronika Judickaitė (żona Pranasa) nie chcą dać dokumentów. W okresie powojennym ludzie mieszkający na granicy nie mogą nawet skręcić za róg bez paszportu. Pranas nie może odmówić partyzantom, to jego sposób. Myśli, że jak będzie potrzebował paszportu, to powie, że był na targu w Suwałkach i go zgubił albo ktoś mu zabrał. Myślał, że się znajdzie, więc nie powiedział władzom. Tydzień później partyzanci zwrócili Pranasowi paszport. Pokazują mu sfałszowane dokumenty. Są takie same jak jego: atrament, podpis i pieczątki są takie same. Nie można stwierdzić, że są fałszywe. Musimy znaleźć kogoś, kto odprowadzi partyzantów na stację kolejową w Suwałkach. N. Briliūtė-Janušauskienė zgadza się pomóc „leśnym braciom”. Partyzanci chcą, aby prowadziła ich bocznymi drogami, a nie trasą, ale Natalė boi się zgubić i sugeruje tory kolejowe. Krikščiūnas i Prabulis opuszczają Budzisko 26 lipca. Po strzelaninie Rimvydas, być może przeczuwając zdradę, porzuca podróż i wraca do regionu Puńska. Czteroosobowa grupa zostaje podzielona na dwa części: Krikščiūnas i Prabulis po jednej stronie oraz B. Saveikis i A. Kvedaravičius po drugiej. Rimvydas i Žaibas kopią nowy bunkier na polu Aleksandrasa Jakimavičiusa, mieszkańca wsi Szlinokiemie. Cierpienie, zdrada i dramat bohaterskiej śmierci zbliżały się nieubłaganie. - Zostałem aresztowany 14 grudnia 1949 r., mówi jeden ze łączników Krikščiūnasa, przesłuchiwali i rachowali kości w Suwałkach. Nalegali, by powiedzieć im, co wiem, ale widziałem, że wiedzieli wszystko nawet bez mojej historii. Wkrótce przyprowadzili też Petrasa. Biuro szefa bezpieki jest duże. Postawili mnie w jednym kącie, a jego w drugim. Żebyśmy się nie udusili podczas konfrontacji. Powiedział im wszystko… Potem wymusili na mnie przyznanie się do winy. Kryjówka Rimvydasa i Žaibasa została zdradzona przez dwóch ich bliskich łączników. Jeden z nich (pseudonim operacyjny Vytautas) był od jakiegoś czasu werbowany przez bezpiekę. Wskazał on łącznika (pseudonim Mažasis), który wiedział, gdzie znajduje się bunkier. Nazwiska tych osób są mi znane, ale nie będę ich wymieniał. Plan aresztowania Krikščiūnasa-Rimvydasa i Prabulisa-Žaibasa został opracowany przez zastępcę naczelnika Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Suwałkach młodszego porucznika Tarasiewicza i starszego referenta Wydziału I Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Białymstoku młodszego porucznika Gorczycę. Zatwierdził go porucznik Szarało, kierownik Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Suwałkach. W planie napisano: […] Do przeprowadzenia operacji I należy zmobilizować KBW (Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego), zwerbować 300 żołnierzy wraz z 20 pracownikami operacyjnymi PUBP w Suwałkach i 20 funkcjonariuszami MO (Milicji Obywatelskiej), a z nich wszystkich utworzyć trzy grupy operacyjne, to jest grupę 45 ludzi, drugą grupę 250 ludzi i trzecią grupę szturmową liczącą 50 żołnierzy. a. Zadanie powyższych grup: Grupa pierwsza otoczy las Trakelio z trzech stron, a ludzie ustawią się tak, aby widzieli się nawzajem - co 20 metrów. Grupą pierwszą dowodzi zastępca szefa PUBP w Suwałkach Tarasiewicz H. Grupa składa się z pracowników UBP i MO. Grupa 2 okrąży [bunkier] od strony północnej lasu Trakelio, powyżej wsi Slionzokas, zamykając pierścień wokół Szlinokiemi wraz z kolonią, zwrócona twarzą do Grupy 1 przy lesie, z żołnierzami ustawionymi w taki sposób, aby widzieli się wzajemnie - co 50 metrów. Grupą dowodzi kpt. Waszczuk, a UB - Strzyżykowski M. Grupa 3 […] będzie poruszać się z kierunku wsi Szołtany przez pola do kolonii Aleksandrasa Jakimavičiusa, wraz z zatrzymanym […], pseudonim „Mały”, który wskaże sosnowy zagajnik i lokalizację bunkra. Gdy grupa szturmowa zbliży się do wskazanego zagajnika sosnowego, grupa 30 ludzi otoczy go pierścieniem w promieniu 500 metrów, pozostałych 15 zaatakuje […], starając się desperacko wziąć bandytów żywcem, a w razie próby ucieczki zostaną postrzeleni w nogi. Grupą dowodzi młodszy porucznik Czepiel, a grupą UB młodszy porucznik Gorczyca. II. grupy 1 i 2 wyjeżdżają samochodami z Suwałk o godz. 2.00 w dniu 15.XII.1949 r. i przyjeżdżają do miejscowości Szypliszki, pozostawiając samochody na posterunku MO, odległym o 8 km od miejsca zadania. O godz. 3.40 druga grupa wyjeżdża samochodami na miejsce zadania. Trzecia grupa szturmowa, stacjonująca w miejscowości Szypliszki […], rozpoczyna zadanie o godz. 7.00. III. Po wykonaniu zadania przez trzecią grupę szturmową, tj. po schwytaniu bandytów, grupa ta daje umówione znaki - trzy białe rakiety […]. IV. Za przeprowadzenie całej operacji z ramienia WUPB w Białymstoku odpowiada zastępca komendanta mjr Sokołowski, a z ramienia KBW mjr Tomczakowski. Jesień 1949 r. była długa i piękna, więc na polach zwierzęta były długo wypasane. Ludzie byli przyzwyczajeni do widoku Juozasa Jakimavičiusa dojącego krowy i czerpiącego wodę ze źródełka przy lesie. Nikt nie zwracał uwagi, nikt niczego nie podejrzewał. Możliwe, że jak twierdzi Jakimavičius, na umówiony znak, V. Prabulis i J. Krikščiūnas przychodzili do zarośli. Pod koniec 14 grudnia Jakimavičius rozmawia z Rimvydasem: - Dzieje się tu coś złego. Nieznani ludzie skradają się nocą. Psy szczekają do świtu. Panowie, co o tym sądzicie? Rimvydas stara się uspokoić swojego rozmówcę. - Przeniesiemy się w inne miejsce. Dziś spędzimy noc, a jutro już nas nie będzie. Jakimavičius nie zadaje więcej pytań. To nie jego sprawa. Wieczorem 14 grudnia 1949 r. starzy znajomi, Jurgis Krikščiūnas i Vytautas Prabulis, odwiedzają Pranasa i Veronikę Grigutisów, którzy w obawie przed aresztowaniem przenieśli się do Šilainė. - Właśnie robi się ciemno, a oni już tu są, konstatuje P. Grigutis, co oznacza, że mają kryjówkę niedaleko. Prowadzi ich do magazynu bez okien. Zapala świecę. Vytautas siada i żałobnym głosem prosi: - Ratuj mnie! Pranas! - Ale jak, w jaki sposób? - Proszę pozwolić mi wykopać bunkier w stodole. - Jeśli chcesz, proszę kopać. Rimvydas i jego towarzysz wychodzą na zewnątrz. Grigutisowie nie podążają za nimi. Nie chcą nawet wiedzieć, gdzie będzie bunkier. Gospodarstwo Grigutisów jest małe, budynki są ubogie. Na jednym końcu stodoły, w szopie, jest pasza, a na drugim końcu - zwierzęta. Jest ich tylko kilka: krowa, koń, kilka owiec. Każdego dnia muszą nawozić, więc za stodołą znajduje się duża sterta obornika. W ciągu jednej nocy Rimvydas i Žaibas przewracają obornik, kopią dół, stawiają sufit i szalują ściany. O świcie obornik jest wysypywany na bunkier. Następnie wszystko sprzątają. Pranas nie śpi całą noc. Kiedy rano idzie sprawdzić, nie ma śladu, że ktoś tam kopał. - Chodźmy już, Prabulis wstaje. - Będziemy musieli naprawić drzwi… Nadchodzi zima. Gdy spadnie śnieg, wejście będzie musiało prowadzić przez stodołę. Dokończymy wszystko wieczorem, kiedy wrócimy. - Nie będziemy tu długo. Kiedy będziemy mogli, wyruszymy na Zachód. Tylko żebyśmy mogli przezimować kilka miesięcy - odpowiada Rimvydas, jakby uspokajając Pranasa. Tej nocy Petronėlė Savickaitė-Valinčienė miała otwarte oczy. Ostatniej nocy płakało chore dziecko i dręczyły ją myśli. Tutaj wraz z mężem u Agurkisów we wsi Szlinokiemie przebywała od kilku lat. Agurkienė jest jej siostrą, a Agurkis wujkiem jej męża. Po stracie matki w wieku trzynastu lat wraz z rodzeństwem zamieszkała z ciotką. Jej siostra Anelė zapoznała ją z Alfonsasem Valinčiusem. Nie pobrali się, ponieważ Niemcy przymusowo wysiedlili ich na Litwę. Zabrali konie, wóz i ubrania. Tam przeżyli lata wojny. Wyszła za mąż za Alfonsasa w Szakach i wróciła do Szlinokiemi wczesną wiosną 1946 roku. Prabulisowie z Maćkowa są bliskimi krewnymi rodziny Savickasów, a Vytautas jest jej kuzynem. „Gdzie on teraz jest, biedak? - myśli Petronėlė. - Na początku wpadał do nas od czasu do czasu, żeby coś zjeść lub zabrać jedzenie. Musiał mieszkać gdzieś dalej. Teraz przychodzi codziennie…” Petronėlė próbuje przezwyciężyć bezsenność, ale nowa fala myśli zalewa jej głowę. Znów ich widzi, jak kopią bunkier w stodole. „Może nie powinnam była mówić: „Panowie, nie kopcie nam tu grobów”. Musiał się obrazić. Vytautas uderzył łopatą i krzyknął: „Jeśli ta baba wie, wszyscy wiedzą”. Nie skończyli kopać dołu, ale wyrównali teren… Tamta kobieta powiedziała, że rano, w drodze na stację Anavas, zobaczyła światło w sosnowym zagajniku Jakimavičiusów. „przywidziało Ci się”, powiedziałem jej. Ale czy ona w to uwierzyła?” Petronėlė będzie musiała wcześnie wstać. Trzeba ugotować śniadanie, zająć się zwierzętami, a mąż pójdzie wyciąć las. Po wyprawieniu męża próbuje ponownie zasnąć. „Vytautas przychodzi codziennie, myśli, co oznacza, że ukrywa się w pobliżu. Raz mi powiedział: „Petronė, upiecz więcej babki, to będzie dla nas”. Vytautas lubił świeży chleb… Mieliśmy umowę: jeśli w domu byli obcy, nie wolno im było wchodzić do chaty. Wtedy zostawialiśmy dla nich chleb w szopie. Dawaliśmy im boczek i warzywa, a ja dostarczałem im denaturat, o który tak trudno. Poprosiłam o niego Romanasa, tłumacząc, że muszę podgrzać mleko dla dziecka… Kiedy Vytautas był z nami, na podwórko wszedł policjant. Zamarłam, ale Vytautas założył czapkę i spokojnie przeszedł przez ganek. Zatrzymał się przy zwierzętach. Jurgis Krikščiūnas był zupełnie inny. Jest taki poważny. Wczoraj podszedł do mojej małej córeczki i zapytał: - Obywatel czy obywatelka? - Obywatelka. - Niech ją Bóg błogosławi, niech dorośnie i doczeka lepszych czasów”. Rozmyślania Petronėlė przerywa skrzypienie drzwi. Wchodzi mężczyzna, Alfonsas. Wzdycha: - Dopiero co wyszedł i wrócił? - Wyjrzyj przez okno i zobaczyć, co się dzieje. Przy ich gospodarstwie żołnierzy jak mrówek. W hełmach, z karabinami automatycznymi wycelowanymi w sosnowy zagajnik Jakimavičiusów. - Tam dalej stoją ciężarówki, mówi Alfonsas. - Są też karetki pogotowia. Agurkis milczy. Sigitas Valinčius przynosi olchową kostkę i siada przy piecu, żeby ją rozpalić: - Założę nowe podeszwy. Nadal próbuje udawać, że nic strasznego się nie stało, ale jego twarz, biała jak płótno, pokazuje co innego. Rozlegają się strzały. Do domu wchodzi żołnierz. Mężczyznom każe wziąć narzędzia i iść za nim. Jeden widły do gnoju, drugi grabie i idą tam, gdzie im kazano, prosto do sosnowego zagajnika Jakimavičiusa. Godzinę później Alfonsas wraca do domu, ponieważ żołnierze każą mu przyjść z podstacją. Podstacja Valinčiusa jest słaba, ulewa zniszczyła. W asyście żołnierzy Alfonsas zaprzęga parę koni, ładuje słomę i jedzie do sosnowego zagajnika. Wieczorem Petronėlė dowiaduje się o tym, co się tam wydarzyło. Kiedy Alfonsas wraca wieczorem, mówi jej: - Kiedy przyjechaliśmy, Drutisowie, Černelisowie i inni mężczyźni ze Szlinokiemi już tam byli. Kazano nam otworzyć bunkier. Kiedy go otworzyliśmy, uniosła się para. Prabulis leżał martwy. Strzelono mu w usta. Rimvydas w wiotkich rękach na piersi trzymał brauninga i ciężko oddychał. Wtedy do schronu wskoczył lekarz. Próbował go reanimować. Następnie został przewieziony karetką do Suwałk. Mężczyznę wyciągnięto z samochodu i położono na ziemi. W bunkrze znaleźli nasze deski, wiadro, siekierę, łopatę i trochę niedopieczonego chleba… Tylko, Petrutė, nie bój się, nie nasz, tylko upieczony w blasze, prostokątny. Żołnierze kazali położyć go obok zwłok Prabulisa. Wiesz co, zapomnieli o tym chlebie, a ja go przyniosłem. Co powinniśmy z nim zrobić, Petrutė? - Wiesz, może dać go psom. W ich gospodarstwie były dwa duże, wściekłe psy pozostawione przez Niemca, który mieszkał tam podczas wojny. Petronėlė tępym kijem rozdrobniła chleb na kawałki i rozrzuciła je po podwórku. Powiedziała, że psy rozdarły chleb. Kiedy wrócili, Alfonsas powiedział płacząc: - Zwłoki Vytautasa kazano porzucić w Szypliszkach pod ścianą domu. Wiesz, jak mi było ciężko… Sigitas został aresztowany i przewieziony do Suwałk. - Umówiliśmy się z Albinasem Drūtisem, że tego dnia pójdziemy do lasu, aby wyciąć kilka metrów lasu, mówi Sigitas Valinčius, - Około 7 rano, może trochę wcześniej, wziąłem piłę, Albinas wziął siekierę. Nie przeszliśmy 100 metrów od Drutisa, kiedy zatrzymali nas polscy żołnierze. - A wy gdzie? - Do lasu, metry wycinać. - Nie można. Wracać do domu Albinas idzie do swojego domu, a Sigitas do domu wuja, gdzie mieszkał z bratem i bratową. Przynosi do chaty olchową kostkę. Myśli, że założy nowe podeszwy do drewniaków. Drzwi otwiera polski żołnierz. Przedstawia się Sigitasowi – Jesteś aresztowany. Ubieraj się. Idziesz ze mną Co zrobić? Czy sprzeciwisz się, gdy będą grozić karabinem maszynowym? Żołnierz prowadzi go przez podwórko Drutisa, a następnie do lasu Jakimavičiusa. Przy sosnowym zagajniku każe mu się wspiąć na zbocze Na wzgórzu żołnierz mówi: - Patrz, k…, co to jest? Każe mu położyć się na ziemi i nie rozglądać się, a także stawia strażnika, aby uniemożliwić mu ucieczkę. Trzyma Valinčiusa na zimnej ziemi przez godzinę, może dwie. Żołnierze odkopują bunkier, rozmawiają. Dla Sigitasa staje się jasne, że Prabulis zginął na miejscu, ale drugi partyzant wciąż żyje i karetka zabrała go do Suwałk. Kiedy Sigitas może wstać, widzi swojego brata i innych rolników ze Szlinokiemi wynoszących ciało Prabulisa z bunkra. Żołnierze każą mu wejść na wóz i usiąść na zwłokach. W Szypliszkach zostaje przeniesiony do ciężarówki wraz z innymi zatrzymanymi. Pojazd jedzie do Suwałk. Po przybyciu na miejsce żołnierze porzucają zwłoki w magazynie, a zatrzymanych umieszczają w celi. Następnego dnia strażnicy Valinčiusa przyprowadzają go do pokoju, w którym leży ciało Prabulisa. Na rozkaz żołnierzy Sigitas rozbiera zmarłego. Żołnierze fotografują zwłoki ze wszystkich stron i pobierają odciski palców. Sigitas Valinčius jest przetrzymywany w celi przez kilka dni razem z Juozasem Jakimavičiusem z Szlinokiemi. Następnie został uwięziony przez Polaków, po czym przekazany Rosjanom i zesłany na Syberię. Nieco przed siódmą Juozas Jakimavičius wyszedł nakarmić konie. Na polach działo się coś niezwykłego. Żołnierze otoczyli sosnowy zagajnik, w którym ukrywali się partyzanci. Padły strzały. Na jego drodze stanął polski żołnierz. - Stój! Pójdziesz ze mną - krzyknął. Dwóch żołnierzy uzbrojonych w karabiny maszynowe i jeden od tyłu wepchnęli go prosto do bunkra. Musieli się obawiać, że bunkier jest najeżony pułapkami. Więzień próbował stawiać opór, ale jeden z żołnierzy uderzył go kolbą karabinu w ramię. - Ty będziesz zdychać, nie my. Na niebie rozległy się strzały. Podoficer wystrzelił bomby dymne w kierunku otwartego bunkra. Odpowiedziała mu seria z broni automatycznej z bunkra. Ze schronu padło kilka strzałów. Nastąpiła długa i przytłaczająca cisza. Mieszkańcy wioski, popędzani przez żołnierzy, zaczęli rozkopywać bunkier. - Vytautas Prabulis leżał na wznak, mówi Jakimavičius, trzymając w ręku Parabellum. Jurgis Krikščiūnas był pochylony. Krwawił z głowy. Wciąż ciężko oddychał. W bunkrze znajdowały się cztery sztuki broni, dwa bochenki chleba, bidon z naftą i prymus, na którym mężczyźni gotowali jedzenie. Na ścianie wisiał obraz Matki Bożej Ostrobramskiej. To wszystko było własnością partyzantów. Wewnątrz bunkra stał stół, po prostu szersza deska, przy której Rimvydas pisał historię litewskiego ruchu oporu. Ściany były zabite deskami, a podłoga była drewniana. Wszędzie było czysto i sucho, choć przestrzeń była ograniczona. Żołnierze rozmawiali między sobą, że nie znaleźliby tego miejsca żywcem, gdyby nie zwerbowany agent i fakt, że dym wydobywał się z otwartego otworu bunkra (ponieważ mężczyźni gotowali śniadanie po pracowitej nocy w Šilainė). Żołnierze już kilka razy przeczesywali las Trakelio, ale nic nie znaleźli. Bunkier partyzantów był umiejętnie wyposażony i dobrze zamaskowany. W skrzyni zasadzono małe drzewko. Kiedy je usunięto, otwór bunkra został otwarty. Kiedy żołnierze przyprowadzili Valinčiusa, Drutisa i Černelisa, część bunkra była już zniszczona. Ciężko oddychającego Rimvydasa wynieśli pracownicy ochrony, a ciało Prabulisa kazali zabrać Jakimavičiusowi i Černelisowi. Wkrótce przybył Valinčius z podstacją. Funkcjonariusze bezpieki kazali umieścić ciało Prabulisa na wozie i przykryć słomą, a aresztowanych umieszczono obok martwego mężczyzny i nakazano przewieźć do Szypliszek, gdzie znajdowało się dowództwo operacji. Relacje naocznych świadków tych wydarzeń są spójne, choć niektóre szczegóły są podawane w różny sposób. Na przykład Jakimavičius twierdzi, że wyrzucił dwa bochenki chleba znalezione w bunkrze do latryny. Kiedy agenci bezpieczeństwa zapytali go dwa dni później, gdzie podział się chleb, odpowiedział: „Nie wiem. Żołnierze pomogli, żołnierze go zabrali”. Sposób wypieku chleba pozwolił ustalić, kto pomagał partyzantom. W tamtych czasach ludzie piekli chleb na różne sposoby: jedni na tataraku, inni na blasze, jeszcze inni na ziarnie. Niektóre były okrągłe, inne kwadratowe. Tę polską likwidację partyzantów ujawnia także dokument opublikowany przez IPN w 2009 r., zatytułowany „Atlikto operacinio plano likviduojant lietuvių žvalgybos gaują raportas”: „[…] przygotowania do operacji […] były doskonałe, […] w sosnowym lesie znaleziono otwór do bunkra. W tym samym czasie zauważono, że przez małą szczelinę wydobywa się dym. Grupa ostrożnie zaczęła otwierać otwór długimi kijami, wtedy bandyci oddali kilka strzałów z bunkra […] Po kilku minutach, mimo strzałów, grupa szturmowa wyrwała drzwi i otworzyła otwór do bunkra. Bandyci zaczęli intensywniej strzelać. Dowódca grupy szturmowej, młodszy porucznik Czepiel, odpalił do środka kilka rakiet, próbując go [bunkier] podpalić, i rozkazał żołnierzom wystrzelić kilka pocisków przez bunkier. Miało to pokazać bandytom, że nie mają przewagi liczebnej. Gdy padły strzały, do otworu przyprowadzono Litwina z sąsiedniej wsi, przez którego po litewsku rozkazano bandytom poddać się i opuścić bunkier, na co bandyci odpowiedzieli, że nie poddadzą się wojsku polskiemu, bo są komunistami. Po godzinie ostrzału bandytów strzały ucichły. Wtedy odkopano szczyt bunkra. Po jego odkopaniu, co trwało około 15 minut, znaleziono w nim dwóch bandytów. Jeden z nich leżał martwy w rogu bunkra, trzymając w lewej ręce pistolet Parabellum, a w prawej 10-strzałowy karabin. Bandyta odebrał sobie życie, strzelając sobie dwukrotnie w głowę. Tymczasem przy otworze bunkra leżał drugi bandyta, trzymający w prawej ręce 15-strzałowy pistolet belgijski, a obok niego pepeszę. Bandyta był ranny w głowę, ale wciąż żył. […] Po wydobyciu ich na powierzchnię […] zabitego bandytę zidentyfikowano jako Vytautasa Prabulisa, poszukiwanego bandytę litewskiego gangu szpiegowskiego, a drugiego rannego bandytę jako Jurgisa Krikščiūnasa, przywódcę litewskiego gangu szpiegowskiego, pseudonim Rimvydas. Ranny bandyta został opatrzony na miejscu przez lekarza KBW, a następnie przewieziony karetką do szpitala w Suwałkach”. Dla Pranasa Grigutisa dzień był nieludzko długi. Robiło się już ciemno, a Krikščiūnasa i Prabulisa nie było. Wiatr wieje za oknem, łuna słońca świeci na dalekim zachodzie. Nie, nie światło łuny słońca, ale zbliżające się światło reflektorów. Domownicy są przerażeni - na podwórko wjeżdża sznur wojskowych ciężarówek. - „Ubecy”, krzyczy gospodarz. Żołnierze wychodzą z pojazdów i otaczają gospodarstwo. Słychać krzyki. - Otwierać! Wyważymy drzwi! Kilku z nich wdziera się do środka. Przeklinają, przeszukują kąty, rzucają przedmiotami, zaglądają nawet pod klepisko. Przeklinając domowników nieprzyzwoitymi słowami, oficer przedstawia się Pranasowi. - A co to? - wkłada mu do ręki pas Rimvydasa. Pranas jest zaskoczony. Jurgis Krikščiūnas mógł o nim zapomnieć w pośpiechu, a może nie mógł go znaleźć w półmroku, bo niedowidzi i nie nosi okularów. - Co to, bandyckie ścierwo? - atakuje Pranasa pięściami i przekleństwami. - I co, nie mogę mieć pasa? - A skąd to wziąłeś? - Wymieniłem go na papierosy od rosyjskich żołnierzy. Żołnierze przeszukują gospodarstwo i nic nie znajdują, ale nie wypuszczają Pranasa i Veroniki. Skuwają im ręce i prowadzą do ciężarówki. Nie wiedzą jeszcze, że kilka godzin temu we wsi Szlinokiemie doszło do tragedii. Aresztowani, Pranas Grigutis i jego żona Veronika zostają przewiezieni przez bezpiekę do Suwałk. Naczelnik więzienia, widząc wyczerpanego i zmarzniętego więźnia, mówi: Dać temu dobre miejsce. Zostaje poprowadzony długim, ciemnym korytarzem, którego ściany są pełne ludzkiej krwi. Zostaje wprowadzony do wilgotnej, ciemnej celi bez okien. Pomieszczenie jest wypełnione wodą po pięty. Z sąsiedniej celi słychać znajome głosy. Pranas rozpoznaje głosy Žukauskasa z Budziska, Valinčiusa z Pašalčiai, Jakimavičiusa ze Szlinokiemi i innych mieszkańców wsi. Gdy zapada wieczór, na korytarzu śpiewa się litewski różaniec, a krzyki, płacz i jęki torturowanych ludzi, zarówno mężczyzn, jak i kobiet, odbijają się echem po korytarzu. Kaci łamali nogi, ręce i palce więźniom, wbijali igły pod paznokcie, wyrywali ludziom włosy i rozbijali ich głowy o ściany. Następnego ranka strażnik wyprowadza go na mały dziedziniec i obserwuje, z kim się wita, z kim rozmawia. Udaje, że nikogo nie widzi, nikogo nie zna. Na przesłuchanie nie musi długo czekać. Tego samego dnia zostaje przyprowadzony do celi, grzecznie poproszony, by usiadł i powiedziano mu: „Powiedz co wiesz i Cię wypuścimy”. Podobnie jak jego żonę Veronikę, która rzekomo powiedziała wszystko, przyznała się i jest teraz w domu. Pranas podejrzewa służby bezpieczeństwa o kłamstwo. On i jego żona, wierząc, że mogą znaleźć się w takiej sytuacji, zgodzili się, że nie będą nic wiedzieć o swoich działaniach, nic nie powiedzą i nie będą próbować się nawzajem bronić. - Co zamierzam przyznać, że moja żona się przyznała? - mówi Pranas Grigutis. - Nie wiem, co zrobiła. Dopiero co się poznaliśmy, dopiero co się pobraliśmy. Nic mi nie powiedziała. Nikt do nas nie przychodził, nie miałem z nikim do czynienia, nic nie wiem. - Ty ropucho - szydził przesłuchujący - wkrótce będziesz mówić inaczej. Bierze Pranasa za szyje, prowadzi pod ścianę i uderza kilka razy jego głową o ścianę, sprawiając nawet, że jego oczy błyszczą. Z rannego czoła zaczyna sączyć się krew. Mężczyzna w rosyjskim mundurze, który siedział przy stole i do tej pory milczał, przeklina, wstaje i chwyta swojego oprawcę za podbródek. - Ty bandyckie ścierwo. Wiesz, gdzie zdechniesz? Na Sybirze! Pranas próbuje wyjaśnić: - Jestem obywatelem Polski. Pomagałem odbudowywać Warszawę… Rosjanin nie wytrzymuje i uderza Pranasa krzesłem w nogi. Ten osuwa się na ziemię i na chwilę traci przytomność. Po reanimacji zimną wodą jest ponownie przesłuchiwany. Tym razem każe mu się położyć na ziemi. Dwóch katów, stojących z boku, bije go kijami, krzycząc: Za Leninu, za Stalinu, za vsio! Polak siedzący w drugim rogu stołu każe katom przestać. Udaje dobrego człowieka. Każe podnieść oprawcę, posadzić go na krześle. Pyta go: - Powiedz swoje imię i nazwisko, kiedy i gdzie się urodziłeś - Pranas Grigutis. Urodziłem się w Trakiszkach. Mężczyzna w rosyjskim mundurze i medalach nagle krzyknął. Podbiega do przesłuchiwanego i chwyta go za podbródek: - Trakiškiai! To znaczy, że jest bandytą, uciekinierem ze Związku Radzieckiego! Pranas powoli wyjaśnia, że urodził się w Trakiszkach, w Polsce, niedaleko Puńska, a nie w Trakiškiai na Litwie, że nigdy nie był w Związku Radzieckim i nigdy nie chce być. Przesłuchanie dobiegło końca, ale Pranas będzie miał jeszcze wiele podobnych, być może nawet bardziej okrutnych, spotkań z sadystycznymi oprawcami, którzy nie mają ludzkich uczuć. Kilka miesięcy później przesłuchujący sporządzają raport i podsuwają go Pranasowi pod nos do podpisania. Pranas odmawia. Wyrzuca z siebie: „To wszystko jest niesprawiedliwe. Mieszkałem w Jeglińcu tymczasowo, jako komornik, a nie właściciel. Przeprowadziłem się z żoną, ponieważ chaty w Trakiszkach zostały spalone podczas frontu. Proszę zapytać sołtysa wsi Jegliniec, proszę zapytać w Puńsku.” Widząc, że przesłuchanie nie przynosi żadnych rezultatów, siły bezpieczeństwa przewożą niegodziwca do więzienia w Olecku i umieszczają go w celi z litewskim Polakiem. Ten ostatni jest bardzo przestraszony i ciągle powtarza: „Co teraz będzie?”. Opowiada o sobie i próbuje nakłonić do tego Pranasa. Ten podejrzewa go o bycie agentem bezpieki i odpowiada: „Nic się nie stanie. Jestem niewinny. Nie wiem, dlaczego mnie tu trzymają”. Pranas nie przyznaje się do winy. Po trzech miesiącach agenci bezpieczeństwa muszą go zwolnić, nie znajdując żadnych zarzutów. Ostrzegają go przy zwolnieniu: „Jeśli kiedykolwiek będziesz się z kimś zadawał, jeśli będziesz pomagał bandytom, jeśli będziesz działał przeciwko PRL, jeśli powiesz komukolwiek o tym, co tu robiłeś, widziałeś, przeżyłeś i słyszałeś, aresztujemy Cię i wsadzimy z powrotem do więzienia, ale wtedy już stąd nie wyjdziesz”. Pranas wrócił do domu i nie zastał żony, jak się spodziewał. Dowiedział się od niej o jej losie. Veronika została przewieziona przez służby bezpieczeństwa do więzienia w Białymstoku. Tam przetrzymywano osoby z najpoważniejszymi zarzutami. Była przesłuchiwana przez 6 miesięcy. U jej brata funkcjonariusze znaleźli zdjęcia litewskich partyzantów. Na jednym znajdował się Jurgis Krikščiūnas z oddziałem partyzanckim i młodą dziewczyną. Zdjęcie zostało zrobione zimą gdzieś w lesie. Dziewczyna była ubrana w mundur żołnierski i bardzo przypominała Veronikę. Funkcjonariusz, przeglądając zdjęcie, podszedł do niej: - Patrz, gnido, czy nie ty?! Nie ty?! - Nie ja. Veronika patrzy na zdjęcie. Kobieta na nim wygląda tak bardzo jak ona, że aż trudno w to uwierzyć. Głowa, czoło, oczy, usta, podbródek są takie same jak u niej. Funkcjonariusze patrzą na nią z jednej i z drugiej strony i przeklinają: - No patrz, k…, czy nie ona? Nie ona? Ubierają ją w wojskowe mundury, wkładają w ręce karabin maszynowy, chodzą, przeklinają i znowu krzyczą: - Patrz, ścierwo. To ty! Przyprowadza fotografa, który robi jej zdjęcie w partyzanckim mundurze. Następnego dnia przesłuchujący przesłuchują Veronikę, trzymając zdjęcie w rękach. - No, patrz, k…, a nie mówiłem, że to ona? Veronika nie przyznaje się do winy. Zostaje zabrana do ciemnej celi. Woda po kolana. Kazano jej stać, nie opierać się o ścianę. Powoli mija minuta za minutą, godziny wydają się wiecznością. Jeden ze strażników ma ludzkie uczucia. Od czasu do czasu pozwala jej oprzeć się o ścianę, ale ostrzega ją, że jeśli usłyszy skrzypienie drzwi, powinna stanąć tak, jak jej kazano. Drugi strażnik jest prawdziwym sadystą. Kiedy ramiona Veroniki nieświadomie dotykają ściany, uderza ją w klatkę piersiową kolbą automatu i krzyczy: - Stój k…! Następnego dnia jest jej łatwiej. Drżąc jej nogi i ręce, jej ciało się trzęsie. Nie czuje tego. Trzy dni później, o trzeciej nad ranem, jeden z trzech starszych strażników, widząc, że jeszcze żyje, każe zaprowadzić Veronikę do celi. Jest tu wiele kobiet. Wszystkie są zamknięte za współpracę z partyzantami. Wśród nich jest jedna lekarka. Kobiety chwytają prawie nieprzytomną Veronikę i kładą ją na łóżku, rozbierają, wycierają nogi, ręce, plecy, całe ciało i przykrywają kocami. Veronika zasypia. Budzi się wieczorem, cała spocona. Nie może ruszyć ręką, nogą ani otworzyć ust. Panie próbują ją nakarmić, ponownie wycierają jej ciało, zakładają suche ubrania. Następnego dnia Veronika przesypia zarówno śniadanie, jak i obiad. Budzi się przed kolacją. Połyka kilka kęsów. Kobiety wycierają ją ponownie, wycierają i ubierają. I tak codziennie przez dwa tygodnie. Stopniowo odzyskuje siły. Po likwidacji Krikščiūnasa i jego adiutanta V. Prabulisa służby bezpieczeństwa mogły zainteresować się ich współpracownikami i wsparciem. 15 grudnia 1949 r. Sigitas Valinčius został aresztowany. Przewieziono go do Suwałk, a kilka dni lub tygodni później do więzienia w Olecku. Tam kazano mu stać w zimnej wodzie, nieludzko bito i okrutnie przesłuchiwano. Po przesłuchaniach został przekazany Rosjanom i zesłany do kolonii pracy przymusowej na Syberii. Wrócił bez zdrowia. Założył rodzinę. Obecnie mieszka niedaleko Mariampola, we wsi Gulbiniškiai. Tuż po Bożym Narodzeniu 1949 r. Vincas Pauliukonis został aresztowany i wywieziony do Białegostoku. Przez trzy miesiące był przetrzymywany w piwnicy z nieznanym księdzem. Sześć miesięcy później, około połowy czerwca 1950 r., stanął przed sądem. Sąd skonfiskował jego majątek i skazał go na pięć lat ciężkich robót we Wronkach. 31 grudnia 1949 r. rodzina Vincasa została deportowana do miasteczka w województwie koszalińskim. Zanim zdążyli osiedlić się w nowym miejscu, służba bezpieczeństwa aresztowała ich łączniczkę Teklė Pauliukonytė i skazała ją na pięć lat więzienia w Fordonie. Została zwolniona nieco wcześniej z powodu pogarszającego się stanu zdrowia. (16 lutego 2003 r. Vincas Pauliukonis i Teklė Pauliukonytė, a także Veronika Judickaitė zostali odznaczeni Krzyżem Oficerskim Orderu Krzyża Pogoni za pomoc udzielaną partyzantom). W ostatnich dniach 1949 r. za pomoc partyzantom aresztowano ponad 10 miejscowych Litwinów i 39 obywateli Litwy. 19 litewskich rodzin (80 osób) zostało deportowanych w głąb Polski. Kilku litewskich bojowników o wolność zginęło na Suwalszczyźnie. Niewiele wiadomo o Vytautasie Prabulisie, adiutancie Jurgisa Krikščiūnasa, który pochodził z dawnej wsi Maćkowo, parafii w Puńsku. Wolna encyklopedia internetowa Wikipedia podaje, że Vytautas Prabulis-Žaibas był jednym z najbardziej znanych litewskich partyzantów na Suwalszczyźnie, a jego rodzice mieli duże gospodarstwo w Maćkowie. Data urodzenia partyzanta nie jest znana. Maćkowo przed I wojną światową należało do parafii Puńsk, więc nasze poszukiwania rozpoczęliśmy od ksiąg urzędu stanu cywilnego parafii Puńsk z 1922 roku. Chociaż granica państwowa została ustanowiona w 1920 r., rodzice kilkakrotnie przekraczali granicę polsko-litewską i chrzcili swoje dzieci w kościele w Puńsku. Znaleziono obiecujący rosyjski wpis o numerze 232: „W 1912 roku we wsi Maćkowo urodził się Alfonsas Prabulis, syn Vincasa i Marijony Makauskaitė”. Aby dowiedzieć się więcej, pojechaliśmy do Maćkowa. Vytautas Busilas (obecnie nieżyjący), jeden z najstarszych mieszkańców tej wsi, pokazał nam miejsce, w którym kiedyś stała zagroda Prabulisów. Teraz jest to zielone pole. Nie ma tam ani jednego drzewa, krzaka, nawet najmniejszego kamienia. - W czasie wojny - powiedział Busilas - Jonas Prabulis pracował dla Rzeszy albo był w armii Plechavičiusa. Byłem dzieckiem, ale pamiętam, jak chodził w żołnierskim mundurze. Po wojnie Rosjanie go złapali, uwięzili, wywieźli na Syberię. Inni członkowie rodziny Prabulis też nie uniknęli deportacji: matka Marijona, siostra, brat Alfonsas i inni. Nie wiemy, jak wyglądał Vytautas Prabulis. Nie zachowało się ani jedno zdjęcie, oprócz tego zrobionego przez służby bezpieczeństwa po jego śmierci. V. Busilas twierdził, że był to mężczyzna średniego wzrostu, o okrągłej twarzy, drobnej budowie, wytrzymały i zwinny. Mógł urodzić się w 1927 lub 1928 roku. O tym, że zginął w Polsce, niedaleko Puńska, do dziś nie wie ani V. Busilas, ani pozostali mieszkańcy wioski i okolic. Jeszcze pod koniec lat pięćdziesiątych XX wieku gospodarstwo Prabulisów stało obok torów kolejowych, które nagle skręcają w prawo. Melioracja terenu zmiotła wszystko z powierzchni ziemi. Dziś niewiele osób w Maćkowie pamięta o mieszkającej tu rodzinie litewskich partyzantów Prabulis. Nie ma nawet najmniejszego krzyża im poświęconego, ani tablicy pamiątkowej. - To mit, że Prabulisowie byli zamożni - powiedział V. Busilas. - Mieli gospodarstwo o powierzchni nie większej niż 14 hektarów. Gospodarstwo i budynki gospodarcze nie były ani duże, ani imponujące. V. Busilas wspomniał, że Vytautas Prabulis, syn Alfonsasa Prabulisa, mieszka w Mariampolu. Spotkałem go kilka tygodni później. Rozmawialiśmy o rodzinnej golgocie Prabulisów i przejrzeliśmy ich rodzinny album. W rodzinie Vincasa Prabulisa i Mariji Jankauskaitė w Maćkowie dorastało sześcioro dzieci: czterech mężczyzn (Alfonsas, Jonas, Vincas, Vytautas) i dwie kobiety (Katrė i Mikasė). - Mój ojciec, Alfonsas, został aresztowany we wsi Berżniki - mówi Vytautas Prabulis. - Miałem wtedy siedem lub dziewięć lat. Cztery lata później moi dziadkowie, Dirviniai (teściowie Alfonsa), otrzymali od niego list w Magadanie (miasto na rosyjskim Dalekim Wschodzie, nad Morzem Ochockim - S.B.). Wiem, że Rosjanie wymierzyli mu karę śmierci, ale po śmierci Stalina zamieniono ją na 25 lat więzienia. Później wyrok złagodzono. Wrócił do domu z Syberii po dwunastu i pół roku. Vytautas Prabulis pamięta, że bataliony niszczycielskie na różne sposoby próbowały namierzyć kryjówkę jego ojca Alfonsasa. Pewnego dnia na podwórko wjechało kilka batalionów niszczycielskich. Otoczyły one kręgiem zagrodę Dirviniai (gospodarstwo teściów Alfonsasa). Bataliony niszczycielskie obchodzą gospodarstwo, idą do izby. Tutaj gliniane klepisko wydaje im się podejrzane. Decydują, że to musi być bunkier. Przynoszą żelazny pręt i wbijają go w ziemię. Wbijają go na pół metra. Pręt uderza w coś twardego. Bataliony niszczycielskie decydują, że muszą to być ściany bunkra. Kopią dziurę kilofami i łopatami. Ich frustracji nie ma końca: to tylko duży kamień. Bataliony niszczycielskie godzą się z właścicielami domu, wychodzą na zewnątrz i dokonują oględzin chaty. Jeden z nich decyduje, że bunkier będzie pod fundamentem domu. Ponownie kopią dół. Kopią aż do żwiru, znowu ostro przeklinają, wsiadają do samochodów, z karabinami maszynowymi jadą z podwórka. - Siedem dni później była wielka bitwa w Kalniškė - mówi Vytautas Prabulis. - Tam kobieta siedziała na drzewie i „cięła” z karabinu potylice członków batalionów niszczycielskich. Dzieci przynosiły jej amunicję. Pamiętam, że po południu przyjechała ciężarówka załadowana trupami sowieckich żołnierzy „ułożonych” przez tę kobietę. Krew płynęła strumieniem przez całe podwórko. Pod koniec lat pięćdziesiątych lub na początku sześćdziesiątych ojciec wrócił z Syberii. Vytautas został wtedy wzięty do sowieckiej armii. Kiedy jego syn wrócił do domu na przepustkę, ojciec powiedział mu, że załatwi mu dodatkowy urlop, dostanie jakieś zwolnienie lekarskie, żeby mógł wrócić do domu. W 1963 r. Vytautas otrzymał wiadomość, że jego ojciec jest poważnie chory. Jego radość nie miała końca: oto jego ojciec załatwiał obiecany urlop. Dwa dni później przyszedł telegram: „Ojciec nie żyje”. Vytautas wsiada do samolotu z Kijowa około północy i przylatuje do Wilna i Mariampola około 5 rano. Matka widzi syna, rzuca mu się w ramiona i wybucha płaczem: „Synu, twój ojciec odszedł!”. Vytautas Prabulis wie nieco mniej o swoim wuju Jonasie Prabulisie. Jonas został złapany i aresztowany we wsi Miklausė, gdzie miał bunkier w stodole Birgelisa, dużego rolnika z tej wsi. Kiedy bataliony niszczycielskie otoczyły gospodarstwo Birgelisa, Jonas uciekł na bagna. Mógłby uciec, gdyby nie psy batalionów niszczycielskich. Dogoniły one uciekiniera, chwyciły go za ubranie i rzuciły na ziemię. Za działalność partyzancką Jonas został skazany na karę śmierci, którą później zamieniono na 25 lat więzienia. 25 lat spędził w Workucie. Zmarł i został pochowany w Olicie. Vytautas Prabulis wie jeszcze mniej o swoim imienniku Vytautasie Prabulisie-Žaibasie, który zmarł 15 grudnia 1949 r. w Szlinokiemiach. - Z tego, co słyszałem – mówi mój rozmówca - wujek został wzięty do sowieckiej armii i był przygotowywany do marszu na Berlin, ale uciekł i ukrywał się w Polsce. To było tak, że został otoczony w bunkrze z kobietą, strzelał dopóki miał naboje, a jak mu się skończyły, to ostatni wystrzelił sobie w brodę. Ktoś powiedział, że został pochowany w Sejnach. Vytautas Prabulis był zaskoczony, gdy usłyszał, że jego bliski krewny został zabity w Szlinokiemiach razem z zastępcą dowódcy okręgu „Dainava”, Jurgisem Krikščiūnasem-Rimvydasem, kuzynem słynnego Lukšy-Daumantasa, i że był adiutantem Rimvydasa. Katrė Prabulytė została skazana na 25 lat obozu za pomoc partyzantom. Była więziona w Kraju Krasnojarskim. Wróciła na Litwę w 1967 r., wyszła za mąż za Milukasa i zamieszkała w Kozłowej Rudzie. Jej córka mieszka w Łoździejach, jest ordynatorem oddziału dziecięcego szpitala w Łoździejach. Jej mąż Patašys jest ordynatorem oddziału chirurgii w tym samym szpitalu. Mikasė Prabulytė została zesłana na Syberię za działalność partyzancką. Przez kilka lat była więziona w łagrach w Tomsku. Została pochowana w Kozłowej Rudzie. Jej córka mieszka w Wilnie. Vincas Prabulis uniknął z zesłania i Syberii. W 1944 r. wraz z wieloma litewskimi intelektualistami uciekł na Zachód. Osiedlił się w Baltimore (USA). Zmarł w 1968 roku. Jak wspomniałem wcześniej, metryka Puńska odnotowuje, że najstarszy syn Prabulisa, Alfonsas, urodził się w 1912 r. w Maćkowie. Nie udało mi się ustalić dat urodzenia pozostałych członków rodziny; nie ma ich w rejestrach Puńska. Gintautas Černauskas, proboszcz parafii Budwiecie, twierdzi, że nie ma ich również w rejestrach parafialnych w Budwieciach. Według niego metryki parafialne zaczynają się w 1944 lub 1945 roku. Nie wiadomo, czy księgi zostały spalone, czy zniszczone. - Próbowałem znaleźć miejsce pochówku Rimvydasa - mówi Juozas Jakimavičius. - Po wyjściu na wolność przez kilka lat byłem obserwowany i śledzony przez milicję. Kilka lat później udałem się do dozorcy cmentarza suwalskiego. Dwa razy go nie zastałem. Za trzecim razem zastałem go pijanego. Zaczął mnie wypytywać, kim jestem, czego szukam. Nie mogłem nic znaleźć. Dopiero Sigitas Valinčius, który był ze mną w więzieniu, powiedział mi, że 17 grudnia 1949 r., kiedy z Wilna przyjechał niejaki Popovas, ekshumowano ciała partyzantów. Zwłoki sfotografowano. Następnie pochowano je w tym samym miejscu. Gdzie? Sigitas Valinčius mógł tylko powiedzieć, że gdzieś na podwórku, w pobliżu jakichś drzew. Był zbyt przerażony, by sobie przypomnieć. Bał się, że kopie sobie dół. Mówił, że to mogło być gdzieś za Suwałkami, w bagnie albo w stawie, bo wtedy na cmentarzu nie było miejsca dla takich ludzi. - W nocy strażnicy wyprowadzili mnie na zewnątrz - mówi Sigitas Valinčius - i kazali wsiąść do ciężarówki. Z mowy żołnierzy zrozumiałem, że trumna, na której mnie położono, zawierała ciało Prabulisa. Wojskowa ciężarówka jechała w nieznanym kierunku. Zatrzymała się przy małej brzozie. Gdzie - nie wiem. Nie znałem Suwalszczyzny, a było ciemno. Bałem się, że zostanę zastrzelony na miejscu. Żołnierze zabrali trumnę. Ja zostałem w samochodzie. 16 lutego 1949 r., na mocy ustawy nr 4 z 1949 r., Rimvydas otrzymał stopień partyzanckiego kapitana bojowników o wolność. W 1950 r. decyzją nr 5 Prezydium LLKS po jego śmierci został odznaczony Krzyżem Walki o Wolność (z mieczami) wraz z honorowym tytułem Bohaterskiego Bojownika o Wolność. Litwini z Suwalszczyzny wznieśli Jurgisowi Krikščiūnasowi i Vytautasowi Prabulisowi symboliczny grób z nagrobkiem na suwalskim cmentarzu, wierząc, że w jego pobliżu mogą być pochowani bohaterowie litewskiej walki o wolność. Literatura 1. Bronius Makauskas, „Lietuvos partizanų ryšiai su Vakarais per Suvalkų kraštą ir Lenkiją 1945–1950 m.”, Terra Jatwezenorum, Punskas: „Aušros” leidykla, 2009, p. 244–257. 2. Bronius Makauskas, „Pokaris Sūduvoje”, Aušra, 1997, nr. 4; 1997, nr. 5. 3. Ričardas Čekutis, Dalius Žygelis, „Laisvės kryžkelės. Partizanų kelias į Vakarus”, www.bernardinai.lt, 2007-03-13. 4. Ričardas Čekutis, Dalius Žygelis, „Laisvės kryžkelės. Lietuvos ir Lenkijos partizanai Suvalkų trikampyje”, www.bernardinai.lt, 2007-03-19. 5. Alicija Sitarskienė, „Už laisvą Lietuvą”, Aušra, 1997, nr. 24, p. 29–31. 6. Alicija Sitarskienė, „Už laisvą Lietuvą”, Aušra, 1998, nr. 1. 7. Aldona Vaicekauskienė, „Gimtinės” dainos ir žmonės, Punskas, 2008, p. 18-21. 8. Danuta Kaszlej, Zbigniew Kaszlej, Krystyna Pasiuk, „Ostatni „leśni” Suwalszczyzny. Oddział „Bladego”-Burdyna”, http://astn.free.of.pl/rocznik3/art_132tresc.htm. 9. Bartłomiej Rychlewski, Po dolinach i po wzgórzach…: Monografia oddziału Jana Sadowskiego i Piotra Burdyna 1949–1952, Wydawnictwo Akces, p. 26–29, 62–67. 10. Paweł Kalisz, Podziemie litewskie na Suwalszczyźnie do 1950 r., Instytut Pamięci Narodowej, Komisja Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu, Aparat Bezpieczeństwa Polski Ludowej wobec mniejszości narodowych i etnicznych oraz cudzoziemców. Studia pod redakcją Jarosława Syrnika, Warszawa, 2009. 11. Vitas Prabulis, Wikipedia. 12. Sigitas Birgelis, „Jie žuvo vardan Lietuvos”, Aušra, 1999, nr. 23. 13. Sigitas Birgelis, „Jie žuvo vardan Lietuvos”, Aušra, 1999, nr. 24. 14. Sigitas Birgelis, „Jie žuvo vardan Lietuvos”, Aušra, 2000, nr. 1. 15. Sigitas Birgelis, „Jie žuvo vardan Lietuvos”, Aušra, 2000, nr. 2. 16. „Vytautas Krikščiūnas, Jurgis Krikščiūnas-Rimvydas”, Laisvės kovų archyvas, 17, Kaunas, 1996, p. 236–244. 17. Sigitas Birgelis, „Apie Rimvydo ir Žaibo žuvimo aplinkybes”, http://punskas.pl/?p=22663.