Piłsudski w Maniewiczach Niespokojne lata 20-te XX wieku. Na poniszczoną przez wojnę Ziemię Wołyńską, zaczęli wracać z Wielkopolski jej dawni mieszkańcy, którzy zostawili swoje domy podczas okrutnych walk w okresie I wojny światowej. Wkrótce zaczęli przyjeżdżać i byli legioniści Piłsudskiego oraz wierni mu oficerowie, którym państwo pozwoliło na osiedlenie się tutaj. Na podstawie Traktatu Ryskiego (marzec 1921 roku) granica pomiędzy Polską a Sowiecką Ukrainą przebiegała na rzece Zbrucz. O tych dawnych wydarzeniach i nie tylko, mowa w książce historyczno-krajoznawczej „Moje seło, moji odnoselczany…” („Moja wieś, mieszkańcy mojej wsi…”). Moim zdaniem Czytelnicy „Monitora Wołyńskiego” z zainteresowaniem przeczytają kawałki szkicu, który opowiada o mało znanym wydarzeniu z życia Naczelnika odrodzonej Polski, jej pierwszego Marszałka Józefa Piłsudskiego. … Dzień i noc przez Zachodni Bug z Warszawy do Włodzimierza, z Brześcia do Kowla, przez Nową Rudę do Maniewicz nieustannie jechali Polacy. Wynajmowali miejscowych przewoźników i szukali swoich dawnych osad i folwarków. – Gdzie jest droga na Dubrowicę? – interesowali się. – Jak dojechać do kolonii Kunińska? – pytali miejscowych przybysze, zatrzymując się na wszystkich skrzyżowaniach. To była „gorąca pora” i dobre „zarobki” dla miejscowych. Wszystkie polskie majątki wyładowywane były z wojskowych pociągów na peronie na stacji Maniewicze lub wiezione były od samej granicy na wynajętych wozach. Nawet Józef Piłsudski zrezygnował z usług kolei i razem ze swoimi wiernymi oddziałami pojechał na Wschód, na świeżo odzyskane ziemie na furmance. Najpierw leśne drogi maniewickie ukrywały polskich żołnierzy od błąkających po lasach żołnierzy carskich i bolszewickich, które przybliżali się ze strony Pińska. Następnie drogi prowadziły ich do majątków właścicieli horodockiego uroczyska Wał – panów Majewskiego i Korczewskiego, a dalej – przez Smołodawkę – do maniewickiego pana Birara i byłej polskiej osady Kunińska. Następnie droga leżała przez Cumań – bliżej do ołyckich posiadłości Radziwiłłów. Przypomnimy, że Piłsudski wówczas stał na czele opozycji wojskowej w Polsce. Zachowały się wspomnienia miejscowych mieszkańców, dotyczące jego przyjazdu na nasze ziemie. … Do przewoźnika Radiona Rużyckiego (mieszkał on we wsi Gałuzja i miał parę dobrych koni) podszedł mężczyzna w cywilnym ubraniu, przy którym stali wojskowi i zamówił wóz wiejski. Jechali oni leśną drogą od Wału do Smołodawki, która była w posiadłości Birara. Ostrzegali się uzbrojonych watah byłych żołnierzy nieistniejących już armii. Wałęsały się one po lasach rabując okolice. Nieznany pasażer był przeziębiony. On ciągle kaszlał, więc kazał zatrzymać się obok pobliskiej chaty w Maniewiczach, która stała nad rzeczką Maniewką. Była to zagroda Wasyla Szweca. Płacąc gospodarzowi za furę nieznajomy mężczyzna zapytał furmana, jakimi pieniędzmi musi zapłacić – złotymi czy markami. Na co Radion, który był furmanem u samego pana Birara, odpowiedział: – Mam w dupie wasze marki, jeżeli mam całą kieszeń polskich złotych! Taka po-chłopsku szczera odpowiedź bardzo spodobała się pasażerowi, za co on dodał furmanowi jeszcze pieniędzy. Widać, pan jest mocnym gospodarzem, skoro ma takie piękne konie – zapytał nieznajomy. – Mam tylko batog własny, a konie pańskie, – pośpieszył wyjaśnić Rużycki. Chyba pomyślał, że pasażerowie mają zamiar zabrać konie. – A jak się nazywa ten pan? – zapytał nieznajomy mężczyzna, skoczywszy z fury. – Nazywa się Mikołaj Birar, a jego majątek znajduje się tam – za lasem. Usłyszawszy znajome nazwisko, pasażer podszedł blisko do furmana i cicho powiedział: – Gdy przyjedziesz do swojego pana, to najpierw przekaż mu pozdrowienia od Józefa Piłsudskiego. Jeżeli będzie tam wszystko cicho, to jutro będę u niego. Za takie „pozdrowienia” Birar podarował swojemu furmanowi Radionowi kawał gruntu, na którym stary Kruc, tak nazywali go mieszkańcy wsi, urządził swoją rodzinną zagrodę. A co się stało z przeziębionym pasażerem, przyszłym Marszałkiem odrodzonej Polski? Miał szczęście, bo w chacie Szweca był duży wiejski piec, który do czerwonego nagrzał hojny gospodarz, chociaż i nie wiedział, kto na nim będzie się grzał. Grzał się Piłsudski na piecu, na słomie z jęczmienia, na którym pościelono płótno domowej roboty. Całą noc oblewając się potem, popijał on z drewnianej chochli wywar z kaliny przygotowany dla niego przez babę Motrunę. Za jej szczerość i „leczenie” gość podarował jej puchowy szal, którym przed tym otulał swoje chore gardło: – Dziękuję bardzo, dobra kobieto! Teraz szal nie jest mi potrzebny… A za zużyty w piecu opał Piłsudski kazał swoim podległym dać staremu Wasylowi w zamian postołów z łyka oficerskie buty „na rypach”. Przechowywane one były w kufrze młodszego brata Wasyla – Kindrata – do samej jego śmierci. Kindrat później się ożenił z babcią autora książki – Ułytą Mytkałyk, mąż której nie wrócił z I wojny światowej. PS: Opisane wyżej wydarzenia warto by było skonkretyzować w czasie, podać chociażby miesiąc i rok. Ale Radion Rużycki (Kruc) zmarł w 1968 roku w wieku 90 lat, a Wasyl Szwec jeszcze wcześniej. Więc autor nie wziął na siebie odpowiedzialności za daty. Ale fakt przebywania twórcy niepodległej Rzeczypospolitej – Marszałka Piłsudskiego na ziemi maniewickiej jest rzeczywisty. Opracował Wasyl FEDCZUK na podstawie książki R. Mytkałyka „Moje seło, moji odnoselczany…”