Sigitas Birgelis Jak powstał Okręg „Tauras” Jednym z założycieli Okręgu „Tauras” był uczestnik ruchu oporu na Suwalszczyźnie, proboszcz Skordupian, ks. Antanas Ylius. Urodził się 21 kwietnia 1909 roku we wsi Pagynėvys, parafia Ariogala. Z pomocą zakonników ukończył gimnazjum marianów w Mariampolu, a jesienią 1925 r. został wysłany na Uniwersytet Witolda Wielkiego w Kownie, na wydział teologiczno-filozoficzny. W 1934 r. przyjął święcenia kapłańskie i został skierowany do Mariampola. Z małymi przerwami pracował tam do 1940 roku. W 1940 r. ks. A. Ylius został mianowany proboszczem w Skordupianach. Tutaj był zaangażowany w budowę kościoła parafialnego. W czerwcu 1941 r. ksiądz ukrywał się w okolicach Skordupian, aby uniknąć deportacji. Podczas okupacji niemieckiej ryzykował życiem, aby ukryć i uratować przed śmiercią kilka żydowskich rodzin z okolic Skordupian. W latach 1944-1945 wokół plebanii w Skordupianach gromadzili się inicjatorzy partyzanckiego ruchu oporu na Suwalszczyźnie. Latem 1945 r. utworzono tu Okręg „Tauras”. Po utworzeniu Okręgu „Tauras” A. Ylius postanowił stworzyć organizację, która zjednoczyłaby wszystkie siły oporu okupowanego kraju i mogłaby reprezentować walczącą Litwę na Zachodzie. 16 września na plebanii w Skordupianach członkowie sztabu i ksiądz A. Ylius podjęli decyzję o utworzeniu Litewskiego Komitetu Wyzwolenia (LIK). Ogólny zjazd partyzancki nie odbył się, ponieważ jego organizatorzy zostali wytropieni przez czekistów. W październiku 1945 r. ks. Ylius został aresztowany, uwięziony i przesłuchiwany w więzieniu w Mariampolu, a następnie przeniesiony do Wilna. Latem 1946 r. został skazany na 10 lat pracy przymusowej w obozach w głębi ZSRR. Został zwolniony w 1955 roku. Nie mógł zarejestrować się i znaleźć pracy na Litwie. Trzeba było znaleźć sposób na obejście tego nakazu. Pod koniec 1956 r. został mianowany proboszczem kościoła w Lesčiai. Ze wspomnień księdza Antanasa Yliusa [fn: Wspomnienia księdza Antanasa Yliusa. Rękopis znaleziony w siedzibie litewskiego KGB w 1991 r. Tekst skrócony i poddany redakcji]. Część I W czasie okupacji niemieckiej, gdy zbliżał się front, wpadłem na pomysł zorganizowania samoobrony, na wypadek, gdyby Niemcy zbytnio się rozochocili i zaszkodzili naszemu narodowi. Juozas Radzevičius, który pracował jako tłumacz w biurze niemieckiego komendanta, był wielkim entuzjastą tego pomysłu. Mnie samemu, tuż przed opuszczeniem przez ostatnich Niemców okolic Skordupian, gdzie byłem wówczas proboszczem, niemiecki oficer, w schronie mojego domu, wysokiego na dwa piętra, patrzył przez lunetę w dal i mówił: - „Bolszewicy wypędzają wszystkich mieszkańców na wschód z całym dobytkiem, kopiąc, bijąc i torturując ich najbrutalniej. Nie pozostawiają przy życiu ani jednego księdza. Proszę iść z nami na Zachód, inaczej za pół godziny będzie pan tu leżał martwy”. Trudno wyobrazić sobie grozę tej chwili komuś, kto nigdy nie był w takiej sytuacji. Widzę kolumnę Litwinów jadących na Zachód; parafianin Žilius, który jedzie na Zachód i mnie namawiają do wyjazdu; kusi mnie Niemiec; ale większość Litwinów, ulegając woli Bożej Opatrzności, pozostaje na miejscu. Teraz, pamiętając o tym, moje serce drży. Ponieważ większość Litwinów została w Skordupianach, ja też postanowiłem zostać. Wtedy zapytałem niemieckiego oficera, który kusił mnie do wyjazdu na Zachód: - Jest pan wierzący czy nie? - Odpowiedział mi, że jest nie tylko wierzący, ale także katolikiem, Austriakiem. Ponieważ był wierzący, a nawet był austriackim katolikiem, o wiele łatwiej mi się z nim rozmawiało. Powiedziałem mu wtedy szczerze: - Dopóki wszystko jest w porządku w kraju, dopóki wszystko jest spokojne, dopóki nie ma niebezpieczeństw, dopóty chwalimy się, że jesteśmy przywódcami ludu, chodzimy z podniesioną głową i jesteśmy dumni, że ludzie nas chwalą. Ale w razie niebezpieczeństwa wy, biedni ludzie, zostaniecie pozostawieni sami sobie na nieznany los, a my, przywódcy ludu, udamy się do bezpieczniejszych krain, do cieplejszych miejsc. Jak by to wszystko wyglądało, gdybym miał odejść? Byłoby dla mnie wielkim wstydem i obrzydliwą zbrodnią, gdybym zostawił ludzi samych w katastrofie na nieznany im los. Nie mogę tego zrobić. Jak będzie z moim ludem, tak niech będzie ze mną. Muszę pozostać z moim ludem i pozostanę z nimi. Powiedział do mnie: - Dobrze rozumiem Pańską sytuację. Jak Pan uważa. Nie będę Pana zmuszał, choć mógłbym. Nie podejrzewam Pana o sympatię do komunistów. Jestem katolikiem. Szanuję i cenię Pana postawę - jest heroiczna. Bóg nie wymaga od Pana takiego heroizmu. - A Pańska postawa tutaj, czyż nie jest heroizmem? Czy nie poświęca się Pan dla swojego kraju? - To jest mój święty obowiązek. - Walka o zbawienie mojej duszy jest moim najświętszym obowiązkiem i koniecznością. - Ale dobrze pan wie, że za pół godziny umrze Pan tutaj i nie będzie Pan pomocny swojemu ludowi. Ostatnia chwila. Nie ma czasu - musimy się wycofać. Jaką podejmie Pan ostateczną decyzję? - Pozostaję z ludem w woli Opatrzności Bożej. I Niemiec, podpaliwszy moją stodołę z całą paszą, wycofał się pod osłoną dymu w kierunku Prus Wschodnich, w kierunku Bartnik, w kierunku Wyłkowyszek. Pierwsza ofiara Kiedy front przeszedł z okolic Skordupian, natychmiast zabrali, o ile pamiętam, tylko jednego Adolfasa Penčylasa. Najwyraźniej został zadenuncjowany Rosjanom przez Žaldarysa Jurgisa, który był bardzo niewiarygodnym człowiekiem. Był skłócony z Žaldarysami z sąsiedztwa. Wszyscy Žaldarysowie patrzyli w lewo. Było ich kilku: Juozas, Albinas, Jurgis, Benediktas, Valius, Antosė. Namówiłem Albinasa, żeby dołączył do mojej grupy. Odmówił. Może się myliłem. Mógł przyspieszyć nasze deszyfrowanie. Kiedy Penčylas był wypędzany przez żołnierza, ja pracowałem na cmentarzu. Żołnierz pozwolił mi się z nim pożegnać. Był spokojny i w dobrym nastroju. Był uczestnikiem strajku rolników w Suwałkach. Prawdopodobnie uważał, że będzie to dla niego zasługą. Prawdopodobnie myślał: kiedy ta okoliczność wyjdzie na jaw, zostanie zwolniony. Ale więcej się o nim nie dowiedziałem. Zamiast pochwalić go za udział w strajku rolników, uznali go za niebezpiecznego. Ponieważ był dużym, ale zaniedbanym rolnikiem. Rosjanie prawdopodobnie myśleli, że będzie niespokojny w komunizmie. Ponieważ front przeszedł bez okrucieństw, wydaje się, że nie było potrzeby organizowania się do obrony. I nie byłoby żadnej organizacji, żadnych leśnych czy, jak ich nazywali komuniści, bandytów. Znowu się organizujemy Z chwilą wybuchu wojny rozpoczął się nowy porządek, a raczej zorganizowany nieład. Już w pierwszych dniach frontu zaczęły się napady na większych i zamożniejszych rolników. W Skordupianach Inkratowie zostali okradzeni z boczku i części ubrań. Zrzucili winę na leśnych, których jeszcze nie było. Niewątpliwie zrobiły to same bataliony niszczycielskie w imieniu leśnych, złodziei. Ponieważ wojna jeszcze się nie skończyła, niektórzy, obawiając się wzięcia do wojska, ukryli się lub poszli do lasu. Zaraz po wojnie zaczęto zabijać większych rolników, a ich ziemię, zwierzęta, narzędzia itp. rozdawano. Gdy woda była zamulona, wszyscy próbowali łowić ryby. Wszystkie koty lizały mleko. Pojawiło się wiele diabłów, grabiących kosztowności innych ludzi. Diabły w ludzkiej skórze wiedzą, jak łapać kosztowności nie tylko kapłanów. Ponieważ zaraz po wojnie nadal nie było twardej ręki władzy, zaczęły się różne rabunki, morderstwa, zniszczenia i spalenia pod różnymi pozorami. Zaczęły się różne żale i zemsty za niemiecką okupację. Niektórzy skarżyli się, że zostali pozbawieni ziemi, którą im dano, inni skarżyli się, że niektórzy z nich służyli w niemieckiej armii, byli policjantami lub innymi pracownikami podczas niemieckiej okupacji. Ci, którzy byli nękani lub mogli zostać skrzywdzeni, zaczęli mścić się na donosicielach. W ten sposób rozpoczęły się nieustanne morderstwa i zabójstwa z zemsty. W tym czasie zaczęto tworzyć kołchozy, których ludzie nienawidzili, ponieważ czuli, że są nową formą pańszczyzny, niewolnictwa. Aby rosyjski okupant, pod przykrywką komunizmu, łatwiej osiągnął ukryty cel - wynarodowienia i podporządkowania Litwinów, zaczęto mianować na różne stanowiska najbardziej ignoranckich, głupich, leniwych, niepiśmiennych Litwinów, którzy, zachęcani i chwaleni przez Rosjan, robili wszystko, co w ich mocy, aby uzasadnić te pochwały. Przygotowali grunt pod nowe zniszczenie Litwinów, pod ich deportację na bezkres Syberii. W tym czasie rozpoczęła się desperacka walka Litwinów z rosyjskimi okupantami i ich sługusami. Litewskie szumowiny, najemnicy, pochlebcy. Ci, którzy zostali wywłaszczeni lub ci, którzy spodziewali się zostać wywłaszczeni, ukrywając się przed schwytaniem przez okupacyjne wojska rosyjskie, wyszli do lasów i chwycili za broń w obronie. Najpierw zaczęli prześladować najemników i ignorantów, nieświadomych urzędników i gorących twórców kołchozów, litewskich donosicieli. Oczywiście mogło dojść do nieuzasadnionych osobistych pomyłek lub fałszywych donosów w drugą stronę z zazdrości. Wódka również mogła mieć zły wpływ. A ja sam słyszałem, że tu i ówdzie zamordowano nauczyciela lub innego sowieckiego urzędnika; tu i ówdzie zabito kobietę lub dziewczynę, pobito ją, obcięto jej włosy lub okryto hańbą; tu i ówdzie uzbrojona grupa wtargnęła na imprezę, wyśmiała lub ukarała biesiadników, a następnie wróciła na swoje miejsce. Słyszałem nawet takie ciekawostki. Podczas zabawy wszyscy uczestnicy musieli tańczyć nago, za co każdy dostawał jednego lub więcej. Pan domu musiał zrzucić spodnie, a wszyscy uczestnicy musieli całować jego pupę. To są podłe, rzekłbym, psikusy urwisów, niby psoty, żarty. - Dotarło też do moich uszu, że Macijauskas, opiekun szkoły we wsi Widugiery, został zabity. Za co, wtedy jeszcze nie bardzo wiedziałem. Później dowiedziałem się, że brał udział w pierwszej deportacji Litwinów. Chwalił się: „Gdyby było więcej takich deportacji, Związek Radziecki bardzo szybko by się wzbogacił”. Raz nawet słyszałem takim zdarzeniu. Leśni, ubrani w czekistowskie mundury, udali się do gospodarstwa Žiliusa, który uciekł na Zachód, we wsi Skordupiany. Litewski Rosjanin, mieszkaniec Mariampola, o nazwisku Papovas, myślę, że nazywał się Sergiejus, został mianowany komisarzem lub zarządcą tego gospodarstwa. Nie wiedział nic o sprawach gospodarstwa. Ale, o ile wiem, nie był człowiekiem złej woli. Miał człowieka o nazwisku Radzevičius, który pracował dla niego jako dozorca gospodarstwa. Leśni, partyzanci grający czekistów, zagadali Radzevičiusa: - Co, drogi przyjacielu, zrobił pan dla dobra ojczyzny, dla jej dobrobytu? On, nie wiedząc z kim ma do czynienia, zaczął im szczerze, wręcz z dumą opowiadać, co już zrobił i co jeszcze myśli zrobić w najbliższej przyszłości. Chwalił się, że na jego rozkaz aresztowano i uwięziono już wielu byłych dużych rolników z gminy Mariampol i Kieturwłoki. Wkrótce takich wywiezionych rolników będzie więcej, ponieważ są oni bardzo przeciwni kołchozom. Nie wstąpią do kołchozu na stałe. Leśni bardzo go chwalili i zachęcali, aby mówił dalej i bardziej otwarcie. Teraz zaczął z patosem opowiadać, którzy rolnicy ze wsi Skordupiany, Meškučiai, Balsupiai, Valavičiai mieli być w najbliższym czasie aresztowani i wywiezieni na Syberię. Okazało się, że jego zdaniem trzeba było wywieźć prawie wszystkich rolników z tych wsi. Nawet wtedy leśni nie ujawnili jeszcze, kim są. Następnie sporządzili protokół z jego przemówienia i zażądali podpisania protokołu przez świadków - wspomnianego Papovasa, jego żonę i kilka innych osób. Następnie kazali Papovasowi podstawić kilka koni i zabrać jedzenie. Ubili dużego tucznika, kazał napełnić kilka worków mąki, wzięli kilka innych rzeczy i zażądali, aby Radzevičius pojechał z nimi do Mariampola. Tam zostanie odpowiednio wynagrodzony za swoje zasługi dla rządu radzieckiego. Z radością usiadł na świni w wozie i nie wiedząc, z kim rozmawia, kontynuował swoje plany. Tuż przed tym, jak zaczęli jechać, związali go, aby nie uciekł, gdyby zmienił zdanie. Ale on przysiągł, że nigdy nie ucieknie, ponieważ mówił prawdę. Papovas wreszcie zrozumiał, o co chodzi, cały czas to czerwienił się, to bladł. Jadąc drogą w kierunku Turgalaukis, dojechali do skrzyżowania Kieturwłoki - Ludwinów, Mariampol - Suwalska Kalwaria. Po przejechaniu skrzyżowania musieli skręcić w lewo w kierunku Mariampola, a oni z Kieturwłoki pojechali prosto do Ludwinowa. Dopiero gdy minęli skrzyżowanie, Radzevičius zdał sobie sprawę, że rozmawia z leśnikami. Wtedy zaczął prosić o wybaczenie, próbując przekonać ich, że nie mówi prawdy, że tylko się przechwala. Jednak leśnicy nie słuchali jego wymówek, ponieważ mieli mocne dowody krzywd, jakie Radzevičius wyrządził Litwinom. Mężczyźni podeszli do mostu nad Szeszupą w pobliżu Liudwinowa, zastrzelili go i wrzucili pod most. Następnie pojechali z całym dobytkiem na słynne bagna Paliai. Wiosną lub latem 1945 r., nie pamiętam już dokładnej daty, przyszedł do mnie Jonas Pileckis, osoba, którą dobrze znałem, która próbowała uciec na Zachód, ale nie była w stanie tego zrobić, ponieważ została otoczona. Ukrywał się, ponieważ był wybitną postacią publiczną tamtych czasów. Był bardzo aktywnym i inteligentnym członkiem Związku „Pavasaris” („Wiosna”) w okresie niepodległości Litwy. Później pracował również na stacji kolejowej jako kierownik magazynu. Zawsze był niezwykle obowiązkowy, pracowity, uczciwy i opiekuńczy. Był też niezłomnym Litwinem, patriotą. Był nieprzeciętnym idealistą. Bardzo pracowity. Pozwoliłem mu wykopać kryjówkę za stodołą pod drewutnią, gdzie spędzał większość czasu. Na szczęście spał tylko w tej kryjówce. Dzięki temu nie wpadł razem ze mną w szpony czekistów. On i ja zdecydowaliśmy, że takie zabijanie jest bardzo bolesną i nikczemną rzeczą dla tak małego narodu; że taka samowola musi zostać jak najszybciej powstrzymana. Widzieliśmy, że nic nie można zrobić na własną rękę: doszliśmy do wniosku, że musimy założyć organizację, która położy kres arbitralnym zabójstwom i która przeprowadzi wszystkie działania w bardzo poważny, prawnie poprawny sposób; wiedzieliśmy bardzo dobrze, że nie jesteśmy autorami życia i że nie możemy tak łatwo, tak bezmyślnie decydować o sprawach o żywotnym znaczeniu: i tak pewnego dnia będziemy musieli być odpowiedzialni za każde odebrane życie. Pewnego dnia, kiedy ja i Jonas Pileckis robiliśmy rozeznanie i szukaliśmy kontaktów z partyzantami, przyszedł do mnie Vytautas Gavėnas ze swoim bratem i przyprowadził ze sobą jeszcze kilku swoich przyjaciół. Innych nazwisk już nie pamiętam. A może w ogóle ich nie znałem, bo nie dbałem o nazwiska. Zależało mi na celu, a nie na nazwiskach. Z Gavėnasem, jak sądzę, przyszedł jego brat. Jego imienia też nie znam, choć go pochowałem. Był pierwszą ofiarą naszej rodzącej się organizacji. I nie pytałem wtedy o nazwisko. Potrzebowałem nazwiska jedynie podczas Mszy Świętej. Po Mszy znów nie było mi potrzebne. Pojawił się też Oželis. Czy to nazwisko, czy pseudonim, do dziś nie wiem. Wydaje się, że było ich więcej. Przybycie tych partyzantów bardzo mnie i Jonasa Pileckisa ucieszyło, bo zdaliśmy sobie sprawę, że nasze marzenia się spełnią, że staną się rzeczywistością. Chwalili się, że mają bardzo dobrą organizację, że są w kontakcie z zagranicą, że wydają gazetę itd. Po tym spotkaniu czasami przynosili maszynopis odezwy i informacje o wydarzeniach za granicą dotyczących Litwy i spraw litewskich. Byliśmy z Pileckisem bardzo szczęśliwi i słuchaliśmy wszystkiego chętnie, ponieważ życie na Litwie stawało się coraz bardziej ponure i czarne. Ciągle dochodziło do aresztowań i zniknięć Litwinów bez żadnej wiedzy. To było bardzo niepokojące. Takie straszne wieści płynęły z litewskiego nieba. Kiedy zaczęliśmy szczegółowo wypytywać o ich organizację i przywódców, okazało się, że nie mają żadnej organizacji, pracują jak im się podoba. Uznaliśmy więc, że trzeba się zorganizować, stworzyć wspólne kierownictwo, bo tylko w jedności jest siła, i że trzeba zapobiec samowoli, temu strasznemu narodowemu samobójstwu. Po pewnym czasie, prawdopodobnie 19 lipca, wykonaliśmy naszą decyzję, utworzyliśmy „Okręg Tauras”, który miał obejmować lasy Paliai (leśnictwo Bukta, Buktos miškas), lasy Kozłowej Rudy, okręgi mariampolski, wyłkowyski i olicki, aż do Niemna. Na dowódcę okręgu wybraliśmy Vytautasa Gavėnę, który miał już pseudonim Vampyras. Szefem sztabu Okręgu został Jonas Pileckis, który przyjął pseudonim Burokas. Kwaterę główną zrobiliśmy u mnie w Skordupianach. Za stodołą, pod drewutnią, pan Pileckis zrobił bunkier, kryjówkę o powierzchni około 1,5 i 2 metrów kwadratowych; był zdecydowany skoncentrować w tym bunkrze wszystko, co było potrzebne i przydatne. Ja sam pozostałem szefem zaopatrzenia i sanitarnym. Przy tej okazji przyjąłem pseudonim Vilkas. Wydaje się, że dla księdza taki przydomek nie byłby odpowiedni - jakby był zbyt okrutny. Ale Wilk jest związany z Wilnem, stolicą Litwy, i z legendami. W Mariampolu, w tym czasie (wolności), znajdował się 9 pułk armii Żelaznego Wilka (9 Geležinio vilko kariuomenės pulkas). Po utworzeniu sztabu oświadczyłem moim ludziom podczas przysięgi, że postaram się nadać linię przewodnią, uchronić przed wypaczeniami i przygotować inne możliwe warunki działania, ale nie ingeruję w szczegóły, bo nie mam na to czasu. I tak zaczęła się nasza zorganizowana działalność. Tak jak jedzenie i picie rodzi apetyt, tak też, gdy zaczęliśmy działać, pojawiło się pragnienie, by działać coraz więcej i coraz bardziej się rozwijać. Wkrótce odkryliśmy, że granice okolic są już dla nas zbyt wąskie. W końcu inni Litwini są naszymi braćmi. Dlaczego mielibyśmy zostawić ich własnemu losowi? Postanowiliśmy stworzyć Okręg, ale do tego potrzebowaliśmy ludzi. Oprócz wyżej wymienionych miejscowości Okręg miał obejmować Wilno, Olitę, Wiłkomierz, Kowno, Szaki, Kiejdany, Poniewież i Szawle. Natychmiast zaczęliśmy rozglądać się we wszystkich kierunkach, gdzie moglibyśmy znaleźć pracowników. Kto szuka, ten znajduje. Wkrótce znaleźli się pracownicy. Najwięcej znalazł Vytautas Gavėnas. To ambitny i energiczny człowiek. Podczas jednego z zebrań omawiano kandydatów do sztabu Okręgu. Na Komendanta Okręgu wybrano majora lotnictwa Taunysa. Po pewnym czasie zaprezentowali się pułkownik Butkevičius, agronom Pupelis, porucznik Bacevičius, Radzevičius i kilku innych. Wezwaliśmy wszystkich wybranych do mnie raz na spotkanie, posiedzenie. Na tym zebraniu ustaliliśmy siedzibę Okręgu „Tauras”. Wybraliśmy majora lotnictwa Taunysa, którego już wcześniej mianowaliśmy dowódcą Okręgu. Nie odmówił i to było wszystko, czego potrzebowaliśmy. Szefem sztabu Okręgu mianowaliśmy porucznika Bacevičiusa. Pulkownik Butkevičius zgodził się objąć stanowisko szefa prasy i propagandy. Agronom Pupelis zgodził się być szefem wywiadu, a Jonasa Pileckisa wybraliśmy na szefa spraw sztabu i kanclerza. Miał już pewną praktykę w tych sprawach i chętnie się zgodził. Mi pozostało nadal być szefem zaopatrzenia i sanitarnym. Stopniowo zacząłem gromadzić leki i inne materiały opatrunkowe. Część leków otrzymałem z Mariampola. W tym samym czasie podzieliliśmy Okręg na rejony. Wyznaczyliśmy dla nich dowódców i pozostawiliśmy im swobodę wyboru pomocników. Lasy Kozłowej Rudy aż do Kowna powierzyliśmy por. Bacevičiusowi. Lasy Paliai aż do Olity oddaliśmy Vytautasowi Gavėnasowi. Cały okręg mariampolski (do rzeki Szeszupy) oraz cały okręg wyłkowyski i szakowski przekazaliśmy Jonasowi Pileckisowi z prawem dokooptowania asystentów i adiutantów. Kowno przekazaliśmy Radzevičisowi. Nie mieliśmy jeszcze Poniewieża, Wilna, Wiłkomierza, Szawli, Kiejdan. Nie pamiętam już szczegółów przydziałów. Minęło dużo czasu. Ponadto nie uczestniczyłem we wszystkich spotkaniach lub nie byłem obecny do końca, ponieważ miałem inne równie ważne sprawy. Nie czekałem długo, zanim zażądałem opracowania statutu dyscypliny i działania. Nie pamiętam całego statutu. Wśród innych punktów statutu był punkt (artykuł) świadomie i celowo wstawiony, według którego surowo zabronione było zabijanie kogokolwiek bez pisemnej zgody naczelnego dowództwa Okręgu, a w razie zabicia kogoś z powodu bardzo ważnych okoliczności, wymagany był z całą surowością dokładny pisemny meldunek o tym zdarzeniu, ze wszystkimi okolicznościami. Gdy byłem jeszcze na wolności, za moją wiedzą i zgodą, nie wydano ani jednego zezwolenia na zabójstwo, ani nie otrzymano żadnego meldunku o zabójstwie. W czasie, gdy się organizowaliśmy, w naszym sąsiedztwie dochodziło do masakr, ale nigdy o nich nie słyszałem. Oznacza to, że osiągnęliśmy jeden z naszych celów - samowolne zabójstwa ustały. Kiedy organizacja Okręgu została zakończona, stale podkreślałem mężczyznom, że jestem proboszczem i dlatego nie mogę ingerować w szczegóły, ponieważ nie mam na to czasu ani doświadczenia; będę tylko patrzył na linię przewodnią, stronę ideologiczną, a wszystkimi szczegółami zajmiecie się sami, ponieważ nie jesteście dziećmi, ale w pełni dorosłymi mężczyznami, wyszkolonymi ludźmi. Wszyscy się na to zgodzili. I tak zaczął funkcjonować nasz Okręg „Tauras”. Bodziec do pośpiechu Bardzo się spieszyliśmy, organizowaliśmy się, ponieważ ciągle mówiono, że liście jeszcze nie opadły, a w całej Europie zapanuje zupełnie nowy porządek. Oznacza to, że musi dojść do nowej wojny Aliantów przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Kiedy dwóch walczy, trzeci korzysta. Chcieliśmy wykorzystać tę rzadką okazję. Pospiesznie przygotowywaliśmy wszystko, aby po przejściu frontu móc natychmiast odbudować nową Litwę - Litwę wolną, demokratyczną i niepodległą. Wkrótce jednak odkryliśmy, że obejmujemy tylko część Litwy, podczas gdy cały naród ma być wolny. Wtedy zdecydowaliśmy, że absolutnie konieczne jest zjednoczenie całej Litwy, wszystkich partyzantów, pod jednym przywództwem. Tylko w jedności jest moc, siła. Kiedy w pełni zorganizowaliśmy Okręg, kiedy zobaczyliśmy, że zabójstwa ustały, wtedy daliśmy naszej organizacji zupełnie inne, nowe, znacznie trudniejsze zadanie - zjednoczyć całą Litwę dla wyzwolenia pod jednym najwyższym przywództwem. Taktyka kierownictwa Okręgu „Tauras” Najwyższe kierownictwo Okręgu „Tauras” ściśle oświadczyło, że żadne ekscesy nie mogą być popełniane samowolnie, bez zgody kierownictwa. Sami nie jesteśmy w stanie wywalczyć niczego siłą przeciwko gigantycznemu Związkowi Radzieckiemu. Jeśli podejmiemy lekkomyślne kroki, tylko szybciej się rozproszymy i zmarnujemy litewską krew, której zbyt wiele już przelano podczas wojny. Przed i po wojnie rosyjscy bolszewicy wypili wiele niewinnej litewskiej krwi. Nadszedł czas, aby leczyć rany, a nie je pogłębiać. Przecież było całkiem jasne, że zamordowanie tego czy innego urzędnika lub działacza nie doprowadzi do upadku władzy sowieckiej. A rosyjski okupant chciał, żebyśmy się wzajemnie skrwawili i byli podzieleni. Wtedy będzie im o wiele łatwiej nami rządzić i znęcać się nad nami. Uznawszy, że akty terroru Litwinów wobec Litwinów są niewłaściwe, nieuzasadnione, a nawet bardzo szkodliwe, postanowiono przygotować broń, zarejestrować cały żywy i martwy inwentarz, na sygnał wezwać do mobilizacji i przygotować niezbędne kadry od najmniejszych do największych i cierpliwie czekać na właściwy moment, gdy nadejdzie godzina, gdy zabrzmi trąbka i nagle zostanie przywrócony nowy porządek, mogła powstać nowa Litwa. Nadzieja na wyzwolenie została wystarczająco zapewniona przez zagranicę. Churchill, Truman, gen. Plechavičius, płk Grinius, ks. M. Krupavičius, biskup P. Būčys i inni nieustannie przypominali i powtarzali, że wojna ze Związkiem Radzieckim wkrótce wybuchnie. Ciągle słyszeliśmy obietnice, że przyjdą i nas wyzwolą. Czekaliśmy na tę godzinę bardzo mocno, od 1 do 15 i od 15 do 30. Tęskniliśmy za nowym porządkiem, bo porządku na Litwie wtedy nie było. Ja sam jednak nie słyszałem tych przemówień, bo w tym czasie nie miałem nawet odbiornika radiowego w Skordupianach. Byłem wtedy tylko osadnikiem w Skordupianach. Bracia z lasu przynosili takie wieści, radosne i przyjemne. Podobne głosy były drukowane w gazetach wydawanych przez braci z lasu, które łapaliśmy i na które czekaliśmy z niecierpliwością. A było na co czekać. Miejscowi komuniści, kuszeni rozmaitymi obietnicami okupantów, starali się przypodobać swoim nowym panom, „twórcom nowego życia”. Ale zamiast budować, wszystko niszczono. Większe gospodarstwa zostały ponownie splądrowane, rozdane bezrolnym i drobnym rolnikom. Ci, którzy otrzymali ziemię, nie umieli się cieszyć i dziękować swoim „dobroczyńcom”. Nie rozumieli, że wróg celowo nastawia Litwinów przeciwko sobie. Nie zdawali sobie sprawy, że te ziemie wkrótce zostaną ponownie odebrane poprzez utworzenie kołchozów. Tak rozgniewanych Litwinów łatwo było kontrolować. Pod pozorem poprawy życia proletariuszy, rozważni Litwini, zwłaszcza intelektualiści, byli eksterminowani. Chociaż dążenia i cele naszego naczelnego dowództwa - powstrzymanie samowoli, niepotrzebnych wzajemnych mordów, uświadomienie wszystkim Litwinom, że wspólnym wrogiem nas wszystkich jest rosyjski zaborca - były piękne, szlachetne i ważne, w praktyce nie wszystko poszło tak, jak chciało i zarządzało kierownictwo. W końcu mężczyźni poszli do lasu z więcej niż jednym zamiarem: niektórzy ze strachu przed śmiercią, inni, aby ukryć się przed okupantem, inni, aby uniknąć pracy, a tylko niewielka liczba, aby szukać wolności i niepodległości Litwy. Jak więc widzimy, nie wszyscy mężczyźni szli do lasu z tym samym nastawieniem, z tymi samymi aspiracjami czy ideałami. Dlatego konieczne było uwspólnienie, zjednoczenie i połączenie tych myśli oraz dążeń w jednym celu. Nie jest to jednak łatwe. W związku z tym praca na peryferiach nie przebiegała tak sprawnie, jak chciało tego dowództwo. Praca była również trudna, ponieważ nie wszystkie grupy podporządkowały się woli naczelnego dowództwa. Należało wykonać wiele pracy, aby połączyć wszystkie grupy i podporządkować je jednemu kierownictwu. Taki był cel. Niektóre oddziały były z góry skazane na nieposłuszeństwo. Chcieli przewodzić sobie i innym. Wspólnym językiem byłoby: nie liczy się ambicja, ale wspólny cel. Ale w tamtym czasie był to dopiero początek organizacji, a każdy początek zawsze był i będzie trudny. Mieliśmy nadzieję, że uda nam się pokonać wszystkie trudności, pomimo ryzyka aresztowania. Pracę nieco ułatwiał wspólny wróg wszystkich, rosyjski okupant, który wraz z nierozgarniętymi miejscowymi niszczył wszystkie osiągnięcia i sukcesy przedwojennego życia Litwy, które tak ładnie zaczęło kwitnąć. Z bólem i przerażeniem patrzyłem, jak wielkie, drogie maszyny tamtych czasów, zebrane razem, postawione na polu, niszczały bez żadnego nadzoru, stając się bezużytecznym złomem. Rolnicy musieli zadać sobie wiele trudu i poświęcić wiele pieniędzy, aby je kupić. Teraz ich trud idzie na marne. Zwierzęta gospodarskie, narzędzia są niszczone i dewaluowane. Pola nie są nawożone, bo nie ma czym nawozić, nie są uprawiane, bo nie ma komu pracować i czym: niektórzy mężczyźni są w lasach, niektórzy w więzieniach, niektórzy umierają na Syberii, w obozach. Obraz wszędzie jest przerażający. Wróg ignoruje ten horror, a nawet cieszy się, że udało mu się zniszczyć wszystko tak szybko. Ale burzyć może każdy tuman. W takiej sytuacji nic dziwnego, że nie wszystkie oddziały były skłonne poddać się wspólnej sprawie. Niektórym nawet podobała się anarchia. Ci, którzy się poddali, czasami robili głupie rzeczy, ponieważ byli pijani i bez wiedzy przywódców. Gdyby Okręg był zorganizowany wcześniej, gdyby peryferie zawsze słuchały poleceń centrum, nie przelano by tyle krwi bez powodu i niestety na koszt centrum, ze szkodą dla niego. Organizacja była jednak konieczna. Mała to idea, dla której nie poświęca się do końca, nawet do śmierci. W dniu 21 października 1945 r. na jednym z naszych zebrań wyszło na jaw, że jeden z komendantów okręgowych, pod pseudonimem Berželis, w swoim Okręgu wokół lasów Paliai i Bukta bardzo się rozpił i terroryzuje ludność. W wyniku działań jednej osoby, której nazwiska nie warto wymieniać, wydano rozkaz zgłoszenia się do sztabu Okręgu w dniu 24 października w celu złożenia wyjaśnień. Za niepodporządkowanie się groziły środki karne. Ponieważ jednak o północy tego samego dnia sam zostałem aresztowany, aby zdać relację z własnej pracy, nie musiałem wysłuchiwać usprawiedliwienia, gdyż nie mogło być ono złożone - nasz sztab został zlikwidowany. Sam musiałem tłumaczyć się władzom okupacyjnym. Myśl Sztabu Generalnego Nasz Okręg „Tauras” miał obejmować całą Suwalszczyznę i Kowieńszczyznę, ale to daleko od całej Litwy. Jeden okręg nie może mówić za całą Litwę. Kierownictwo jednego okręgu nie może mówić i dyktować całej Litwie jej porządku prawnego. Omawialiśmy to na naszych spotkaniach. Nie pamiętam dokładnie daty, ale na jednym ze spotkań zdecydowaliśmy, że konieczne jest utworzenie komitetu wyzwolenia całej Litwy, który obejmowałby Kowieńszczyznę, Żmudź i całą Wileńszczyznę. Jest to organ polityczny, który mógłby przemawiać w imieniu całej Litwy. Należało również powołać Sztab Generalny, w skład którego weszłyby ugrupowania z całej Litwy i który współpracowałby dla osiągnięcia jednego wspólnego celu - wolności Litwy. Tylko taki Sztab Generalny mógł i powinien wydawać rozkazy wszystkim litewskim bojownikom o wolność. Zaplanowaliśmy zwołanie takiego spotkania w Kownie, po obchodach Rewolucji Październikowej w 1945 roku. Do tego czasu podjęliśmy się przeprowadzenia niezbędnych prac przygotowawczych. Wybraliśmy czas po obchodach rewolucji jako bezpieczniejszy, ponieważ czujność sił bezpieczeństwa jest znacznie większa przed obchodami. Specjalnie wybrałem Kowno, ponieważ łatwiej się tam dostać z każdego miejsca. Poza tym znałem podziemia marianów w Kownie, gdzie mieliśmy się zebrać. Przekonałem brata Juozasa Stanynasa, by został łącznikiem. Dałem mu hasło „Kardas”, po którym miał identyfikować przedstawicieli przybyłych na spotkanie. Miał znaleźć bezpieczne miejsce i zabrać tam ludzi. Wszyscy udaliśmy się w różne miejsca. Mnie wyznaczono do połączenia się ze Żmudzią przez Telsze. Pracowałem jako wikariusz w Kalwarii Żmudzkiej w latach 1937-1938 i dlatego miałem wielu znajomych w Telszach. Początki były jednak trudne. W tym czasie wiele się zmieniło. Ale pomimo wszystkich trudności, przede wszystkim udało mi się znaleźć Juozasa Jurkasa. W czasie, gdy byłem wikariuszem w Kalwarii Żmudzkiej, Juozas Jurkus był studentem. Dobrze się dogadywaliśmy i serdecznie komunikowaliśmy. Teraz pracował już jako nauczyciel. Sam mi nie pomógł, ale przedstawił mnie nauczycielowi Jušce, który wiedział wszystko o działalności żmudzkich partyzantów (leśnych). Porozumieliśmy się z nim. Przyjął moją ofertę bardzo chętnie. Uzgodniliśmy z nim również miejsce spotkania. Podałem mu lokalizację brata, plan odnalezienia brata i hasło. Tutaj Juška opowiedział mi o bohaterskim czynie JE biskupa V. Borisevičiusa, jego wielkiej osobowości, prawdziwym Litwinie. Aby partyzanci (leśni) nie okradali ludzi, zwłaszcza tych z nizin, których podejrzewano o lewicowość, sam organizował dla nich pomoc, dostarczał żywność i pieniądze. To świadczy o człowieku wielkiego ducha. Powinien otrzymać najwyższy order za to, że chronił ludzi przed cierpieniem i łzami. Jednak bolszewicy go rozstrzelali. Nie powiedziałem nic o tym, tj. o mojej konspiracji, kierownictwu zakonu, kurii wyłkowyskiej, kierownictwu diecezji Telsze, ani samemu biskupowi, ponieważ bałem się to powiedzieć, z pewnością odmówiliby mi członkostwa w kierownictwie. Podjąłem tę niebezpieczną pracę wyłącznie z powodu moich uczuć patriotycznych, wyłącznie jako Litwin. W szczególności spotkałbym się ze sprzeciwem i surowym zakazem działania ze strony o. P. Andziulisa, ponieważ konstytucja mariańska zabraniała zakonnikom udziału w organizacjach politycznych. Jednak jako Litwin nie mogłem nic zrobić. Ponieważ działałem bez wiedzy kierownictwa zakonu, sam Bóg mnie nie oszczędził - musiałem znieść 10 lat więzienia w obozie pracy i przez całe życie byłem prześladowany przez bezbożników. Dziękuję Ci, mój Boże, że pozwoliłeś mi cierpieć tutaj, ponieważ po śmierci mógłbym cierpieć ciężej w czyśćcu za pracę bez pozwolenia. Kiedy przygotowywaliśmy się do utworzenia Sztabu Generalnego i Naczelnego Komitetu Wyzwolenia Litwy, nie siedzieliśmy ze złożonymi rękami: pracowaliśmy w pocie czoła. Gdy tylko Naczelny Komitet Wyzwolenia Litwy i Sztab Generalny zostałyby utworzone, zamierzaliśmy udać się do Paryża z memorandum. Wierzyliśmy i ufaliśmy obcym państwom, bo myśleliśmy, że są czymś wielkim, poważnym, potężnym, skutecznym, sprawiedliwym, a teraz widzimy, że są gnijącym grzybem, czcicielem mamony i złotego cielca. Znaleźliśmy polskiego prawnika, mieszkańca Skordupian, aby napisał memorandum. Zobowiązaliśmy majora Taunysa, dowódcę okręgu, do dostarczenia memorandum do Paryża. On znalazłby sposób i środki, aby uciec za granicę. W końcu jest oficerem lotnictwa. Sposoby ucieczki były przemyślane. Prawdopodobnie 21 października 1945 r., podczas spotkania, otrzymaliśmy wiadomość, że niektórzy członkowie naszej organizacji zostali aresztowani w Mariampolu. Wśród aresztowanych był Radzevičius Vincas, były kierownik prasowy i wydawca, Šačkus i inni. Aby zbadać sytuację, wysłaliśmy do Mariampola szefa wywiadu, agr. Pupelisa, aby wszystko sprawdził i przygotował dla nas szczegółowy raport. Do działań z Pupelisem sam zgłosił się porucznik Bacevičius. Otrzymano informację z lasów Kozłowej Rudy, że jest on rosyjskim szpiegiem i został zwerbowany. Jednak Vytautas Gavėnas i płk Butkevičius twierdzili, że to nieprawda. Dlatego nie unikano Bacevičiusa. Czekając na przybycie zwiadowcy z raportem, przygotowywaliśmy się do uporządkowania wszystkiego; do likwidacji tego, co zostało odkryte. Podjął się tego Jonas Pileckis. W tym czasie mieszkał u mnie płk Butkevičius z wydanym przeze mnie zaświadczeniem, że był on sługą kościoła, zakrystianem. Miał uporządkować sprawy prasowe i na jakiś czas opuścić mój dom. Jonas Pileckis zabrał wszystkie dokumenty i gdzieś je ukrył. Gdzie je ukrył, pewnie nikt nie wie i nigdy się nie dowie. Nasi zwiadowcy nie wrócili. Prawdopodobnie wpadli w szpony czekistów, gdy udali się do swoich znajomych, którzy najwyraźniej wpadli już w szpony okupantów. Oznacza to, że po zdradzie, przed październikiem czekiści podjęli próbę rozprawienia się z naszą organizacją. Oczywiście nie złapali wszystkich. Przede wszystkim łapano tylko tych, którzy żyli legalnie, którzy się nie ukrywali, bo nie przeczuwano, że znajdą się Litwini, którzy wydadzą Litwina okupantowi. Ale tacy byli. W rezultacie ci, którzy się nie ukrywali, nagle zostali złapani. Okazuje się, że wszystkie informacje były przekazywane dalej. Czeka wiedziała nawet, przy którym oknie pokoju odpoczywam. Prawdopodobnie wskazał to por. Bacevičius. Czy nie pojechał specjalnie razem z Pupelisem, aby wykonać swoją czarną robotę? - Pukali do mojego okna tak, jak pukali leśnicy. Kiedy wyjrzałem przez okno, zobaczyłem, że za oknem stoją nie leśnicy, ale czekiści. Pospieszyłem na drugie piętro i poinformowałem płk Butkevičiusa, że jesteśmy otoczeni przez czekistów. Szkoda, że nie udało mi się dokończyć prac organizacyjnych. Zakończylibyśmy ją 2 listopada 1945 roku w Kownie, w podziemiach marianów. Wtedy wybralibyśmy Naczelny Komitet Wyzwolenia i Sztab Generalny.