<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?>
<teiCorpus xmlns="http://www.tei-c.org/ns/1.0">
  <TEI>
    <text xml:lang="pl">
      <body>
        <div xml:id="txt_1-div">
          <p xml:id="txt_1.1-p">I.</p>
          <p xml:id="txt_1.2-p">Szynk i salon.</p>
          <p xml:id="txt_1.3-p">Był wieczór zimowy i mroźny, śnieg skrzypiał i piszczał pod nogami przechodniów, którzy otuleni i skuleni szybko przechodzili przez ulice, puszczając z ust jak z lokomotywy kłęby zmrożonej pary. Pomimo to na głównej ulicy żydowskiego przedmieścia było gwarno i ludno, bo to i niedziela i karnawał; więc chęć zabawy dużo ludzi napędziła tu z miasta to do sklepów po sprawunki, to do szynków i kawiarni podejrzanych, kryjących się w zaułkach i bocznych uliczkach; w niektórych odzywały się piszczące katarynki i widać było przez zamarzłe szyby ruszające się cienie głów ludzkich.</p>
          <p xml:id="txt_1.4-p">Przed jednym z takich szynków zatrzymał się jakiś obdarty człowiek, i uchyliwszy drzwi wsadził do środka kudłatą, rozczochraną głowę, nakrytą kipiącą czapką z połową urwanego daszka; rozglądał się czas jakiś wśród hałaśliwego tłumu zgromadzonych, a zobaczywszy pod oknem błyszczące kasko policjanta, chciał się cofnąć, ale w tej chwili wchodzący za nim wysoki drągal, popchnął go tak silnie, iż nagle znalazł się w kole tańczących par, które go potrącały i popychały to w jednę, to w drugą stronę. Kudłaty usiłował co rychlej wydostać się z pomiędzy szturchańców: nie wrócił jednakże już ku drzwiom, w pobliżu których stał właśnie policjant, ale przecisnął się przez tłum ku piecowi, gdzie było najzaciszniej i najciemniej. Na ławie pod piecem siedziało dwóch mężczyzn nie bardzo miłej powierzchowności i szeptało coś między sobą. Za zbliżeniem się nieznajomego urwali szepty i spojrzeli nań podejrzliwie i z niezadowoleniem; kudłaty jednak zdawał się nie zważać na to. Stanął tuż przed drzwiczkami pieca i wystawiwszy naprzód skostniałe ręce, zapatrzył się w płomyki ognia i grzał się. Mróz, co mu pobielił kudłatą brodę i gęste wąsy, zdradzał, że dłuższy czas musiał przebyć na zimnie, przeciw któremu liche ubranie wcale go nie zabezpieczało. Miał na sobie czarny wytarty surdut z poobrywanemi guzikami, kawałek zabrudzonego szala związany pod szyją w duży węzeł, spodnie letnie w kratkę, pod któremi żadnego cieplejszego ubrania domyśleć się nie było można: szczątki wreszcie obuwia, owinięte słomą i poprzywiązywane do nóg sznurkami, sprawiały wrażenie, jak gdyby człowiek ten posuwał się na dwóch słomianych kulach.</p>
          <p xml:id="txt_1.5-p">Dwaj z pod pieca zmierzyli przychodnia od stóp do głów. Nie zdziwił ich wcale kostjum jego, kłócący się z mrozem i porą roku; w szynkowej atmosferze, przepełnionej zapachem brudu i gorzałki, podobne kostjumy i kreatury są dość zwyczajną rzeczą i nie rażą oczów potwornością swoich kształtów. Tylko zbyt bliskie sąsiedztwo obcego było im widać nie na rękę, bo porozumieli się spojrzeniami, jakby go się pozbyć. W tej chwili ów drągal, który kudłatego wepchnął do szynkowni, zbliżył się do nich. Na widok nowo przybyłego ożywiły się posępne ich twarze i prawie razem szepnęli:</p>
          <p xml:id="txt_1.6-p">— No?!</p>
          <p xml:id="txt_1.7-p">— Nie klawo (nie dobrze), odrzekł drągal złodziejskim szwargotem. — Przechrzta w bąku (w kryminale).</p>
          <p xml:id="txt_1.8-p">— Od kiedy?</p>
          <p xml:id="txt_1.9-p">— Od wczoraj. Miał tu przysłać dworskiego, co zna obrządek (miejscowość), bo tam służył. Miał być w czarnym surducie i jasnych spodniach i mieć znak od niego. Nie był tu jeszcze?</p>
          <p xml:id="txt_1.10-p">Dwaj siedzący złodzieje równocześnie spojrzeli na grzejącego się przed piecem.</p>
          <p xml:id="txt_1.11-p">— Chybaby ten. Nie patrzy na fryca.</p>
          <p xml:id="txt_1.12-p">— To poszewrajcie (pogadajcie) z nim.</p>
          <p xml:id="txt_1.13-p">Już zabierali się do rozpoczęcia z nim rozmowy, gdy naraz jeden z nich mruknął: chatrak! (rewizor) i w tejże chwili twarze wszystkich trzech przybrały obojętny wyraz gnuśnego milczenia, a ostrzegający przymknął nawet oczy, udając śpiącego.</p>
          <p xml:id="txt_1.14-p">Rewizora, który wśród tłumu bystro się rozpatrywał i szukał kogoś oczami, nie oszukał sztuczny spokój. Zbliżył się w tę stronę i choć drągal stał tyłem odwrócony, uderzył go po ramieniu i rzekł tonem napozór grzecznym, ale stanowczym:</p>
          <p xml:id="txt_1.15-p">— A co, drągalu, może przejdziemy się?</p>
          <p xml:id="txt_1.16-p">Drągal udał zdziwionego, obejrzał się z flegmą, zdjął czapkę i spytał z głupowatą miną.</p>
          <p xml:id="txt_1.17-p">— Gdzie, panie inspektorze?</p>
          <p xml:id="txt_1.18-p">— Do kwaczu (aresztu), mój przyjacielu.</p>
          <p xml:id="txt_1.19-p">— Za co? Ja teraz za zarobkiem chodzę. Noszę wodę u Abramka.</p>
          <p xml:id="txt_1.20-p">— No, to pewnie jakaś pomyłka — rzekł inspektor nieco drwiąco — wytłomaczysz się i puszczą cię.</p>
          <p xml:id="txt_1.21-p">— Ależ panie inspektorze, ja...</p>
          <p xml:id="txt_1.22-p">— Bez grymasów — zakończył surowo inspektor, marszcząc brwi — wiesz, że tego nie lubię. Zbieraj się.</p>
        </div>
      </body>
    </text>
  </TEI>
</teiCorpus>
