Pamiętniki wołyńskiego świętego. Edukacja Kontynuujemy publikację fragmentów z pamiętników świętego Zygmunta Szczęsnego Felińskiego. Polecamy uwadze Czytelników wspomnienia o jego nauce w szkołach wołyńskich oraz myśli autora o przepaści dzielącej polski i rosyjski model edukacji. Represje rosyjskie. Wojutyn Na wieść o ustąpieniu Wielkiego Księcia Konstantego z Warszawy i o rozpoczęciu wojny narodowej, wszystkie polskie szkoły na Litwie i Rusi zostały zamknięte, a uczniowie odesłani do rodziców. Ja również z bratem wróciłem do Wojutyna. Ojciec, z już mocno podupadłym zdrowiem, przebywał wówczas w Żytomierzu, zajęty obowiązkami służbowymi, daremnie ubiegając się o urlop. Matka więc, z sześciorgiem dzieci, musiała radzić sobie sama. Nie chcąc, byśmy się z bratem, dwoma najstarszymi, rozleniwili, zatrudniła guwernera z Liceum Krzemienieckiego, niejakiego Budziłowicza. Jednak po wkroczeniu Dwernickiego na Wołyń, gdy nasz młody mentor pospieszył pod sztandary narodowe, ponownie zostaliśmy bez męskiej opieki. Po świetnej bitwie pod Boremlem, kiedy Dwernicki, zagrożony okrążeniem przez przeważające siły wroga, zmuszony był wycofać się do Galicji, moskiewskie żołdactwo, uwolnione od groźnego przeciwnika, rozproszyło się po całej okolicy, rabując i niszcząc napotkane po drodze szlacheckie dwory. Kiedy i Wojutyn nawiedziła ta plaga, moja matka, ostrzeżona w porę, zdołała schronić się z dziećmi w gęstych zaroślach ogrodu. Nie chcąc jednak narażać się na ponowne napady, wyjechała z nami do Zboroszowa, a gdy i tam nie znalazła bezpieczeństwa, schroniła się w Galicji, gdzie pozostała aż do późnej jesieni. Przyjechał też ojciec, uwolniwszy się wreszcie od urzędowania, ale jego zdrowie było już tak poważnie zagrożone, że niedługo potem zaniemógł i po ciężkich cierpieniach, na początku 1833 roku, zmarł. Po tak ciężkiej stracie matka, zbolała i przygnębiona coraz to nowymi klęskami spadającymi na kraj, siłę do stawienia czoła tak trudnym okolicznościom czerpała jedynie z przywiązania do osieroconych dzieci i z poczucia obowiązku. Jej najcięższą troską było wychowanie dzieci, zwłaszcza synów, w warunkach zupełnie odmiennych, niż pragnęłoby serce. Wnet po uśmierzeniu powstania, rząd rosyjski rozpoczął bezwzględną zagładę wszystkich żywiołów narodowych, zaliczając do ich rzędu i sam nawet katolicyzm. Odjęto Prowincjom Zabranym Statut litewski, zamieniając go Swodem zakonów; wygnano ze szkół i ze wszystkich jurysdykcyjni język polski, wprowadzając natomiast rosyjski. Całkiem zamknięto Uniwersytet warszawski i Liceum krzemienieckie, przenosząc fundusze tego ostatniego i z takim trudem zgromadzone przez Tadeusza Czackiego księgozbiory i muzea. W Uniwersytecie wileńskim pozostawiono tylko fakultet medyczny, pod nazwą Akademii medycznej, w której wykłady pozostawiono w języku łacińskim. Fakultet teologiczny przekształcono na Akademię duchowną, którą w kilka lat później przeniesiono do Petersburga. We wszystkich gimnazjach i szkołach powiatowych wprowadzono język wykładowy rosyjski; że zaś nie znalazło się dość nauczycieli tej narodowości do obsadzenia nimi wszystkich katedr, pozostawiono wiec do czasu tych Polaków, którzy się zobowiązali wykładać w języku urzędowym, poprzestając na przysłaniu do każdej szkoły dyrektora, inspektora i nauczycieli języka rosyjskiego, geografii i historii z głębi caratu. Zniszczony Krzemieniec Żadne podobno miasto nie zostało z taką zawziętością zgnębione jak Krzemieniec. Nie zostawiono tam nawet szkoły powiatowej; gmach licealny oddano na schizmatyckie seminarium, z trzech zaś kościołów: licealnego, bernardyńskiego i bazyliańskiego nie pozostawiono ani jednego; wszystkie na cerkwie obrócono! Z grona profesorów licealnych wielu usunęło się zupełnie od publicznej służby, kilku – między którymi Jakubowicz i Danilowicz, zaszczytnie znani w świecie naukowym – rozrzucono po uniwersytetach rosyjskich, z pozostałych zaś, których konieczność materialna zmuszała do przyjęcia wymaganych przez rząd warunków, złożono koślawe grono nauczycieli gimnazjalnych, pod wodzą kilku rodowitych Moskali i powierzono im nowo założone gimnazjum w Łucku, które pomieszczono w klasztorze wygnanych z Łucka Sióstr Miłosierdzia. […] Nasłani znowu z głębi Rosji nauczyciele, po większej części popowicze, z powodu nieokrzesanego grubiaństwa swego i niedostatecznego wykształcenia naukowego, nie mieli żadnego moralnego wpływu, a raczej wpływ ich był całkiem ujemny, pobudzający z jednej strony do nienawiści przeciwko obcym żywiołom, z drugiej zaś zachęcający młodzież do płatania coraz to nowych a najczęściej złośliwych figlów nielubionym przybyszom. W łuckim gimnazjum Kiedy na żądanie umierającego ojca, matka moja umieściła mię w Łucku, miałem wówczas zaledwie lat dziesięć, przylgnąłem jednak calem sercem do grona starszych kolegów, prowadzących zaciętą wojnę z moskiewskim żywiołem. Nikt nie podpatruje tak trafnie najskrytszych wad przełożonych jak młodzież, co obcując z nimi ustawicznie, z najdrobniejszego objawu wnet odgadnie grunt charakteru. Inspektor Naumenko, który objął katedrę rosyjskiej literatury, wyobraził sobie, że na życie jego czyhają i lękał się własnego cienia. Spostrzegłszy to uczniowie, podłożyli cztery pukawki strzelające pod nogi krzesła, na którym w klasie siadywał; gdy zaś te z trzaskiem pod ciężarem jego pękły, tak się przestraszył, że upadł na ziemię prawie bezprzytomny i długo słowa przemówić nie był w stanie. Nauczyciel znowu historii i geografii, Popow, czuł nieprzepartą skłonność do kieliszka, tak, że zaledwie z lekcji wracał do swego mieszkania, wnet wołał na służącego, z Rosji też przywiezionego: «Wańka! Śniadonie i wódka!» po czym zjawiał się Wańka z butelką w jednej a z kwaśnymi ogórkami w drugiej ręce. Podsłuchawszy to po kilkakroć na dzień powtarzające się wołanie Popowa, jeden z najsprytniejszych malców, doskonale naśladujący głos nauczyciela, wyłaził na dach wnet po lekcji i w chwili, gdy Popow wchodził na próg swego mieszkania, krzyczał przez komin: «Wańka! Śniadanie i wódka!» Wściekał się nauczyciel i wysyłał pogoń za szubrawcem, nim jednak ciężki Wańka na dach się wgramolił, zwinny malec już dawno w bezpiecznej był kryjówce. Łatwo odgadnąć, że wpływ takich apostołów rusyfikacji był całkiem chybiony, tak, że młodzież coraz to większego wstrętu do moskiewszczyzny nabierała. Patriotyzm był gorący i ogólny, zasadzał się jednak wyłącznie na nienawiści zaborców i na gotowości stoczenia z nimi ponownej orężnej walki, o pracy zaś nad odrodzeniem narodowym nikomu się jeszcze nie śniło. Niebezpieczna zabawa Ulubioną zabawą uczniów było rozdzielenie się na dwa obozy, przedstawiające Polaków i Moskali, i stoczenie bitwy, w której Polacy zawsze byli górą, gdyż obie strony zarówno się o to starały. Najtrudniej było wyszukać wodza dla Moskali, kończyło się też zawsze na jedynym, co się tego chętnie podejmował, niejakim Brzeźniakiewiczu, synu księdza unickiego, który brak zdolności zastąpić usiłował podlizywaniem się szkolnej władzy. Na jednej z przechadzek, odbytych za miastem, młodzież bawiła się w ulubioną wojnę, polskie hufce pod wodzą szóstoklasisty Mrozowskiego, moskiewskie zaś owego Brzeźniakiewicza; gdy więc, jak zwykle, walka skończyła się całkowitym pogromem Moskali, którzy wszyscy utracili czapki, co było znakiem wzięcia do niewoli, rozochocona zwycięstwem wiara zapragnęła zamanifestować tryumf swój powieszeniem nieprzyjacielskiego wodza. Opasano przeto Brzeźniakiewicza sznurami pod pachy i przy hucznych okrzykach: »zdrajcy na szubienicę» wywindowano go na gałąź. Niedaleko od placu boju przechodził gościniec, a los fatalny tak zrządził, że w chwili wykonania haniebnego wyroku przejeżdżał tamtędy jakiś rosyjski pułkownik, który usłyszawszy niezwykłe wrzaski, wysiadł z powozu i zbliżył się do rozbrykanej młodzieży. Na próżno nauczyciel Polak, obecny przy zabawie, tłumaczył mu, że to żart niewinny, nie mający żadnego politycznego znaczenia, na skargę pułkownika gubernator zarządził surowe śledztwo, skutkiem którego nauczyciel stracił miejsce. Mrozowski skazany został w sołdaty, uczniowie zaś, co wzięli udział w wieszaniu, poszli na dwa tygodnie do aresztu. Jeden Brzeźniakiewicz wyrósł w oczach naszych cywilizatorów na bohatera i był w szczególny sposób przez nich protegowany. Niszczący wpływ rosyjskiego modelu edukacyjnego O ile jednak praca nad zjednaniem młodzieży dla idei rządowych okazała się bezowocną, o tyle mniej świadomie działający pierwiastek rozkładowy moskiewski oddziaływał skutecznie na skażenie moralności uczniów. W pierwszym już roku szkolnej reformy zagnieździły się między uczniami takie nadużycia, o jakich w dawnych szkołach pojęcia nawet nie miano. Polski system edukacyjny, czy to w świeckich czy w duchownych szkołach, pod względem moralności zależał na zbliżeniu, o ile możności, wychowania publicznego do normy życia rodzinnego. Między nauczycielem i uczniem zawiązywał się stosunek tak serdeczny jak między ojcem i synem: wszyscy przełożeni tak szczerze interesowali się swymi wychowańcami, jak gdyby istotnie najbliższe węzły krwi ich łączyły. Nauczyciele nawiedzali codziennie mieszkania uczniów, śledzili za ich zajęciami, dopomagali im w naukowych pracach, kontrolowali towarzyskie ich stosunki, starając się w porę zapobiec każdemu niebezpieczeństwu, uratować od grożącego zgorszenia, niezwłocznie przy tym wydalając niepoprawnych. Suzdalska przeciwnie metoda zależała na zupełnym nietroszczeniu się o stan sumienia dzieci, o ich stosunek do Boga i bliźniego, byle zachowanie się ich względem rządu było nienaganne. Pijaństwo, rozpusta, hulatyka były więcej niż tolerowane między młodzieżą; zachęcano niemal do tego rodzaju wybryków, w przekonaniu, iż najskuteczniej odwracają one od patriotycznych knowań. Zwichnięty też kierunek naukowych wykładów i całkowite wyłączenie języka polskiego z liczby obowiązujących przedmiotów cofnęły niezmiernie i pod względem wykształcenia umysłowego młode pokolenie w porównaniu ze starszym, kształconym w Wilnie i Krzemieńcu. Jeśli więc nie udał się rządowi moskiewski prozelityzm, to ruina uczciwych między młodzieżą obyczajów w znacznej części się powiodła. Pod względem narodowości uczniów w Prowincjach Zabranych, ta była ryczałtowo polska. W łuckim np. Gimnazjum na trzystu uczniów było dwóch tylko prawosławnych i obaj byli Malorosy, synowie osiadłych dawno nad Styrem właścicieli ziemskich, nie tylko umiejących dobrze po polsku, ale używających tego języka nawet w kółku domowym Kiedy po dwóch latach gimnazjum, dla szczupłości pomieszczenia, Przeniesione zostało do Klewania, liczba Polaków wzrosła wnet do pięciuset, prawosławni zaś ciż sami dwaj pozostali, bratając się szczerze z żywiołem miejscowym. (Ciąg dalszy nastąpi). Opracował Anatol Olich