Wspomnienia o wojnie 1 września mija 71 rocznica wybuchu Drugiej wojny światowej. Wspomnienia świadków tych wydarzeń każdego roku stają się bardziej cenne. Proponujemy czytelnikom relację badacza i pisarza Mykoły Koca, który w 1939 roku miał zaledwie dziewięć lat. W te dni byłem uczniem szkoły podstawowej. Pamiętam, że pod koniec sierpnia już czuło się zaniepokojenie. W jaki właśnie sposób? Zaczęto pochopnie rezerwować ludzi do wojska. Mój ojciec również dostał jakieś wezwanie i zaczął przygotowywać mnie do tego, abym zastąpił go w gospodarce domowej – pouczał, jak należy prowadzić konie, orać rolę i innych rzeczy. Sierpniowe lęki sprawdziły się 1 września. Chociaż mieszkaliśmy tak jakby z tyłu, to widziałem, jak pojawiły się w powietrzu wrogie samoloty. Na naszych oczach został zbombardowany most kolejowy nad Bugiem między Jagodynem a Dorohuskiem. Na wsi pojawili się uciekinierzy z zachodu i północy. Za nimi wkroczyły jednostki wojskowe. Odpoczywali, nocowali i szli dalej. Ten ruch trwał do połowy września. Z tego co sobie przypominam, o świcie 14 września do wioski nagle wjechały niemieckie czołgi. Ktoś naliczył ich około 40. Rozproszyły się w okolicznych terenach i na jakiś czas się zatrzymały. A my, dzieciaki, czasem nawet dorośli, pobiegli obejrzeć te stalowe maszyny. Nie znając języka, porozumiewaliśmy się z pancernikami przy pomocy gestów, wspinaliśmy się na zbiorniki, a ich właściciele nie mieli nic przeciwko temu. Niektórych, w tym też mojego starszego brata Iwana, nawet przewieźli na czołgu po wsi, co później władze sowieckie oceniły jako śmiertelny „grzech” i uznały za jeden z punktów oskarżenia. „Zwycięzcy” przebywali we wsi około pięciu dni, a potem powiedzieli, że mamy oczekiwać na ich sojuszników. Taka wiadomość ucieszyła komunistyczną część młodzieży. Zaczęli budować „łuk triumfalny” i ozdobili go portretem Stalina. Niemcy wracając na Zachód zaproponowali wywiesić obok także portret Hitlera, co niezwłocznie było wykonane. Na kilka dni wszystko ucichło, a potem nadeszła do nas czerwona horda i 21 miesiąca staliśmy się „moskalami” w całej pełni ich „szczodrobliwości”. Musieliśmy nauczyć się ich języka, nie pomijając wyrazów unikatowych. Zapamiętałem zwłaszcza takie wyrazy: „stawili pod stienku na koleni” („stawiali pod ścianę na kolana”), „strielali w zatyłok” („strzelali w kark”). Chodziło o ich zwycięstwo nad Polakami pod Szackiem. Wtedy nie mówiono o tym publicznie i tego faktu nie rozgłaszano. Nasze tereny całkiem zaczęły się przekształcać w mury obronne. Bez przerwy budowano ziemianki, przeszkody z drutu, rowy przeciwpancerne, lotniska polowe, bunkry. Na budowę, która nie poprzestawała nawet w ciężkie mrozy 1940-41 roku, zapędzali ludność lokalną z jej własnym transportem i sprzętem. Jednak, jak potem się okazało, wszystko było na próżno… Nowy rząd niszczył cywilnego „wroga” na nowo podbitych terenach, w tym też na Wołyniu. Z całą potęgą zaczęły działać władze karne. Według moich oszacowań, obwód w ciągu tych półtora z hakiem roku stracił około 150-170 tysięcy ludności. Więzienia były przepełnione, żywy towar bez końca był wywożony w tzw. „oddalone tereny ZSRR”. Dlaczego? Odpowiedź była prosta: „Jeżeli jest człowiek, to artykuł o nim w kodeksie karnym zawsze się znajdzie”. Z powodu wojny pomiędzy byłymi sojusznikami represje czasowo zostały zawieszone. Cierpiąc druzgoczącą klęskę w bitwach na początku wojny, Moskwa zaapelowała do ludzi „dobrej woli” o ratunek, wołając, że jakoby giniemy. Dużo Wołyniaków znalazło się w Armii Czerwonej, niektórzy z nich wyrażali niezadowolenie z powodu nieustannego wiertła, ubogiego odżywiania i munduru, porównując tę służbę ze swoją przedwojenną służbą w Wojsku Polskim na rzecz tej ostatniej. Taka opinia była uważana za agitację antysowiecką, z powodu czego wielu Wołyniaków znalazło się z obozach . Podobny los czekał wielu z tych, którzy zostali ponownie „wyzwoleni”, a potem zabrani do „wybawczyni Europy”. Mykoła Koc