Wołodymyr Łys: „Ukraina będzie miała laureata Nagrody Nobla!” Pisarz, dziennikarz, meteorolog ludowy Wołodymyr Łys w 2010 roku zwyciężył w konkursie Grand Koronacja Słowa – uznano go za najlepszego ukraińskiego prozaika. Jego twórczość wyróżnia się psychologizmem, ekspresją autorskiego myślenia, napięciem wątków literackich. Dzisiaj Wołodymyra Łysa gości „Monitor Wołyński”. - Panie Wołodymyrze, po odejściu na emeryturę Pan chyba nie myśli o żadnym odpoczynku. Kontynuuje Pan pracę dziennikarską, zdążył osiągnąć sukcesy w dramaturgii, zaś obecnie z natchnieniem pracuje Pan nad prozą. Która z tych hipotez jest prawdziwa? - Zaczynając, podobno jak wielu innych, od poezji, w niedługim czasie zostałem zainspirowany dramatem. Mam pięć wystawionych na scenie sztuk dramatycznych. Dalej zabrałem się do prozy z dwóch powodów. Omawiając kolejną sztukę – „Mistrz i sto tęcz” – krytycy i cenzorzy kazali mi ją zmienić, ponieważ bohater negatywny powinien poddać się wychowaniu, otóż mam go przedstawić w końcu jako bohatera pozytywnego. Wskutek tego wybuchłem, jak bomba wielomegatonowa i powiedziałem im wszystko, co myślę. Był to pierwszy powód mojego przejścia do prozy. Drugi to ścisłe limity, które wcale mi nie odpowiadały. Sztuka miała mieć 50-70 stron drukowanych. Nie zgadzałem się na takie ograniczenia. Niektóre uwagi i opisy wykorzystywane przeze mnie w utworach, wymagały więcej miejsca na wypowiedzi. Debiutowałem więc w prozie. Pierwszą próbą stała się powieść o ówczesnym kołchozie „Legenda o lasce marszałkowskiej”. Następnie powstała powieść o wojnie „Astry na zrębie”. Z wyjątkiem kilku dramatów radiowych, w pisanie utworów dramatycznych i ich inscenizację od 1995 roku już się nie angażuję. Dziennikarstwo jest moim drugim skrzydłem (pierwszym pozostaje literatura). W literaturze pięknej zawsze pisałem wszystko, czego pragnąłem i o czym myślałem, dziennikarstwo natomiast ma dwie strony. Pierwsza strona (ludzkie losy, tematy moralne i psychologiczne, recenzje) zawsze przynosiła mi satysfakcję, natomiast do spełnienia drugiej (uczestnictwa w konferencjach prasowych, prezentacjach różnorodnych partii politycznych) musiałem się zmuszać, zarabiając w ten sposób na swoją kromkę chleba. Ludzie, którzy twierdzą, iż mógłbym przygotowywać więcej materiałów prasowych gdyby nie literatura, wywołują u mnie oburzenie. Oni nie rozumieją charakteru twórczości w ogóle, a mojej w szczególności. Ani jednego wyrazu ze swoich dzieł literackich nie napisałem w pracy. Wolę pisać nad ranem, w weekendy, w czasie urlopu. W okresie twórczego natchnienia piszę bardzo dużo zarówno artykułów prasowych, jak i literackich. - W powieściach Hrabina, Stulecie Jakuba i innych utworach porusza Pan kwestie ukraińsko-polskie: tragiczne, bolesne, ale konieczne. Z czym związane jest to zainteresowanie? - Polacy i Ukraińcy zawsze mieszkali obok siebie. Mieli swoje problemy, ostre starcia, wojny. W tym samym czasie pomagali sobie wzajemnie. Jednakże podczas drugiej wojny światowej dokonano wiele wysiłku, aby poróżnić ludność ukraińską i polską. W jednym ze swoich artykułów zacytowałem wypowiedź pracownika byłego Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego i niemieckiego ministra Rozenberga, w którym zachęcał do poróżnienia między sobą Polaków i Ukraińców. Jednym wmawiali, że określone tereny przynależą do nich, innym wmawiali odwrotnie. To powodowało konflikty, z czego korzystały sąsiednie państwa dla osiągnięcia celów własnej polityki narodowej. Polacy i Ukraińcy to niezmienni bohaterowie moich dzieł literackich. W powieści Maska pokazuję ukraińskiego chłopa, który działa pod przykrywką polskiego szlachcica. Seria esejów o Wołyniakach, którzy byli mobilizowani do wojska polskiego w 1939 roku, przydała mi się w czasie pisania ostatniej powieści Stulecie Jakuba. Przedstawiają one prawdziwe osoby, takie jak Edmund Radziwiłł, ordynansem którego był Andrij Tymoszczuk, mieszkaniec wsi Garazdża. Zosia mieszkała w mojej wsi rodzinnej – była to Polka, którą przyprowadził na Wołyń jeden z lokalnych mieszkańców, ożeniwszy się z nią po służbie w wojsku polskim. Postacie Zofii Miałkowskiej i Krzysztofa Sobieskiego pokazują, że Ukraińcy i Polacy nie tylko mieszkali obok siebie, lecz też byli skazani na podobne losy. Obecnie gromadzę materiały o unikalnej postaci historycznej – Herasymie Jaskowiczu – pułkowniku wojska kozackiego, krewnym Bohdana Chmielnickiego, który pochodził z Łucka. Był słynnym dyplomatą, który przewodniczył Kozakom podczas rokowań w Moskwie w 1653 roku, prowadził rokowania z Polakami w Warszawie, ze Szwedami. Jego druga żona była Polką, przez co nawet jego podejrzewano o szpiegostwo. Wstawił się za nim Iwan Bohun, który powiedział: „Jeśli potępiamy miłość Ukraińca i Polki, to potępiamy Ukrainę i Polskę”. Podobne problemy istniały, są i będą istnieć nadal. Przypominam sobie zabawne wydarzenie z czasów narodzin polskiej Solidarności. Podszedł do mnie wtedy komunistyczny funkcjonariusz z komitetu obwodowego i zapytał, czy przypadkiem jeden z liderów Solidarności, Bohdan Lis nie jest moim krewnym. Zaprzeczyłem, chociaż pomyślałem sobie, że wcale nie jestem przeciw temu, żeby mieć takiego krewnego. - Urodził się Pan w Zhoranach na Wołyniu. Prawdopodobnie z tego powodu poleskie legendy, gwary są integralną częścią Pańskiego stylu pisarskiego. Czy można stwierdzić, że Pan jest patriotą Wołynia? - Jestem nie tylko Wołyniakiem, lecz też Poliszczukiem. Urodziłem się nie w samych Zhoranach, a w pobliskim folwarku, który już nie istnieje. Nazywany był Kusy, prawdopodobnie dlatego, że mieszkał tam ojciec matki o nazwisku Kuśko. Spędziłem tam całe swoje dzieciństwo, z wyjątkiem trzech lat, kiedy zostaliśmy wysiedleni do obwodu dniepropietrowskiego za to, że mój wujek, Paweł Łys współpracował z UPA. Pierwszych kroków nie stawiałem na Wołyniu, a na Siczesławszczyźnie. Tam Wołyniaków, Tarnopolaków zasiedlili w niemieckiej kolonii Frangaj, w mieszkaniach Niemców, których wywieziono do Kazachstanu. To były lata, których tak naprawdę nie pamiętam – od 1951 do 1954 roku. Mam nawet pomysł napisania powieści pt. Wydaje mi się, że to pamiętam. Planuję również stworzyć dzieło o Polesiu i Poliszczukach. - Panie Wołodymyrze, zapewne męczą już Pana pytania o prognozę pogody? W końcu wydał Pan książkę Tajna kuchnia pogody od Wołodymyra Łysa, aby rzadziej pytano o sekrety zjawisk atmosferycznych. - Wielokrotnie postanawiałem, że nie będę już tego robić, jednak na prośbę czytelników nie tak dawno w gazecie musiałem znowu opublikować prognozę pogody na bieżący rok. W zbiorze Wyznanie w kawiarni Pegas, gdzie mnie również proszono o opisanie przesądów pisarskich, zauważyłem, że prognozowanie pogody to jest moja osobista klęska żywiołowa. Pisząc książkę, najbardziej byłem zafascynowany tym, że pogoda wywiera wpływ na rozwój ludzkości, cykliczność procesów globalnych. Szczerze mówiąc, pogoda jest tylko 1-2% moich zainteresowań. Gdyby mniej mi o pogodzie przypominano, może wtedy częściej wracałbym do tego tematu. - Pańska żona, Nadija Humeniuk, również jest dziennikarką i pisarzem. Oczywiście to właśnie ona jest pierwszą czytelniczką i głównym krytykiem Pana twórczości. - Być może jest nam łatwiej niż innym, ponieważ jesteśmy małżeństwem literackim. Jesteśmy swoimi pierwszymi czytelnikami. Zdarza się, że uwzględniamy sugestie i nawet korygujemy swoje utwory. Chociaż ani słowa nie napisałem w utworach żony, ani ona w moich. Nadija bardziej mistrzowsko posługuje się językiem ukraińskim, w jej utworach jest on subtelniejszy i zróżnicowany. Próbuję się tego od niej nauczyć. Szczególnie ostatnio staram się pisać ściślej, przekazując przez krótkie wyrazy bardziej szeroki kontekst. - Wołodymyr Danylenko w jednej ze swoich ostatnich książek Drwal na pustyni wskazuje kilka powodów, dlaczego ani jeden z ukraińskich pisarzy dotychczas nie został laureatem Nagrody Nobla. Czy istnieje w naszym kraju poeta, prozaik, dramaturg, który zasługuje na tę najbardziej prestiżową nagrodę? Niektórzy krytycy literaccy uważają, że jest to raczej nagroda polityczna, niż twórcza. - Absolutnie się nie zgadzam ze słowami tych, którzy mówią, że Nagroda Nobla jest przyznawana ze względów politycznych lub międzynarodowych. Nie znam żadnego z laureatów Nagrody Nobla, który byłby złym pisarzem. Odnośnie tego, czy Ukraina będzie miała swego noblistę, jestem przekonany, że musi mieć. Obecnie, według mnie, uniemożliwiają to dwie rzeczy. Po pierwsze, brak tłumaczeń i problem z reklamą naszej literatury za granicą. Po drugie, gdy na Ukrainie zaczynają mówić o jednym z pisarzy jako o prawdziwym pretendencie do Nagrody Nobla, od razu wylewa się na niego masę krytyki, co świadczy o szczególnym przymiocie Ukraińców, przejętym chyba od żaby (uśmiecha się – Autor). Jako potencjalnych noblistów wymienię poetów Wasyla Gołoborodźka, Stanisława Wyszeńskiego, Olega Łyszegę. Wśród prozaików do tej nagrody mogliby pretendować świętej pamięci Roman Andrijaszyk i jeszcze – Walerij Szewczuk. Jeśli chodzi o Linę Kostenko, to uważam, że jest to wybitna poetka, ale, podobnie jak Szewczenko, który był geniuszem czysto narodowym, w swoich dziełach przeważnie porusza tylko problemy ukraińskie. Dla Anglików, Niemców i Amerykanów są odległe i niezrozumiałe. Nasi pisarze nie powinni skupiać się tylko na ćwiczeniach filologicznych. Europa już wyleczyła się z tych problemów literackich, z którymi my ciągle walczymy: eksperymenty językowe, nowoczesne pomysły. Świat powraca do wielowątkowej literatury psychologicznej, która uwzględnia doświadczenie poprzednich pokoleń, w tym też osiągnięcia postmodernistyczne. - Dziękuję za rozmowę i życzę, aby na liście Pańskich nagród znalazła się też Nagroda Nobla. Rozmawiał Wiktor JARUCZYK