Sejm u Wawrzynowicza w Wyrce Genowefa c. Jana Wawrzynowicza z Wyrki, dziś mieszkająca w Lęborku, opowiadała, jak to w ich chacie schodzili się wszyscy sąsiedzi. Mężczyźni grali w karty i politykowali, kobiety plotkowały, a dzieci przyglądały się i słuchały. Wszyscy palili tytoń, a najwięcej paliła babunia. Chata dziadka Józefa Wawrzynowicza w Wyrce pamiętała pewnie jeszcze Polskę przedrozbiorową. W każdym razie nawet dziadek dziadka Józefa mówił, że za jego dzieciństwa już była stara. Jedna wielka izba, że można było wozem nakręcać, i alkierz (małe pomieszczenie). Tę chatę nazywano Sejm. Stała na samej drodze, wozy jadące prawie ocierały się o jej ścianę. Wielki piec ogrzewał izbę, leżały na nim skóry, a na skórach wygrzewała się babunia i dzieci. Siedzący na ławach wokół izby wspominali swoje przygody i wojny. Prowadzili dyskusje polityczne, rozważali przebieg przyszłych wojen, snuli wizje potężnej Polski, koniecznie z zamorskimi koloniami. Blask palonego łuczywa i jego zapach nadawał izbie bajeczną atmosferę. Starzy gospodarze opowiadali, jak to z Sybiru wracali zesłańcy, wywiezieni tam po Powstaniu Styczniowym 1863 r. Po 20 latach katorgi kilku wróciło, przyszli na nogach z Kijowa. Opowiadający pamiętali ich nazwiska i nazwiska tych, co nie wrócili. Nie pożyli długo, szybko poumierali. Najwięcej do opowiedzenia mieli ci, co byli na Wojnie Japońskiej i Światowej. Dziadek Józef opowiadał o oblężeniu Port Artur. Wprowadzał obecnych w krajobraz Chin, gdzie skośnoocy ludzie żyją w egzotycznych krainach. Niekończąca się podróż koleją i statkiem na koniec świata. Oblężenie, śmierć w okopach, głód, zimno, to wszystko słuchacze widzieli w wyobraźni. Kiedy jednak przechodził do handlu z Japończykami opowieści stawały się jeszcze ciekawsze. Głodujący carscy żołnierze mieli pod dostatkiem tytoniu i wódki, a Japończycy jedzenia. Bez słów szybko się porozumieli i czas wojny umilali sobie handlem, który przybrał spore rozmiary. Niewola i długi powrót do domu kończyły Wojnę Japońską. Wtedy dochodzili do głosu weterani Wojny Światowej (nikt jeszcze nie nazywał jej «pierwsza»), najwięcej opowiadali o walkach pod Twierdzą Przemyśl. Niektórzy doszli nawet pod Gorlice w Karpatach. Wyobraźnię pobudzały grube mury rozsadzone na fortach w Przemyślu i stosy trupów, wśród nich niezliczona liczba rannych. Minęły lata, a oni ciągle w snach walczą. Front na Styrze, kolumny wojsk przechodzących w różne strony, kwaterujące po wsiach, zdemoralizowane wojsko carskie. Na końcu bolszewicy idący na Warszawę, rabujący co się da. Chowanie kobiet po lasach przed tą zdziczałą masą i ich ucieczka po klęsce 1920 r. Za każdym razem rozpaczano nad synem Magdzińskiego z Sosznik, którego uciekając porwali. Biało-czerwona flaga przed chatą sołtysa i policjanci z orzełkami na czapkach, jakby od zawsze to już było. Podobnie jak koloniści przybywający na stację do Rafałówki i wędrujący za pracą nędznicy z «centrali». Genowefa zasypiała na piecu, nic nie tracąc z opowieści. Jutro od nowa ich wysłucha. Dziś ma już 94 lata i dalej je słyszy. Oczy zmruży i widzi piec babuni, czuje zapach dziecięcych lat. Tylko pieca już nie ma, domu nie ma i groby opowiadających nie wiadomo gdzie. Tekst i zdjęcia: Janusz HOROSZKIEWICZ PS: Zainteresowani mogą uzyskać więcej informacji pod adresem mailowym: janusz-huta-stepanska@wp.pl Foto: 1. Babunia Elżbieta Liberowa, 1943 r. w Niemczech, babcia Genowefy Wawrzynowicz. 2. Genowefa Wawrzynowicz, po matce Janicka. 23 lutego 1946 r. 3. Jan Wawrzynowicz, tata Genowefy. 1933 r. 4. Miejsce kościoła w Wyrce. 5. List sołtysa do zastępcy z 1922 r. przenosi nas w tamte czasy.