Sigitas Birgelis Partyzanci 4 kompanii formacji „Vytautas” Do sowieckiej armii, do batalionów niszczycielskich lub do lasu 4 kompania formacji „Vytautas”, która działała na granicy polsko-litewskiej, odegrała szczególną rolę w historii litewskiej partyzantki. Założycielem i dowódcą oddziału był Adolfas Valenta ps. Ožys. Bataliony niszczycielskie nazywały kompanię bandą Ožysa, a bracia leśni - oddziałem Ožysa lub Valenty. Dla mieszkańców naszego regionu byli to litewscy partyzanci, najwybitniejsi synowie Litwy, którzy potrzebowali pomocy. Wiele wiemy o tej kompanii z opowieści jej członków. Julius Mielkus ps. Lubinas, który urodził się w Wojtokiemiach, Kostas Kubilius ps. Meška, Sigitas Kajokas ps. Kovas dzielą się swoimi wspomnieniami. Antanas Kružikas, urodzony we wsi Brazavas, który osobiście znał wielu partyzantów 4 kompanii i ich łączników, dostarczył wielu informacji. Cenny jest artykuł analityczny „Tauro apygardos Vytauto rinktinės 4-oji kuopa” autorstwa Rimantasa Zagreckasa, opublikowany w roczniku „Terra Jatwezenorum”. Wiele cennych materiałów o działalności tego oddziału można znaleźć w albumie Justinasa i Stanislovasa Sajauskasów. O kompanii pisał również historyk z Puńska prof. dr B. Makauskas. Jesienią 1944 r., gdy linia frontu przesuwała się na zachód, Sowieci zaczęli umacniać „polską” granicę. We wrześniu 1945 r. NKGB w Mariampolu zaczęło mobilizować więcej sił wzdłuż granicy z Polską. Nie zawsze szło to gładko. Na przykład w gminie Lubowo służba bezpieczeństwa nie była w stanie stworzyć własnej sieci agentów aż do lata 1946 roku. Ustanowienie systemu ochrony granicy zajęło im około dwóch lat. Początkowo między miejscową ludnością a strażą graniczną nawiązywały się zwykłe ludzkie znajomości, a miejscowi dogadywali się, a czasem nawet zaprzyjaźnili się ze strażą graniczną. Na przykład sowieccy oficerowie odwiedzali proboszcza w Kopciowie, aby złożyć mu życzenia z okazji Bożego Narodzenia lub innych świąt. Byli rosyjscy oficerowie, którzy wierzyli w pogłoski o zbliżającej się wojnie między ZSRR a USA. Byli wojskowi, którzy chcieli zdezerterować i uciec na Zachód, a jeden lub dwóch innych uciekło do lasu, aby dołączyć do partyzantów. Były to bardzo rzadkie przypadki, więc nie należy takich faktów wyolbrzymiać. Na granicy z Polską, od Kalwarii do Sangrudy, pierwsi partyzanci składali się głównie z młodych mężczyzn, którzy ukrywali się przed poborem do armii rosyjskiej lub którzy zostali wcieleni, ale zdezerterowali, byli policjanci i oficerowie wojenni, którym groziło aresztowanie. Jesienią 1944 r. powstało kilka grup sangrudzkich (Leon Kliukinskas ps. Levas i A. Kisieliauskas ps. Karvelis, Stasys Čėpla). Działały one w gminach: Świętojeziory, Sangruda, Kalwaria i Urdomin. W sumie około 90 ludzi. 25 lutego 1945 r. zdobyli Urdomin i zabili około 30 żołnierzy MVD. Kilka dni później wzięli udział w bitwie pod Panarą koło Žaliamiškis. Kiedy Rosjanie skoncentrowali większe siły w pobliżu Miklausė, duże siły tego oddziału zostały pobite. Wtedy zginął L. Kliukinskas-Levas. Członkiem tego oddziału bojowego był wspomniany Adolfas Valenta-Ožys. Julius Mielkus-Lubinas, urodzony we wsi Wojtkiemie w rejonie Puńska, członek 4 kompanii, tak wspomina pierwsze lata partyzantki: „We wsi Mergutrakis było wielu mężczyzn w moim wieku. Nasz sąsiad Pacevičius miał dwóch synów, Juozasa i Jonasa. Obaj byli w wieku poborowym. Starszy z nich, Juozas, został złapany przez Rosjan i zabrany do wojska, podczas gdy Jonas ukrywał się w domu. Byliśmy dobrymi przyjaciółmi. Postanowiliśmy zrobić bunkier w ich domu i tam się ukryć. W naszym regionie nie było jeszcze partyzantów. Pewnego wieczoru w styczniu 1945 r. poszedłem do domu Jonasa Pacevičiusa i na podwórku spotkałem Viktorasa Trečiokasa z tej samej wioski, który miał na szyi zawieszony rosyjski pistolet maszynowy. V. Trečiokas był pięć lat starszy ode mnie i Jonasa i służył już w litewskiej armii. Zapytał nas, czy nie jesteśmy zmęczeni ukrywaniem się w domu, czy zgodzimy się pójść z nim. Natychmiast się zgodziłem, a Jonas Pacevičius powiedział, że pojedzie za około tydzień. Przyprowadziłem Viktorasa do domu i powiedziałem mamie o moim pomyśle. Rozpłakała się: „Co zamierzacie zrobić przeciwko rosyjskiej armii…” Odpowiedziałem matce: „Są trzy ścieżki: iść do wojska, do batalionów niszczycielskich albo do lasu”. Mama zrozumiała, że nie może mnie przekonać i przestała mnie zagadywać, tylko zapytała, co ma przygotować do jedzenia i ubrania… Viktoras odpowiedział, że niczego nie potrzebuje. Pożegnałem się z rodzicami, siostrami i braćmi i odjechałem z Viktorasem. Partyzanci Okręgu „Tauras” Tego wieczoru udaliśmy się do pobliskiej wioski Rudniki, aby zobaczyć się ze Sleževičiusem. Zastaliśmy tam około trzydziestu mężczyzn. Oprócz Viktorasa, z którym przyjechałem, znałem tylko Antanasa Pakruopisa ze wsi Navininkai; wszyscy inni pochodzili z dalszej części Dzukii. Dostałem niemiecki karabin, mężczyźni pokazali mi, jak się nim posługiwać, a z domu przywiozłem rosyjskiego nagana. Na podwórku stały trzy sanie z końmi. Wyruszyliśmy w kierunku Łoździej. Przy Strumgałowie zauważyły nas bataliony niszczycielskie z Urdomina. Zaczęła się strzelanina. Bataliony niszczycielskie poszły w swoją stronę, a my do lasu Kalniškė. Zatrzymaliśmy się u rolników. Tutaj otrzymałem pseudonim Lubinas, złożyłem przysięgę i zaczęło się moje partyzanckie życie”. Julius Mielkus wspomina, że wkrótce do oddziału dołączyli bracia Valentai, Adolfas i Vytautas, Kostas Kubilius, Sergijus Bendoravičius, Antanas Landžius, Jonas Pacevičius, Jonas Slavickas i Jonas Čiplys. Pod koniec stycznia 1945 r. oddział liczył już około stu ludzi. Pierwsze spotkanie z batalionami niszczycielskimi Julius Mielkus-Lubinas opowiada o pierwszym spotkaniu z batalionami niszczycielskimi: „Tego wieczoru padał śnieg i zostawiliśmy ślady. Rosjanie poszli za nimi. Wywiązała się zacięta walka, wybuchały granaty, strzelały karabiny maszynowe. Po chwili zaczęliśmy się wycofywać, bo Pelėda (Antanas Pakruopis) został ranny, a inny partyzant dostał w ucho. Po przejściu około ośmiu kilometrów ranny Antanas Pakruopis (Pelėda) źle się poczuł. Zostawiliśmy go na leczenie u rolnika, a sami poszliśmy do lasu. Tydzień później wróciliśmy. Znaleźliśmy Antanasa Pakruopisa (Pelėdę) wzmocnionego i Jonasa Pacevičiusa (Vyturys) już pochowanego. Okazało się, że kiedy strzelaliśmy z przygranicznymi enkawudzistami we wsi Rudninki, Vyturys był u swojego wuja w Skamaročiai, a kiedy pobiegłem dać mu umówiony znak, nie spieszył się z wyjściem, zwlekał i wyszedł dopiero wtedy, gdy my już pojechaliśmy. Ale wtedy Rosjanie byli już na drodze koło domu. Prawdopodobnie myślał, że to my i poszedł prosto w ich ręce. Enkawudziści wzięli Vyturisa żywcem, zaczęli go bić, on poderwał się do ucieczki, a oni go zastrzelili. Zabrali go do Sangrudy i tam porzucili”. Była to pierwsza strata oddziału Ožysa. W do grupy dołączyło kilku mężczyzn ze wsi Rudniki: bracia Bonifacas i Algis Rutkauskas, Petras Misiukevičius i Antanas Marcinonis. Wkrótce partyzanci kompanii otrzymali rozkaz ataku na Urdomin. Bataliony niszczycielskie, widząc, że partyzanci otoczyli miasto, uciekły do Łoździej. Po zdobyciu Urdomina partyzanci skierowali się w stronę lasu Kalniškė. Gdy wjechali do lasu, zauważyli trzy ciężarówki z żołnierzami. Pojazdy zatrzymały się na drodze przez las. Rosyjscy żołnierze wyskoczyli z ciężarówek i wjechali głębiej w las. Dowódca oddziału rozkazał partyzantom zaatakować przybyłych Rosjan. Bitwa trwała dwadzieścia minut. Partyzanci nie ponieśli żadnych ofiar. Nie wiadomo, czy zginęli Rosjanie. W marcu 1945 r. dowództwo partyzantów rozkazało rozproszyć się na mniejsze grupy. Trzydziestu ludzi z grupy Ožysa wróciło w okolice Sangrudy. Podzielili się na dwa oddziały. Jednym oddziałem dowodził Ožys (Adolfas Valenta), a drugim Klevas (Leonas Kliukinskas). W tym czasie partyzanci z regionu Sangruda nie należeli jeszcze do wyższej organizacji. Dopiero jesienią 1945 r. dołączyli do formacji „Vytautas” Okręgu „Tauras”, dowodzonej przez Vampyrasa (Gavėnasa). Partyzancka Wielkanoc Oddział Ožysa obozował we wsi Zovoda, niedaleko lasu Trakiany, a ludzie „Klevasa” we wsi Maćkowo, bliżej lasu Zelenkinė. W tym czasie w oddziale Klevas byli Viktoras Trečiokas-Liūtas, Antanas Pakruopis-Pelėda i Julius Mielkus. Panowie z tego oddziału postanowili uczcić Wielkanoc. Udali się do proboszcza we wsi Budwiecie, aby się wyspowiadać. Julius Mielkus-Lubinas opowiada: „Siedemnastu z nas poszło w umówione miejsce. Pięciu z nas poszło do swoich domów, ponieważ byliśmy z sąsiedniej wioski, a dwunastu zostało. Rano przyszedł proboszcz, wysłuchał spowiedzi, udzielił komunii i wyszedł. Usiedliśmy przy stole na śniadanie. Kilka minut po śniadaniu strażnik przybiegł z zewnątrz i krzyknął, że Rosjanie otaczają gospodarstwo. Klevas chwycił swój karabin maszynowy i wybiegł przez drzwi, a za nim ja. Klevas nie zdążył ustawić swojego karabinu maszynowego: seria z karabinu automatycznego wystrzeliła i kula trafiła Klevasa w głowę. Upadł na ziemię tuż obok mnie. Zobaczyłem jego zakrwawioną głowę bez oznak życia. Skoczyłem za stodołę do zasłony. Na szczęście Rosjanie nie otoczyli całego gospodarstwa. Jedna strona była wolna. Sześciu mężczyzn przeszło przez olszynę w kierunku lasu Gurų, a Rosjanie ich nie zauważyli. Liūtas (V. Trečiokas), Pelėda (A. Pakruopis), ja, Zimnickas z Maćkowa i jeszcze jeden bojownik szliśmy w kierunku wsi Miklausė. Czułem się szczęśliwy, że wycofuję się razem ze starszymi mężczyznami, którzy służyli w armii litewskiej, Viktorasem Trečiokasem-Liūtasem, Antanasem Pakruopisem-Pelėdą, ale kiedy się wycofywaliśmy, Viktoras Trečiokas zaczął mówić, że nie ma nadziei na ucieczkę, ponieważ Rosjanie wyprowadzili nas w otwarte pola. Wycofaliśmy się w kierunku polskiej granicy. Szło się ciężko, wszędzie była wiosenna odwilż i kałuże. Może po czterech kilometrach zacząłem zostawać w tyle za kolegami - byłem zmęczony. Rosjanie zbliżyli się. Poczułem ból w ramieniu - postrzelili mnie. Trzeba było coś zrobić. Podszedłem do małego gospodarstwa, znalazłem się za stodołą, ściągnąłem deskę, wczołgałem się do środka i natychmiast zasnąłem. Obudziłem się bardzo zaspany. Nasłuchiwałem: ktoś szedł przez słomę. Wyjąłem nagan. „Kto idzie?” Ucieszyłem się, słysząc głos kolegi. To był partyzant Zimnickas ze wsi Maćkowo. Okazało się, że wczołgał się do tej samej słomy przede mną. Porozmawialiśmy, a gdy się ściemniło, poszliśmy do chaty właściciela stodoły. W pomieszczeniu gospodyni przemyła moją ranę i zabandażowała ją. Podziękowawszy gospodarzom za schronienie, rozeszliśmy się do domów: kolega do wsi Maćkowo, ja do Mergutrakis. Następnego dnia dowiedziałem się, że w Łoździejach na chodniku leżą mężczyzn, dwóch z nich to nasi przyjaciele, Leonas Kliukinskas-Klevas, dowódca oddziału, i Viktoras Trečiokas-Liūtas. Viktoras Trečiokas był w odwrocie razem z Antanasem Pakruopisem. Po przekroczeniu linii kolejowej Pakruopis wspiął się na jedną z gęstych jodeł i przeżył”. Julius Mielkus ukrywał się w domu przez dwa tygodnie. Po wyleczeniu ręki, na początku kwietnia przeszedł do oddziału Adolfasa Valenty-Ožysa. Partyzanci 4 kompanii w rejonie Puńska Po przełamaniu linii frontu Rosjanie zaczęli wyłapywać młodych mężczyzn i przewozić ich do punktów mobilizacyjnych. Była to pierwsza „mobilizacja”. Pierwszą ofiarą był syn Juozasa Kajokasa ze wsi Šarkaičiai, 16-letni Justinas. Był wysoki, o potężnej posturze. Nie pomogły żadne błagania ani zeznania sąsiadów. Został przekazany rosyjskiej jednostce bez żadnego przeszkolenia, a miesiąc później jego rodzice otrzymali raport o jego śmierci. „Na początku ukrywałem się w stodole Mazurkevičiai na sianie” - mówi Sigitas Kajokas-Kovas, członek 4 kompanii. - Właśnie w tym czasie do ojczyzny przyjechał wujek Emilii (brat matki), Bronius Leonavičius-Pušinis. Był on starym komunistą, który mieszkał w Rosji do 1940 roku. Został mianowany przewodniczącym Miejskiego Komitetu Wykonawczego w Wilnie i szukał „kadr”. Wujek przyszedł i zapytał mnie, czy nie chciałbym w ten sposób uciec z frontu. Ja oczywiście odmówiłem zgłoszenia się na ochotnika do służby bolszewickiej. Od tej pory zamieszkałem u sąsiadów Brilliusów. Tam ukrywało się jego trzech synów i dwóch braci Maziliauskai. Ja byłem szósty. Mężczyźni Brilliusowie urządzili sobie dość obszerną kryjówkę w sianie, do której przekradałem się aż do 21 października. Niemcy wycofali się już za wzgórza Wisztynieckie i Wiżajny. Kiedy wróciliśmy do Aguonis, zastaliśmy tylko dom mieszkalny, a szopy, spichlerze i stodoły zostały spalone. W wioskach również nie było rosyjskich żołnierzy. Jedynie we wsi Kvietkinė znajdowało się około 50 „naprawiaczy sprzętu wojskowego” o nieznanym przeznaczeniu. My, ukrywający się w kryjówce Brilliusa, wymykaliśmy się wieczorami powprawiać i widzieliśmy sylwetki tych żołnierzy na przeciwległym brzegu jeziora”. 6 marca 1945 r. Sigitas Kajokas miał wstąpić do Komisariatu Wojskowego Okręgu Mariampolskiego. Pod koniec lutego przeszedł operację kciuka prawej ręki, więc odważnie stawił się w punkcie poboru. Był pewien, że wróci do domu. Okazało się, że wystarczy mieć obie ręce i nogi, a reszta nie interesuje ani oficerów, ani lekarzy. Kajokas został „zmobilizowany” i już następnego dnia znalazł się w Kownie. Nie myślał nawet o zostaniu żołnierzem Stalina. Poszedł po wodę i nigdy nie wrócił do swojej jednostki. Trzy dni i noce później zatrzymał się w ojczyźnie generała lotnictwa Gustaitisa. Początkowo wydawało się, że wojna wkrótce się skończy, a wraz z nią wszystkie trudy i okupacja. Stało się jednak inaczej. Konferencja poczdamska zgasiła nadzieje wielu ludzi. Kraje bałtyckie zostały przekazane Moskwie. Trzeba było pokazać światu, że Litwa nie poddaje się okupantom, że walczy, że wstąpiła w szeregi narodów Związku Radzieckiego nie z własnej woli. Ludzie oczekiwali, że zachodnie demokracje wesprą naród walczący o wolność. Lokalne władze sowieckie praktycznie jeszcze nie istniały. W tym czasie w Kalwarii istniał oddział Najwyższego Komitetu Wyzwolenia Litwy (VLIK), który liczył około 40 członków. Pod koniec kwietnia 1945 r. do lasu Sūsnininkai przybył kapitan armii litewskiej Vacys Novickas i założył formację „Perkūnas”. Składała się ona z oddziałów z Sūsnininkai i Sangrudy. Partyzanci działali w lesie Trakiany, gdzie mieli wykopane bunkry. W marcu 1945 r. resztkami oddziału L. Kliukinskasa dowodził lider miejscowego społeczeństwa Adolfas Valenta-Ožys. Ze względu na dużą aktywność wojsk rosyjskich, oddział liczący 20 ludzi wyjechał do Polski. Wcześniej udało im się wtargnąć do miasteczka Sangruda i zniszczyć dokumentację sowieckich instytucji. Część partyzantów z formacji „Perkūnas” również wyjechała do Polski, a w maju 1945 r. zostali ciężko pobici w lesie Sūsninkai. Jesienią tego samego roku A. Valenta-Ožys, który powrócił z Polski, zaczął formować nowy oddział. W jego skład weszli żołnierze, którzy służyli w Wehrmachcie, Armii Czerwonej lub jednostkach Plechavičiusa. W większości byli to młodzi mężczyźni, którzy uniknęli sowieckiej armii, często dzieci zamożnych rolników. Partyzanci 4 kompanii mieli bunkry w różnych miejscach. Początkowo znajdowały się one w zachodniej części gminy Sangruda, następnie na granicy państwa z Polską, na zachód od drogi Kalwaria-Suwałki. Ważniejsze bunkry miały nazwy, podczas gdy wiele drugorzędnych bunkrów, które służyły tylko przez jedną zimę, pozostało bezimiennych. Schron dowodzenia 4 kompanii nosił nazwę „Baltieji rūmai”. Nazwy pozostałych bunkrów brzmiały: „Trakai”, „Ukraina”, „Pelių karalystė” i „Kremlius”. Arsenał kompanii składał się z lekkiej broni zebranej podczas przechodzenia frontu oraz broni odebranej zabitym batalionom niszczycielskim, policjantom lub strażnikom granicznym. Broń przechowywano w bunkrach lub specjalnych kryjówkach. Partyzanci mieli regularną sieć rolników jako dostawców. „Małe oddziały partyzanckie powstawały w naszych niezalesionych gminach, mówi Sigitas Kajokas. - Tak było w Kalwarii, Mariapolu, Sangrudzie, Lubowie i Grażyszkach. Dwie ostatnie miejscowości bardzo ucierpiały od frontu. Linia frontu utrzymywała się tu od 3 sierpnia do 20 października. Wiele gospodarstw mieszkańców zostało zniszczonych, mieszkali oni w ziemiankach lub w szopach o wypalonych glinianych ścianach. Moja kryjówka również znajdowała się w wypalonej glinianej szopie, gdzie chowałem się, gdy pojawiały się bataliony niszczycielskie lub straż graniczna. Była to szczelina o szerokości około 30 cm, w której nie było miejsca na obrócenie się na bok. Straż graniczna i bataliony niszczycielskie przychodziły często, ale zrobiły tylko trzy rewizje. Na szczęście dla mnie, półmetrowa warstwa słomy na wierzchu rzadko ustawionych taczek, która służyła za dach szopy, nie interesowała okupantów. Mój najbliższy przyjaciel z tamtych czasów, Sigitas Babinskas, jako pierwszy dowiedział się o mojej ucieczce z wojska. Początkowo otrzymywałem od niego wszystkie najnowsze wiadomości, ale później Juozas Pakutis dał mi do zrozumienia, że doskonale zdaje sobie sprawę z mojej sytuacji i zaproponował, że przekaże mi pewne wiadomości bez pośredników. Juozas i ja spotykaliśmy się w lesie olchowym niedaleko mojego domu. To były pierwsze wiadomości z partyzanckiego podziemia. Spotykaliśmy się tylko przy dobrej pogodzie, a kiedy przyszedł śnieg, musiałem otrzymywać wiadomości przez pośrednika - Sigitasa B.” Pod koniec 1945 r. ludzie z 4 kompanii oddziału „Perkūnas” (formacja suwalska) otrzymali emisariuszy z Zachodu. Byli to Zdanevičius i Jonas Deksnys pod pseudonimami Patroklas i Hektoras. Zdanevičius (prawdziwe nazwisko Brunius), przygotowując się do pobytu na Litwie, celowo powiedział partyzantom, że jest Zdanevičiusem, podczas gdy Deksnys Hektoras, nie podał partyzantom ani własnego nazwiska, ani fikcyjnego nazwiska. Tylko Kazimieraitis znał go osobiście. Zapewnili go, że Zachód zna Golgotę narodu litewskiego i zaproponowali reorganizację działalności partyzanckiej i utworzenie wspólnego kierownictwa. Mniej więcej w tym czasie Okręg „A” został przemianowany na Okręg „Dainava”, a formacja „Perkūnas” na formację „Šarūnas”. Później stała się ona formacją Giedimina, a jej 4 kompania stała się oddziałem suwalskim. Dwie kompanie formacji Giedymina zostały przeniesione do formacji „Vytautas”, która należała do Okręgu „Tauras”. Okręg „Tauras” składał się z trzech formacji, „Geležinis Vilkas”, „Vytautas” i „Žalgiris”. Formacja „Geležinis Vilkas” była najliczniejsza, liczyła dwustu aktywnych bojowników, dość dobrze uzbrojonych. Formacja „Vytautas” nie była duża, ponieważ na jej obszarze działania znajdowało się niewiele lasów i bagien, w których partyzanci mogliby się ukryć. Po bitwie z batalionami niszczycielskimi 11 stycznia między wsiami Mękupy i Gulbiniszki, w której zginęło dwóch członków batalionów niszczycielskich, Rosjanie zaczęli wzmacniać rejon przygraniczny: Lubowo, Pašešupis, Reketija, Salaperaugis, Sangruda, Urdomin i Łoździeje. Z Mariampola na granicę wyjechało 20 ciężarówek wojska. Rosyjskie oddziały z Olity zostały wysłane do miast: Łoździeje, Urdomin i Sangruda. Duża liczba żołnierzy pozostała w Kalwarii. „Z powodu tego napływu czekistów nasza kompania postanowiła wysłać do Polski co najmniej dziesięciu bojowników, mówi Sigitas Kajokas, aby pozostali bojownicy w małych grupach mogli swobodnie zmieścić się w schronach, które mieli i aby w przypadku ewentualnego starcia było mniej ofiar. Byłem jednym z „oddelegowanych”. Zadanie dla jadących do Polski po raz pierwszy: zadomowić się! Zadomowić się to szczególne słowo: oznacza zdobycie oficjalnych dokumentów, znalezienie mieszkania (z pomocą przyjaciół) w gminach Puńsk i Krasnowo oraz nawiązanie stałych relacji. Podstawowym dokumentem w Polsce jest akt urodzenia z archiwum parafialnego w Puńsku. Miejscowi Litwini, którzy przenieśli się na Litwę podczas okupacji niemieckiej, umożliwili wykorzystanie swoich pozostałych dokumentów. Każda wieś wiedziała, kto wyjechał, więc miejscowi dostarczali takie wpisy. Ja dostałem wpis Vincentasa Stankevičiusa, więc nazywałem się Vincent Stankievič (w Polsce nazwiska wszystkich były skracane). Metrykę dostarczyła mi rodzina Cirušiai ze wsi Kompocie (rodzice, dwóch synów, trzy córki i synowa)”. Sigitas Kajokas zamieszkał z polskim rolnikiem. Był w stałym kontakcie z braćmi Rutkauskai przez Cirušiai. Antanas Sniževičius-Erelis i Kostas Kubilius-Meška byli w tym czasie obecni w rejonie Puńska, pomagając emisariuszom przekroczyć granicę. Litewscy partyzanci w Puńsku nie ukrywali się po otrzymaniu dokumentów. Pomagali rolnikom w pracy, opiekowali się zwierzętami itp. Oczami oficera łącznikowego z rejonu Puńska Większość mężczyzn z 4 kompanii formacji „Vytautas” często przekraczała granicę i spędzała dużo czasu z Litwinami z rejonu Puńska. Pod koniec maja 1945 r. Julius Mielkus-Lubinas również przedostał się do Polski. Było mu łatwiej niż innym, ponieważ urodził się w tym regionie (we wsi Wojtokiemie). Miał tu wielu znajomych i krewnych. Ludzie mówili mu, że nie ma co liczyć na szybką zmianę i radzili, by wyrobił sobie polskie dokumenty. Dla Mielkusa nie byłoby to trudne. Z polskim paszportem mógłby bp wyjechać w głąb Polski i tam się osiedlić. Ale Lubinas nie miał zamiaru opuszczać swoich leśnych braci i krwawiącej, ujarzmionej przez Sowietów Litwy. Miesiąc później wrócił do oddziału Ožysa. Wraz z przełamywaniem się frontu do kraju docierały pogłoski o zbrojnym oporze na Litwie, o ludziach, którzy z bronią w ręku stawiali opór nowym najeźdźcom. Wiosną 1945 r. do Puńska przybyli pierwsi litewscy partyzanci: Vytautas Prabulis-Žaibas, Adolfas Valenta-Ožys i Kostas Kubilius-Meška. Byli to partyzanci 4 kompanii formacji „Vytautas” Okręgu „Tauras”. Niektórzy z nich po zakończeniu zadania wrócili na Litwę. Žaibas został u Pauliukoniusa, Adolfas i Kostas pojechali do swoich krewnych. Teklė Pauliukonytė-Kalvinskienė, partyzancka łączniczka, mieszkanka wsi Wojciuliszki, wspomina: „Kiedy litewscy partyzanci przyszli do Trójkąta, moja uwaga i uwaga mojej rodziny była im poświęcona. Partyzanci nie przyszli się bronić, ale szukać pomocy dla tych, którzy zostali wywiezieni na Syberię, do więzień, dla zniewolonej Litwy. Pukali do drzwi wielkich mocarstw, a naszym świętym obowiązkiem jako Litwinów było im pomóc. Od najmłodszych lat słyszałam, jak mój dziadek i ojciec śpiewali (a mieli piękne głosy): „Nie jest Litwinem ten, kto porzuci ojczyznę tak tchórzliwie jak dziecko” (Maironis). Dla nas partyzanci byli największymi dziećmi Litwy. Staraliśmy się im pomóc i musieliśmy za to wiele wycierpieć, a najbardziej bolesne było to, że od rodaków. Niektórzy nas zdradzili, inni przywłaszczyli sobie nasz majątek. Partyzanci przynieśli nam również komunistyczną prasę. Gazety chwaliły postępy komunistycznej Litwy. Partyzantów nazywano bandytami. Stalinowskie słońce świeciło nad pisarzami. Dla Litwinów mieszkających poza granicami Litwy bolesne było to, że większość ich rodaków szybko stała się oportunistami”. Partyzanckie łączniczki w rejonie Puńska wiedziały, gdzie partyzanci mają kryjówki i gdzie trzymają broń. Zdawały sobie sprawę z ogromnego ryzyka, jakie podejmowały, pomagając braciom w lesie i konsekwencji, jakie mogły ponieść. Teklė Pauliukonytė-Kalvinskienė wspomina: „Wieczorem ja i moja siostra Celina, nie mówiąc rodzinie dokąd idziemy, żeby się nie martwili, poszłyśmy do kryjówki, gdzie była broń. Partyzanci byli na Litwie. Gediminas źle się czuł, więc został. Na zboczu wzgórza, gdzie znajdowała się kryjówka, rosło wiele krzaków jałowca. Dopóki nie znalazłyśmy jałowca rosnącego na otworze kryjówki, próbowałyśmy wyrwać więcej niż jeden krzak. Nie miałyśmy rękawic, więc kolce raniły nasze dłonie. Nie czułyśmy bólu w obawie, że zobaczą nas niepotrzebne oczy. (Poczułyśmy go po powrocie do domu, nasze ręce były zakrwawione). W końcu znalazłyśmy otwór. Celina została na górze, ja wczołgałam się do kryjówki. Broń, która tam była, mogła uzbroić kilku mężczyzn. Kiedy ją wyniosłyśmy i ukryłyśmy, byłyśmy już bardzo zmęczone. Ostatniej nie mogłyśmy nawet dalej nieść i schować, więc wrzuciłyśmy ją do pobliskiego torfowiska. Partyzanci zabrali broń i została tylko ta w torfowisku. Wiele lat później krewny znalazł ją podczas łowienia ryb”. Po powrocie z Litwy partyzanci przybyli do Pauliukoniusa, aby ukryć broń. Antanas Slisvičius również wrócił z partyzantami. Otrzymał wiadomość z Syberii, że jego żona i dziecko zmarły. Trudno mu było pogodzić się ze śmiercią żony i pierworodnego. „Kiedy zabrali moją żonę, byłem w pracy, więc mnie nie zabrali. Więc co mi pozostało? Tylko dołączyć do moich braci w lesie. Nie zgodziłem się być zdrajcą. Wiedziałem, że zginę. Nie sprzedam swojego życia tanio” - odpowiedział Antanas. Kiedy wrócił na Litwę, nie wrócił do Trójkąta - został zabity. Pewnego dnia Erelis, Žaibas i kilku innych partyzantów siedzieli pod kasztanem Pauliukoniusa i rozmawiali. Na podwórze weszło dwóch polskich żołnierzy. Zapytali ich, który z nich jest Sliževičiusem. „Ja”, odpowiedział Erelis. „Mam rozkaz aresztować Pana i zabrać do Sejn”. „Dlaczego? - zapytał Pauliukonis. - Nie zrobił nic złego”. „Dowie się tego w Sejnach. My tylko wykonujemy rozkazy”. Kazał mu się ubrać. Zabrali go. Pauliukoniusowie próbowali go uratować. Pojechali do Sejn, gdzie znaleźli oficera odpowiedzialnego za aresztowanie. Oficer wysłuchał ich i powiedział: „Nie mogę mu pomóc. Nic nam nie zrobił. Jest obywatelem Litwy, musimy go odesłać na Litwę”. To wydarzenie zszokowało zarówno miejscową ludność, jak i partyzantów. Erelis został przekazany Sowietom. Nie wiemy, jakie były jego dalsze losy. „Było to ostrzeżenie dla pozostałych partyzantów - NKWD ma długie ramię i sięgnęło do Polski. Aresztowanie Erelisa najbardziej odczuł Žaibas. Erelis był jego najbliższym przyjacielem i dowódcą kompanii. Po tym incydencie Žaibas zamieszkał we wsi Romaniuki, gdzie miał więcej przyjaciół. Po aresztowaniu Erelisa partyzanci bali się przychodzić do nas do formacji”. Tutaj jednak była dla nich obca ziemia, obcy ludzie, mimo że byli Litwinami. Cele i zadania partyzantów 4 kompanii formacji „Vytautas” Jednym z najważniejszych zadań 4 kompanii formacji „Vytautas” było umożliwienie emisariuszom bezpiecznego przekroczenia granicy. Szukali najmniej chronionych odcinków granicy, obserwowali zwyczaje strażników granicznych i starali się znaleźć niechronione odcinki granicy, takie jak torfowiska, bagna i rowy. Czasami partyzanci przebierali się za rosyjskich strażników granicznych. Jeśli emisariusze zostali zauważeni przez straż graniczną przekraczającą granicę, oddział musiał strzelać, aby zapewnić im bezpieczeństwo. Partyzanci zawsze przekraczali granicę uzbrojeni. Oprócz wspomnianej wyżej funkcji eskortowania ich przez granicę, inne pole działalności było takie samo jak wszystkich organizacji podziemnych działających na Litwie: powstrzymanie sowietyzacji Litwy i walka z kolaboracją ludności. Partyzanci terroryzowali sowieckich działaczy partyjnych i przedstawicieli sowieckich instytucji władzy na wsi. Jednym z najważniejszych celów formacji „Vytautas” była walka o niedopuszczenie do przekształcenia wsi w kolektywne gospodarstwa rolne, ale walka ta miała charakter bardziej symboliczny. Walka z kolaborantami nie była jednym z priorytetów oddziału. Niewiele było wydarzeń, które można by uznać za kontrowersyjne. 18 lutego 1946 r. we wsi Palnyčia w gminie Sangruda partyzanci oddziału Ožysa zastrzelili zwolenników władzy radzieckiej: 6-osobową rodzinę Vincasa Gradeckasa i ich sąsiada Jurgisa Misiukevičiusa. Kilka dni później syn Vincasa Juozas, który wracał z pogrzebu, został zaatakowany w pobliżu Alksnėnai. Rodzice Danutė Stanelienė, deputowanej do Rady Najwyższej ZSRR, która mieszkała we wsi Pelucmurgiai, Mėšliai, zostali rozstrzelani przez partyzantów 27 grudnia 1946 r. za kolaborację. Nie ma wiarygodnych informacji na temat liczby osób rozstrzelanych w tej grupie. Według danych bezpieki z miasta Łoździeje, w 1946 r. oddział Ožysa rozstrzelał 26 osób. Te sowieckie informacje należy interpretować z ostrożnością. Nie można powiedzieć, że partyzanci karali śmiercią tylko ze względu na formalną pozycję. Współpraca była różna w każdym przypadku i nie zawsze stuprocentowa. Sądowi wojskowemu trudno było określić winę danej osoby. Jest to całkowicie zrozumiałe. W maju 1945 r. 4 kompania, w celu zniszczenia sowieckich materiałów dokumentacyjnych i uzupełnienia zapasów żywności, wkroczyła do Sangrudy i na krótko zajęła pomieszczenia komitetu wykonawczego gminy, spółdzielni oraz punkt przetwórstwa mleczarskiego. Wkrótce potem większość ludzi z oddziału wyjechała do Polski. Reszta nadal atakowała Sangrūdę. W sierpniu 1945 r. uwolnili z gimnazjum w Sangrudzie więzioną tam siostrę Ožysa, Petronėlė. Julius Mielkus-Lubinas, członek 4 kompanii, mówi: „Latem 1945 r. w okolicy lasów Suśniki walczyła grupa około stu partyzantów. Dowodził nią Navickas, oficer armii litewskiej o pseudonimie Perkūnas. Nasz oddział często ich odwiedzał. Mieliśmy swoje kryjówki na bagnach Palnyčia. Były miejsca tak niedostępne, że osoba, która nie znała dobrze terenu, nie mogła się przedostać. Więcej kontaktu miałem z Ąžuolasem (nie pamiętam nazwiska) z Lubowa. Życie toczyło się głównie w bunkrach. Wielu ludzi z oddziału Ožysa, który obozował w lesie w Trakianach, wyjechało do rejonu Puńska - do Polski. Zostało nas niewielu. Gdy zbliżała się zima, kopaliśmy bunkry we wsiach Brazavas, Asava i innych, szyliśmy płachty maskujące z białego płótna. Na początku 1946 r. zginął Juozas Matulevičius, bojownik oddziału Ožysa ze wsi Asava”. Wczesną wiosną 1946 r., na rozkaz Ožysa, grupa 10-12 partyzantów pod dowództwem Tigrasa w pobliżu wsi Buraki pomogła przekroczyć granicę dwudziestu Polakom, którzy chcieli zamieszkać w Polsce. Według rosyjskich źródeł operacja ta nie była akcją pomocową z dobrego serca. Julius Mielkus-Lubinas opowiada historię Polaków przekraczających granicę: „Wiosną tego samego roku partyzancki łącznik przyszedł do lasu Zelenkinė i przekazał nam wiadomość, że grupa litewskich Polaków chce się z nami spotkać. Kiedy się spotkaliśmy, okazało się, że chcą, abyśmy przeprowadzili ich przez granicę do Polski. Było to siedem rodzin z wozami pełnymi różnych rzeczy i zwierząt. To było ryzykowne jechać takim konwojem po złych drogach i przez uzbrojoną blokadę. Balandis (A. Marcinonis), Tigras (nie pamiętam nazwiska), Meška (K. Kubilius), Vitas Prabulis (nie pamiętam pseudonimu) i ja Lubinas zgodziliśmy się im towarzyszyć. Przejście graniczne zostało wybrane w okolicy miejscowości Budwiecie, niedaleko lasu Gurų. Granicę państwową przekroczyliśmy pomyślnie. Wcześniej jednak musieliśmy pobrać umówioną opłatę od Polaków za eskortę (trzy krowy). W rejonie Puńska przebywaliśmy około miesiąca. Tam było bezpieczniej. Gdy byliśmy w rejonie Puńska, dowiedzieliśmy się, że dwóch Litwinów przyjechało spotkać się z partyzantami i poprosić ich o przeprowadzenie przez granicę na Litwę. Zebraliśmy się, ci sami, którzy towarzyszyli polskim rodzinom i po przeprowadzeniu „gości” przez granicę przekazaliśmy ich ludziom z oddziału Ožysa. Ci zabrali ich do formacji dowodzonej przez Vampyrasa, a następnie do formacji „Geležinis Vilkas”. Później dowiedzieliśmy się, że byli to J. Būtėnas i J. Deksnys”. Partyzantom z 4 kompanii udało się uzupełnić zapasy żywności dzięki operacjom specjalnym. W październiku 1946 r. zabrali około 100 kg sera z fabryki sera we wsi Suvalkėliai. W lutym 1947 r. zabrali około 5 ton zboża z radzieckiego gospodarstwa w Ludwinowie, 5 koni i kilka sztuk bydła. Jesienią tego samego roku zarekwirowali 30 owiec, 0,5 tony zboża i kilka koni z uprzężami z radzieckiego gospodarstwa Armoniškiai. Oddział posiadał również własną służbę medyczną. Sprawami zdrowotnymi zajmowali się partyzant Alksnis, były stażysta apteki w Kozłowej Rudzie, pielęgniarki Saulutė, Anelė Senkutė-Aušrelė i Gegutė, która nie miała wykształcenia medycznego. Kompania posiadała również formalną sekcję wywiadowczą. Informacje wywiadowcze zbierali Vytautas Skroblas-Voverė, zwerbowany z batalionu niszczycielskiego z Kalwarii, Vincas Kalinauskas-Kaštonas, zwerbowany z batalionu niszczycielskiego z Lubowa i Antanas Jakšaitis, mieszkaniec Kalwarii. Łączność z dowództwem formacji była utrzymywana za pośrednictwem dowódcy kompanii. Partyzanci działający w Polsce również otrzymywali zadania bezpośrednio od dowódców formacji. Julius Mielkus-Lubinas wspomina: „W 1946 r. mieliśmy dwa dobrze wyposażone bunkry: jeden w ogrodzie dworu w Trakianach, a drugi na łąkach wsi Brazavas, niedaleko rzeki Szeszupy. Wieczorem 17 października tego samego roku wraz z czterema innymi mężczyznami, Zigmasem Šimčikasem-Kurmisem, Vitasem Didvalisem-Vidginasem, A. Jančiauskasem-Vyturysem i jeszcze jednym, wyszliśmy do wsi Palnyčia. Około godziny 12 w nocy mężczyźni zaczęli mówić, że muszą gdzieś pójść coś zjeść. Postanowiliśmy pójść do Bacevičiusa we wsi Skersabaliai. Kiedy szliśmy w jego kierunku, zauważyliśmy światło w oknie. Wydawało się, że jest cicho, nie było słychać nic podejrzanego. Ale powiedziałem do moich przyjaciół: „Nie idźmy wszyscy razem, najpierw się rozejrzyjmy”. Zigmas Šimčikas-Kurmis i ja zgłosiliśmy się na ochotnika do zwiadu. Przygotowaliśmy broń i poszliśmy do domu, ja do okna z zapalonym światłem, a Zigmas do drzwi. Rosyjski żołnierz, który stał na warcie, podszedł i krzyknął: „Kto idiot?”. Zigmas odpowiedział: „Svoj” i wystrzelił do niego salwę. Na sieni zrobiło się zamieszanie i Rosjanie zaczęli w pośpiechu opuszczać pokój. Natychmiast zacząłem strzelać z karabinu automatycznego w kierunku sieni. Po wystrzeleniu magazynka odskoczyłem dalej od domu, aby zmienić magazynek. Po przebiegnięciu kilku kroków poczułem, że mam przestrzeloną nogę. Krzyczałem do kolegów, żeby nie odchodzili, bo jestem ranny, ale mnie nie słyszeli. Szedłem dalej, cały mokry, do wsi Palnyčia. Zapukałem do okna domu Briliusów, a oni mnie wpuścili. Briliūtė opatrzyła mi ranną nogę, a jej bracia stali na straży na podwórzu. Wkrótce jeden z nich wszedł do pokoju i powiedział, że ktoś idzie drogą. Pozostanie u Briliusów jest dla mnie niebezpieczne, a nie mogę już chodzić. Wtedy panowie Briliusowie przyprowadzili konia, wsadzili mnie na niego i zaprowadzili na łąki naszego sąsiada Malijonisa, gdzie leżały stogi siana. W jednym z nich wykopali dół i ukryli mnie w nim. Następnego dnia przyniósł jedzenie i powiedział mi, że trzech mężczyzn z naszego plutonu zostało położonych na chodniku w Kalwarii. Byli to Kubelskas, Cipras Miliauskas ze wsi Palnyčia i Vytautas Dobilas ze wsi Zovoda. A było to tak. Kiedy szedłem z postrzeloną nogą ze Skersabaliai do Palnyčia, nasi ludzie natknęli się na Rosjan i wtedy ci trzej zostali zabici. We wsi Santaka do Citavičiusa przyszli inni mężczyźni z naszego plutonu: Sigitas Kajokas-Kovas, Vytautas Valenta-Dobilas, Cipras Miliauskas, Kubelskas i dwóch mężczyzn z oddziału w Suśnikach (Juozas Šiupšinskas i jeszcze jeden, którego nazwiska nie pamiętam). Kiedy tam byli, zauważyli, że gospodarstwo jest otoczone przez Rosjan. Wyskoczyli przez okna, a Rosjanie zaczęli do nich strzelać z karabinów automatycznych i rzucać granaty. Jeden z nich, który wyskakiwał przez okno, został trafiony granatem przeciwpancernym i rozerwało go na kawałki, a Kovas (S. Kajokas), który był w pobliżu, został trafiony w głowę, ale udało mu się uciec, choć został ranny. Dwóch innych mężczyzn zginęło. A J. Šiupšinskas i jego kolega wyskoczyli przez drugie okno i nie zostali zauważeni przez Rosjan. Oni również uciekli. Przeczekałem wieczór w stogu siana i Briliusowie zabrali mnie konno do stodoły Malijonisa. Tu na sianie było lepiej niż na łące. Następnego dnia przyjechał brat Karvelisa Vincas Čereška i Stankevičienė ze wsi Brazavas: „Kiedy moja noga wyzdrowieje, powiedziałem, pójdę sam”. Dzień później przyszli do mnie ludzie z oddziału w Suśnikach i zaproponowali, że zabiorą mnie w bezpieczniejsze miejsce. Tym razem się zgodziłem. Wsadzili mnie na konia i zawieźli do bunkra Rimavičiusa w tej samej wiosce. Wieczorem przyszli również ludzie z naszego oddziału. Poprosili Rimavičiusa, aby następnego dnia udał się do wioski Brazavas i przyprowadził pielęgniarkę z określonego miejsca, aby zbadała moją nogę. Tak też zrobił. Pielęgniarka zbadała kontuzjowaną nogę i powiedziała, że goi się dobrze i nie potrzebuje dużej pomocy. Pod koniec października, choć wciąż kulejąc, wróciłem do swoich w okolicy Lubowa”. Zmienna walka Później, aż do wiosny 1946 r., oddział 4 kompanii formacji „Vytautas” nie prowadził żadnych większych działań ofensywnych. Jeśli napotykał wroga, to przypadkiem. Podam kilka przykładów. We wsi Deivoniškiai A. Valenta-Ožys, A. Alenskas-Pempė i A. Marcinonis-Balandis przypadkowo natknęli się na czekistowskiego agenta, któremu towarzyszyło dwóch milicjantów. Po krótkiej walce partyzanci pokonali bataliony niszczycielskie. W marcu 1946 r., w środku nocy, we wsi Tabarai, w pobliżu gospodarstwa Jonasa Skilandisa, członkowie oddziału: A. Kelleris-Tigras, A. Rutkauskas-Sakalas, V. Matulevičius-Pempė i J. Čiuplis-Zylė, towarzyszący partyzantowi Stirnasowi, który miał spotkać się z dowódcą drugiego oddziału Diemedis, zostali złapani przez mariampolskie MGB i straż graniczną. Podczas 15-minutowej walki zginęło 5-6 partyzantów. Julius Mielkus-Lubinas wspomina: „We wsi Trakiany miał powstać bunkier u Andziulisa. Pracę tę podjęli V. Matulevičius-Pempė, J. Lasavickas-Basanavičius, P. Misiukevičius-Strazdas, Z. Šimčikas-Kurmis i ja - Lubinas. Pewnego ranka po śniadaniu J. Lasavickas-Basanavičius poprosił mnie, abym poszedł z nim zobaczyć, gdzie wykopać bunkier; dołączył do nas P. Misiukevičius-Strazdas. We trzech zeszliśmy ze stodoły i poszliśmy do drewutni, gdzie planowaliśmy wykopać bunkier. Sprawdziliśmy to miejsce. Basanavičius i Strazdas zostali w drewutni, a ja poszedłem do chaty za rogiem stodoły. Kiedy wyszedłem, zauważyłem, że może dwadzieścia metrów od nas idzie trzech enkawudzistów z karabinami automatycznymi w rękach. Nie zauważyli mnie. Szybko wspiąłem się na szopę do Pempė i Kurmisa i powiedziałem im, że Rosjanie mnie zauważyli. Szybko zeskoczyliśmy z szopy i w tym momencie rozległy się strzały z karabinów maszynowych. J. Lasavickas i P. Misiukevičius, którzy byli w drewutni, usłyszeli krzyki Rosjan i postanowili wycofać się na łąki Aukštakalniai. Widziałem, że Petras Misiukevičius oddalił się już kilkadziesiąt metrów od drewutni i biegł przez wzgórze, gdy rozległa się seria strzałów z karabinu maszynowego i potknął się, uderzając się w głowę. Jonas Lasavickas pobiegł w kierunku łąk Aukštakalniai pod ostrzałem, ale Rosjanie zastrzelili również jego. V. Matulevičius-Pempė, Z. Šimčikas-Kurmis i ja wycofaliśmy się w kierunku szosy, ponieważ dobrze wiedzieliśmy, że wkrótce pojawią się kolejni Rosjanie. Po spokojnym przekroczeniu szosy dotarliśmy do wsi Brazavas. Poprosiliśmy rolnika o konie, ponieważ moja noga wciąż była spuchnięta i nie mogłem daleko chodzić. Mężczyzna dał konia, a ja i V. Matulevičius-Pempė pojechaliśmy przez łąki Brazavas, przez rzekę Szeszupę w kierunku Kamienia. Zatrzymaliśmy się w sosnowym zagajniku. Kiedy nadszedł wieczór, poszliśmy do wsi Asava, aby zobaczyć się z naszymi przyjaciółmi z oddziału”. Latem i jesienią 1946 r. ludzie z oddziału napotykali czekistów niemal co miesiąc. Sukcesy były zmienne. Największe straty oddział poniósł podczas bitwy w pobliżu wsi Jakimavičiai 20 czerwca 1946 roku. Zginęło wówczas 6 żołnierzy. Dopiero w październiku 1946 r. oddziałowi udało się odeprzeć wroga, gdy zaatakował wsie Santaka i Suvalkėlė oraz grupę żołnierzy na drodze Kasauskai-Raudiniškiai. Julius Mielkus-Lubinas opowiada: „Była jesień czterdziestego szóstego roku. Zatrzymaliśmy się we wsi Trakiškiai lub Deivoniškiai. Na podwórze gospodarza wjechał wóz z uzbrojonymi ludźmi w cywilnych ubraniach. Dowódca oddziału, Ožys, kazał łapać za broń i wyskoczyć przez okna. Ludzie, którzy przyjechali, nie zauważyli nas. Położyłem się wśród drzew i czekałem, aż bataliony niszczycielskie odejdą. Nie musiałem długo czekać. Pojawił się wóz i oddałem strzał w ich kierunku. Bataliony niszczycielskie próbowały się ruszyć, po czym wyskoczyli z wozu. Jeden z członków batalionów niszczycielskich, który przebiegł może trzydzieści metrów, podniósł ręce do góry i poddał się, a drugi, leżący w rowie, bronił się i został zastrzelony. Okazało się, że był to agent wywiadu, aktywny komunista. Zlitowaliśmy się nad człowiekiem, który przewoził członków batalionów niszczycielskich, ponieważ podczas strzelaniny został ranny w rękę, którą później trzeba było amputować”. Funkcjonariusze bezpieki okręgu łoździejskiego po raz pierwszy zidentyfikowali oddział Ožysa wiosną 1946 roku. Według czekistów liczył on wówczas 50 partyzantów. Najważniejszą litewską grupą partyzancką w strefie przygranicznej dla służb bezpieczeństwa w tym czasie był oddział Novickasa. Nie zauważyli oni jeszcze oddziału Ožysa. Do jesieni 1946 r. nie było o nim wzmianki w rosyjskich dokumentach bezpieczeństwa. W tym czasie o wiele bardziej interesowała ich formacja „Geležinis Vilkas” na północ od Mariampola i sztab okręgu „Tauras”. W 1945 r. oddział Ožysa nie poniósł praktycznie żadnych strat. W 1946 r. były one niewielkie (8 zabitych i 4 aresztowanych). Były to raczej przypadkowe potyczki, gdyż straż graniczna „przeczesywała” lasy, w których według doniesień agentów mieli działać partyzanci. Mimo stale rozbudowywanej siatki agentów, wzmożonej aktywności grup zwiadowczych i poszukiwań, batalionom niszczycielskim długo nie udało się zniszczyć 4 Kompanii. Julius Mielkus-Lubinas zeznaje: „Na początku czterdziestego siódmego (w styczniu lub lutym) zginął nasz dowódca oddziału Ožys - Adolfas Valenta ze wsi Zovoda. Sprawdzał on z dwoma ludźmi okolice Kamienia. W tej okolicy mieszkał podejrzany mężczyzna. Po wysłaniu towarzyszących mu mężczyzn na poszukiwanie koni i sań, Ožys udał się do podejrzanego. Okazało się, że komunista miał broń, a przez okno widział zbliżającego się do niego partyzanta. Kiedy Ožys zapukał do drzwi, właściciel strzelił, nie otwierając ich… Kiedy przyjaciele Ožysa przybyli z saniami, znaleźli Ožysa martwego pod drzwiami. Wsadzili przywódcę na sanie, zawieźli go do wsi Gintautai i pochowali w stodole jednego rolnika. Po śmierci Adolfasa Valenty-Ožysa dowództwo nad oddziałem przejął Sergijus Bendoravičius-Špokas. Był zahartowanym i odważnym partyzantem. W ciągu tych około dwóch lat w naszym regionie zginęło stosunkowo niewielu ludzi. Ponieważ jest tu niewiele lasów, trzymaliśmy się głównie w małych grupach i mieszkaliśmy w bunkrach z rolnikami. Niektórzy, jak wspomniałem, przekraczali polską granicę i spędzali dużo czasu w rejonie Puńska. Z czasem przekraczanie granicy stawało się coraz trudniejsze, a życie na Litwie coraz bardziej skomplikowane i bardziej niebezpieczne. Wzrosła liczba wojsk rosyjskich, a nocami enkawudziści urządzali zasadzki. Nie mieliśmy dobrej łączności z zagranicą. Wiele osób przestało wierzyć w obietnice zagranicznej pomocy i pogłoski. Perspektywa walki i nastroje partyzantów stawały się coraz bardziej ponure. Nie było jednak innego wyjścia, jak trzymać się do ostatka…”. Według Juliusa Mielkusa-Lubinasa w 4 kompanii formacji „Vytautas” walczyli następujący partyzanci: Sergijus Bendoravičius-Špokas, były policjant ze wsi Pasūduonys, Vitas Bielys, rolnik z Alksnėnai, Feliksas Čereška-Karvelis, były policjant z Brazavas, Jonas Čiplys-Zylė, robotnik z Trakian, Vitas Didvalis-Vidginas, robotnik z Mariampola, Stasys Gurevičius-Nykštukas z Lubowa, Vincas Gurevičius, robotnik z Žagariškiai, Algis Jančiauskas-Vyturys, robotnik z Sangrudy, Sigitas Kajokas-Kovas, gimnazjalista z Aguoniai, Kostas Kubilius-Meška, rolnik z Zawody, Antanas Landžius-Lokys, gimnazjalista z Trakian, Gediminas Lastauskas-Garnys, rolnik z Rudnik, Vitas Matulevičius-Pempė, rolnik z Asavy, Juozas Milinkevičius-Kelmas, robotnik z Zawody, Petras Misiukevičius-Strazdas, rolnik z Rudnik, Antanas Marcinonis-Balandis ze wsi Lejpuny, Antanas Pečiulis-Baritonas, robotnik, Antanas Pakruopis-Pelėda, rolnik z Nowinik, Vitas Prabulis- Žaibas, rolnik z Maćkowa, Leonas Ramanauskas-Kalavijas, policjant z Mergutrakis, Bonifacas Rutkauskas-Apuokas, rolnik z Rudnik, Algis Rutkauskas-Miškinis, rolnik z Rudnik, Antanas Sliževičius, rolnik z Rudnik, Zigmas Šimčikas-Kurmis, rolnik z Pelucmargiai, Adolfas Valenta-Ožys, rolnik z Zawody, Vytautas Valenta-Dobilas, rolnik z Zawody, Adolfas Keleris-Tigras, wieś Lubowo. Wymienieni tu mężczyźni należeli do 4 kompanii, którą do początku 1947 r. dowodził Adolfas Valenta-Ožys, a po jego śmierci Sergijus Bendaravičius-Špokas. Pięciu z nich, K. Kubilius-Meška, G. Lastauskas-Garnys, A. Marcinkonis-Balandis, A. Landžius-Lokys i V. Prabulis-Žaibas, mieszkało głównie w Polsce i rzadko wracało do domu. Tam zostali aresztowani i osądzeni. Ostatni z nich, Žaibas, zginął 15 grudnia 1949 r. we wsi Szlinokiemie, razem z partyzanckim kapitanem Jurgisem Krikščiūnasem-Rimvydasem. Działalność kompanii w Trójkącie Suwalskim Po zakończeniu wojny polskie władze zmieniły niemieckie paszporty wydane ludności na polskie. Litewscy partyzanci działający na Suwalszczyźnie skorzystali z tej możliwości. Z polskimi paszportami czuli się bezpieczniej. Teklė Pauliukonytė, partyzancka łączniczka, pamięta, że leśni bracia dali jej swoje dokumenty do ukrycia. Początkowo ukryła je w szałasie, ale gdy zaczęły się rewizje, schowała je w pniu drzewa. Kiedy po dziewięciu latach wygnania przyjechała do zniszczonej ojczyzny, zastała tylko pniaki drzew. Zniknęły też partyzanckie dokumenty. W latach 1946-1947 polski rząd komunistyczny ogłosił amnestię, z której skorzystali polscy partyzanci. Partyzanci, którzy zalegalizowali działalność, byli przesłuchiwani przez służby bezpieczeństwa. Polski partyzant, Jan Sadowski, który przybył do Pauliukoniusów z Wojciuliszek, powiedział, że on i inni partyzanci byli przesłuchiwani na ich temat i że wiedzieli o ich powiązaniach z polskimi i litewskimi partyzantami. Poprosił ich, aby poinformowali litewskich partyzantów, aby byli ostrożni. Po pewnym czasie partyzanci, którzy ujawnili się, zostali aresztowani przez polską bezpiekę. Z amnestii skorzystał partyzant Henryk, który odwiedzał swoją ojczyznę. Chciał kontynuować naukę. Zamiast do szkoły trafił na osiem lat do więzienia. Po amnestii polscy partyzanci, którzy nie zalegalizowali działalności, byli prześladowani przez służby bezpieczeństwa. Przeciwko partyzantom użyto wojska i doszło do starć. Po amnestii litewskim partyzantom trudno było przetrwać w Trójkącie Suwalskim. Dopóki nie musieli się ukrywać, pomagali w gospodarstwie. Mieszkańcy wsi Romaniuki pomagali partyzantom: Burinskai, Kajeckai, Kalesinskai. Następujące osoby były ich stałymi osobami wspierającymi: Žukauskai, Remindavičiai i Judickai ze wsi Budzisko. Wielu z nich musiało zapłacić wysoką cenę za pomoc partyzantom. Burinskai i jedna rodzina Kalesinskai zostali deportowani przez polskie władze komunistyczne. Ucierpiała rodzina Mukauskasów z Wojciuliszkek. Natalė Mukauskaitė została aresztowana. Z więzienia wróciła w złym stanie zdrowia. Zmarła młodo, pozostawiając małe dzieci. Rodzina Jurkiūnasów ze wsi Graužai również ucierpiała. Jurkiūnas był więziony razem z Vincasem Pauliukonisem. Teklė Pauliukonytė wspomina: „Pewnego wieczoru do mojego domu przyszli dwaj bracia, Valentai. Zapytali, czy mogą u mnie przenocować. W pobliżu mieszkała ich ciotka. Matka zapytała ich, dlaczego nie poszli do ciotki. „Poszliśmy do ciotki, dała nam jedzenie, ale nie pozwoliła nam spędzić nocy, bała się”. „Wszyscy się boimy. Gdzie wy biedni ludzie pójdziecie? Proszę iść spać” - powiedziała moja matka. Znaliśmy ich. Weseli młodzi ludzie. Ale tego wieczoru byli smutni, zamyśleni. Powiedzieli, że pojechali do Polski pożegnać się z ciężko chorym ojcem. Może po raz ostatni… Ojciec powiedział im, żeby nie składali broni, dopóki Litwa nie będzie wolna”. Po zakończeniu wojny Sowieci wzmocnili granicę. Wydawało się, że tylko ptak może nad nią przelecieć. Litewscy partyzanci przekraczali ją wiele razy. Było kilka strzelanin i ofiar. Na granicy szalała bezpieka, szukając śladów „intruzów”. Lasy i pola były przeczesywane przez polskie oddziały graniczne. „Partyzanci bali się mieszkać w naszym domu” - mówi Teklė Pauliukonytė. - Przychodzili ukrywać się na polach. Pewnego razu, kiedy zaniosłam im jedzenie, usłyszeliśmy kroki nad kryjówką. Zbliżali się coraz bardziej. Partyzanci zakładali broń. Ich oczy zwróciły się w moją stronę. Ja milczałam. Serce biło mi mocno ze strachu. Tam, gdzie była kryjówka, rosły krzaki jałowca i pokrzywy. Nie jest przyjemnie chodzić bez celu wśród pokrzyw. Okrążyłem zbocze w drodze do kryjówki i dopiero wtedy dałam sygnał partyzantom do otwarcia otworu. Spieszyłam się. Teraz czułam się winna. Nie było innego wyjścia z kryjówki. Wiedziałem, że nie poddadzą się żywi. Ale po chwili kroki oddaliły się i osoba nie wróciła. Pojawiły się domysły, że śledzi mnie kret lub zdrajca, ale gdy nie znalazł kryjówki, odszedł. Życie partyzantów stało się niebezpieczne. Po zmroku opuścili kryjówkę. Nie powiedziałem rodzinie o tym incydencie. Kto tam chodził, pozostało tajemnicą. Potem, gdy przez dłuższy czas było cicho, partyzanci znów przyszli do kryjówki”. Szeregi partyzantów malały. Walczyli z potężniejszym i lepiej uzbrojonym wrogiem. Enkawudziści uzupełniali straty. Zdrady wyrządziły partyzantom wiele szkód. Žaibas powiedział: „Partyzanci mieli bunkier w stodole rolnika. Czasami zostawali tam na kilka dni. NKWD dowiedziało się o tym. Pewnego razu gospodarstwo zostało otoczone przez bataliony niszczycielskie i enkawudzistów i przeszukane. Wyrzucili słomę i siano ze stodoły, ale nie znaleźli bunkra. W domu był dziadek i sześcioletnie dziecko. Enkawudziści byli wściekli, bili dziadka i grozili mu. Kiedy im się nie udało, zabrali chłopca. Chłopiec płakał i mówił, że nie wie, gdzie są partyzanci. Dopiero po odejściu NKWD partyzanci dowiedzieli się, że bataliony niszczycielskie i enkawudziści grasują. Pospieszyli podziękować staruszkowi, ale ten tylko machnął ręką. „Wielka mi rzecz - powiedział. - Spełniłem swój litewski obowiązek. Bałem się tylko, że mój torturowany wnuk nie wytrzyma, powie mi, gdzie ukrywają się partyzanci. Znał kryjówkę, zanosił partyzantom jedzenie”. Litewscy partyzanci nie przetrwaliby w Trójkącie Suwalskim bez wsparcia miejscowej ludności. Nie mieli pieniędzy. Nie mogli nikomu nakazać, by dał im jedzenie. Dla nich było to terytorium obcego państwa, Polski. Po wyjeździe Daumantasa za granicę, Jurgis Krikščiūnas-Rimvydas nadal utrzymywał kontakty z Zachodem. NKWD i UB próbowały go wytropić i wyeliminować jego partyzanckie powiązania poprzez Polskę. Moskwa poświęciła temu celowi wiele środków i uwagi. Krikščiūnas ukrywał się wówczas w rejonie Puńska. Rimvydas, pod opieką dwóch łączniczek, pracował nad dokumentami, pisał partyzancką kronikę i przygotowywał się do wyprawy na Zachód. Teklė Pauliukonytė mówi: „W moich rodzinnych stronach znajdowali schronienie litewscy i polscy partyzanci. Nadszedł trudny czas, gdy NKWD z pomocą miejscowych zdrajców dowiedziało się, że Rimvydas przebywa w Trójkącie. Zaczęły się naloty, ludzie byli zastraszani. Krewni bali się własnych krewnych, nie chcieli przyjmować partyzantów na noc. Ci ostatni nie mogli przyjechać w rodzinne strony. Kiedy była potrzeba, szłam w umówione miejsce, żeby się z nimi spotkać. Chadzałam w nocy. Nie raz serce prawie wyskoczyło mi z piersi, gdy śpiący zając, nie mniej przestraszony niż ja, wyskoczył mi spod nóg w ciemności. Spotykaliśmy się nie tylko dla wiedzy i jedzenia. Partyzanci nie mniej niż chleba potrzebowali wsparcia, by nie czuć się samotnymi na obcej ziemi. Partyzanci rozumieli, że są sami. Zachód obiecywał, ale nie dostarczał. Jeden z partyzantów napisał do swojej matki w Kanadzie: „Nie płacz, nie smuć się, mamo, kiedy umrę i będę leżał na ulicy. Będzie dużo śmiechu…”. Na rozdrożu między Polską a Litwą Współpraca polskich i litewskich partyzantów na Suwalszczyźnie nie zawsze układała się sielankowo. Zdarzały się zdrady. Petras Burdinas przywódca polskiej grupy partyzanckiej i człowiek niewątpliwie litewskiego pochodzenia, odegrał kluczową rolę w likwidacji litewskich partyzantów w Polsce. Poinformował on polską bezpiekę o dwóch ukrywających się litewskich partyzantach i sześciu pomagających im łącznikach. Sigitas Kajokas-Kovas, członek 4 kompanii formacji „Vytautas”, wielokrotnie stykał się z polskimi partyzantami działającymi na Suwalszczyźnie. „Po miesiącu pobytu w Polsce - mówi Kovas - zostałem przechwycony przez dwóch polskich partyzantów, którzy ukrywali się w stodole podczas wieczornego karmienia bydła. Obaj mieli na sobie typowe futra noszone przez miejscowych, z futrzanym paskiem na dole, wokół mankietów i brzegów z pętlami oraz zimowe czapki bez oznaczeń, było widać tylko stare polskie mundury wojskowe przy otwartych futrzanych kołnierzach. Na początku nie było łatwo się porozumieć, ale dzięki mieszance polsko-rosyjskiej i gestów zrozumieliśmy się nawzajem. Ich głównym żądaniem (dla wszystkich litewskich partyzantów w Polsce) było nie brać ani nie żądać żywności i odzieży od polskich rolników, mieszkać u nich tylko na podstawie wzajemnej umowy. Nie wysuwali żadnych roszczeń wobec mnie osobiście, ponieważ wiedzieli, jak się tu znalazłem. Polskiej gospodyni nic nie mówiłem o spotkaniu, ona też nie robiła żadnych aluzji, choć byłem pewien, że to ona zaaranżowała to „spotkanie”. Inną kwestią interesującą polskich partyzantów były perspektywy i możliwości litewskiej partyzantki. Mówili mi o reorganizacji własnych struktur, o potrzebie zmiany taktyki i zastanawiali się, czy litewska diaspora próbuje utworzyć rząd emigracyjny na Zachodzie. Powiedziałem im, że po zdradach w Jałcie i Poczdamie nie można oczekiwać rządu emigracyjnego, ale podkreśliłem, że litewscy partyzanci byli w bliskim kontakcie z Litwinami mieszkającymi w Europie i za Atlantykiem oraz z litewskimi dyplomatami w krajach zachodnich. Chociaż w tamtym czasie nie wiedziałem zbyt wiele o rodzących się powiązaniach z Zachodem, musiałem przekonać polskich partyzantów, że nie jesteśmy sami i że wierzymy w przyszłość naszego narodu. Pod koniec rozmowy stwierdzili, że polski rząd w Londynie lepiej dba o swoich rodaków niż litewscy politycy na Zachodzie. Mikołajczyk zaznaczył, że Polacy muszą zakończyć czynny opór zbrojny i znaleźć nowe formy oporu bez użycia broni, bo muszą ratować swój naród na przyszłość. Dlatego niektórzy legalizują się oficjalnie, a inni, którzy nie ufają komunistycznemu rządowi, próbują zdobyć fałszywe dokumenty, które zagwarantują im pewien stopień bezpieczeństwa, a jednocześnie pozwolą im zintensyfikować nieuzbrojony opór wobec systemu komunistycznego”. Na Suwalszczyźnie był jeden dowódca dużego oddziału partyzanckiego, który nie posłuchał poleceń rządu emigracyjnego i zabronił legalizacji podległych mu partyzantów. Ponieważ nie miał takiego prawa, został aresztowany przez partyzantów i przekazany władzom wojewódzkim, które skazały go na karę śmierci. Wyrok wykonano w Suwałkach. Miał prawo się ukrywać, ale nie mógł wpływać na innych. „Wydawało mi się to straszne, kontynuuje Sigitas Kajokas. To było coś w rodzaju inkwizycyjnej rozprawy z człowiekiem, który nie był ani wrogiem, ani zdrajcą, a jedynie nie zastosował się do poleceń emigracji i chciał kontynuować walkę z okupantami swojego kraju (musiałem się o tym wcześniej dowiedzieć od miejscowych). Opowiedziałem braciom Rutkauskai o moim spotkaniu z polskimi partyzantami. W pierwszej kwestii, dotyczącej ludności polskiej, nie było problemu, ponieważ nikt nie krzywdził Polaków i nikt nie zamierzał ich krzywdzić, ale w sprawie ruchu partyzanckiego zarówno w Polsce, jak i na Litwie, poradzili mi, abym nie mówił nikomu innemu, ponieważ mógłbym zostać posądzony o to, że jestem osobą, która przyszła do partyzantki tylko po to, aby zniszczyć litewskich partyzantów. Sam zdawałem sobie z tego sprawę, więc nie rozmawiałem o tym z nikim innym, ale po powrocie na Litwę poinformowałem o tym dowódcę mojej kompanii, »Ožysa«.” Pod koniec lata trzech litewskich partyzantów ze wsi Kompocie zostało wezwanych do komisariatu wojskowego w Suwałkach. Najwyraźniej w celu sprawdzenia ich stanu zdrowia. Bracia Rutkauskai otrzymali na podróż sanie z dobrym koniem. Żaden z nich nie mówił po polsku. Kajokas, choć z trudem, był w stanie porozumiewać się mieszanką rosyjskiego i polskiego. Pierwszy w kolejce był Algis Rutkauskas-Sakalas, po nim Sigitas Kajokas i Bonifacas Rutkauskas-Apuokas. Szef komisji, oficer, zobaczył w dokumentach, że Algis Rutkauskas jest Litwinem i zapytał go, czy chce służyć w polskiej armii. Algis zrozumiał, że pyta się go „czy służył w wojsku polskim” i nie czekając na wyjaśnienia, odpowiedział: - Nie! Oficer bardzo się zdenerwował i strącił dokumenty ze stołu na podłogę. - Wyjdź! - krzyknął. Kajokas zaczął tłumaczyć oficerowi, że Algis Rutkauskas bardzo chciał służyć w polskim wojsku, ale nie rozumie po polsku, a cała trójka przyszła sprawdzić stan zdrowia. Gniew oficera minął. Podniósł leżące na podłodze papiery i próbował powiedzieć, że Litwini mieszkający w tym kraju muszą udowodnić swoją lojalność wobec Polski. Komisja orzekła, że są zdolni do służby wojskowej i mogą wrócić do domu przed następnym powołaniem. Powołanie do wojska miało nastąpić za miesiąc. „Może miesiąc później dostaliśmy nowe wezwanie”, mówi Kajokas. - 1 kwietnia 1946 r. zarówno bracia Rutkauskai, jak i ja musieliśmy stawić się w komisariacie w Suwałkach, by odbyć służbę w polskim wojsku. To było skrzyżowanie: Polska - Litwa. Wybraliśmy tą drugą. Z 31 marca na 1 kwietnia pięciu z nas (bracia Rutkauskai, Aleksas Keler-Neimonas i ja, piątego nie pamiętam), uzbrojonych w dwa pistolety maszynowe i jeden karabin, z granatami ręcznymi i przeciwpancernymi, wyruszyło na Litwę”. W drodze przez granicę doszło do strzelaniny z polskimi pogranicznikami. Po pierwszych strzałach wszystko ucichło. Partyzanci pomyślnie przekroczyli granicę. Trzy kilometry za granicą natknęli się na rosyjski patrol graniczny. Po kilku seriach zapadła cisza. Gdy partyzanci oddalili się o około kilometr, ponownie rozległy się strzały. Ślady były dobrze zamaskowane. Pierwszego dnia nie ukrywał się, lecz spędził go w lesie w Trakianach. W kwietniu partyzanci 4 kompanii rozeszli się w grupach po 5-6 osób. Każda grupa musiała założyć co najmniej dwie kryjówki. Piątka Kubiliusa założyła jedną kryjówkę w wiosce Aguonis, w porzeczu Szeszupy, na polu Petrasa Vincevičiusa. Nazwali ją Oaza. Drugi bunkier, nazwany Kurortem, powstał we wsi Tabarauskai, na polu Vincasa Čižauskasa, na zboczu potoku Raudonė. Trzecia, zwana Salą, znajdowała się na granicy polsko-litewskiej, we wsi Palnyča, w niewielkim olchowym zagajniku, na polu Greblikasa. Czwarta znajdowała się w zaroślach wsi Kasauskai, na polu Vincasa Kajokasa. Sala mogła być wykorzystana tylko w najbardziej krytycznym przypadku, gdyż była do dyspozycji głównego łącznika kompanii. Kolejną kryjówkę grupa założyła po tym, jak dołączyli do niej Ateičia i Sakalas. Ta kryjówka - Troja - znajdowała się w pozostałościach glinianej szopy gospodarstwa zniszczonego podczas wojny we wsi Tribarčiai, gmina Lubowo, w gospodarstwie Juozasa Kajoksa. Później nazywano ją również Palanga. Znajdowała się pod opieką rodziny Andziuliai. Kto odwiedził kryjówkę? W drugiej połowie maja 1946 r. odbyło się spotkanie partyzantów 4 kompanii. Odbyło się ono we wsi Trakiany niedaleko kryjówki „Sodas”. Sigitas Kajokas mówi: „Wszyscy byli zadowoleni z udanego zainstalowania kryjówek w nowych miejscach, ale tylko Dobilasowi coś nie pasowało. Ožys wyjaśniła wszystkim nastrój Dobilasa. Oni - Valentai - mieli małą kryjówkę niedaleko swojej ojcowizny od początku partyzantki i nie odwiedzali jej od dłuższego czasu. Dobilas, idąc do miejsca, w którym mieszkał przez pierwsze dni okupacji, pomyślał, że zajrzy do starej kryjówki. Wchodząc do środka i zapalając światło, zdał sobie sprawę, że ktoś był w kryjówce: przedmioty na półkach były dotykane i badane (o czym świadczyły wyraźne ślady na zakurzonych powierzchniach), ale nic nie zostało wyniesione z kryjówki. Basanavičius i Gegutė wiedzieli o tej kryjówce od tych, którzy mieszkali na Litwie, ale powiedzieli, że nigdy jej nie odwiedzili. Istniały tylko dwie możliwości: albo kryjówka została przypadkowo odkryta przez czekistów i mogą teraz urządzić zasadzkę, albo z Polski przyjechali mężczyźni, w tym dwóch, którzy znali kryjówkę? Zaledwie kilka dni później łącznik Vincas Kajokas wyjaśnił, że czterech partyzantów przekroczyło granicę z Litwą: dwóch ludzi z 4 kompanii, Erelis (Sniževičius) i Meška (K. Kubilius), oraz dwóch emisariuszy z Zachodu, Daunoras ir Lokys.” Agenci i prowokatorzy Sowieci poświęcili wiele uwagi regionowi leśnemu Bukta i Suśniki. Tutaj byli skierowani kadeci ze Szkoły Oficerskiej MVD we Włodzimierzu. Bataliony niszczycielskie starannie zbierały informacje o działalności 4 kompanii i jej członków. Robili to z pomocą sieci agentów i przesłuchując aresztowanych. Każda agentura, która walczyła z 4 kompanią, miała własną sieć agenturalną. W styczniu 1948 r. czekistom udało się wcielić w szeregi oddziału agenta Čepukasa. Po kilku miesiącach słuch o nim zaginął. Jego los jest nieznany. W styczniu 1948 r. w szeregi partyzantów wstąpił agent Jodinas, przysłany do kompanii przez czekistów. W miarę przerzedzania się szeregów 4 kompanii agentura stawała się coraz ważniejsza dla bezpieki w walce z pozostałymi. W różnych okresach za 4 kompanią formacji „Vytautas” stało około 40 agentów i informatorów NKWD i MGB. Do tego należy dodać dużą liczbę funkcjonariuszy straży granicznej i kolejarzy, których działalność była skierowana przeciwko leśnej braci. W latach 1949-1950 grupę ścigało 4 agentów: Juodinis, Vėjas, Udras i Medis oraz 5 informatorów: Sakalas, Štreimikas, Julijus, Samarinas i Maidanas. Już w 1947 r. wpływy kompani w regionie słabły. W tym czasie poniosła duże straty. Kompanii coraz trudniej było realizować swoje główne zadania. Julius Mielkus-Lubinas wspomina: „Pod koniec maja czterdziestego siódmego roku do naszego oddziału zgłosił się jeden z dwóch mężczyzn, których rok wcześniej przywieźliśmy przez granicę po ich powrocie z zagranicy. On i jego żona chcieli wrócić za granicę, więc poprosili nas, abyśmy ich ponownie przewieźli do Polski. Po stronie litewskiej wzmocniono ochronę granicy. Ten marsz wymagał dużej ostrożności. Zatrzymaliśmy się we wsi Aguonis u rolnika niedaleko granicy. Zdecydowaliśmy, że do ochrony wystarczy pięciu ludzi. Przygotowaliśmy się - Kovas, Pempė, Tigras, ja i jeszcze jeden mężczyzna, którego imienia oraz pseudonimu już nie pamiętam i po zmroku ostrożnie ruszyliśmy przez sosny w kierunku granicy. Niezauważeni przez nikogo dotarliśmy do granicy polsko-litewskiej. Krótkie pożegnanie i goście przeszli na polską stronę, a my wróciliśmy. Ja, Vincas Gurevičius i Bonifacas Rutkauskas udaliśmy się do Menkupiai do Pupki, gdzie był bunkier i znaleźliśmy więcej ludzi. Gdy byliśmy u Pupki, otrzymaliśmy wiadomość, że nasz dowódca oddziału, Špokas, został ranny w bunkrze Zaveckasa we wsi Gintautai. Poszedłem z B. Rutkauskasem i V. Gurevičiusem odwiedzić go. Znaleźliśmy dowódcę z raną postrzałową ramienia. Poprosiliśmy go, aby poszedł z nami, ale odmówił, mówiąc, że pielęgniarka musi przyjść i zbadać jego rękę. Poprosił tylko jednego z nas, aby z nim został. Ja zostałem. Bonifacas i Vincas wrócili do Menkupiai, a Sergijus i ja wyczołgaliśmy się z bunkra i poszliśmy na obiad do sąsiada. Kiedy wróciliśmy, wczołgaliśmy się do bunkra i rozebraliśmy do snu. Sergijus opowiedział mi, jak został postrzelony w ramię. On i Jurgis Vasiliauskas-Skydas, chyba w wiosce Tabarai, wpadli w rosyjską zasadzkę. Skydasowi udało się uciec, ale Špokas został trafiony w ramię. Po tej rozmowie szybko zasnęliśmy. Ale długo nie spaliśmy. Podczas snu usłyszałem hałas nad bunkrem. Obudziłem Sergijusa: „Słyszysz hałas na górze? To muszą być Rosjanie, bunkier został znaleziony, zostaliśmy zdradzeni”. Sergijus pyta mnie: „Co robimy? Odpowiadam mu: „Jesteś starszy, zarówno wiekiem, jak i pozycją, zrobimy tak, jak zdecydujesz”. Sergijus postanowił wdrapać się na szczyt. Kiedy Rosjanie próbowali otworzyć drzwi bunkra, strzelił do nich z broni automatycznej. Rosjanie rzucili w drzwi granat, który eksplodował i wyrwał w nich dużą dziurę. Sergijus mi mówi: „rzuć granat przez dziurę”. Rzuciłem granat i prawie w tym samym czasie granat rzucony przez Rosjan eksplodował w bunkrze. Zabił Sergijusa, a ja straciłem przytomność. Przytomność odzyskałem dopiero w Mariampolu, na dziedzińcu NKGB. Odłamek granatu trafił mnie w lewą nogę i brzuch, ale nie w głowę. Kiedy odzyskałem przytomność, pomyślałem, że byłoby lepiej, gdybym zginął razem z Sergijusem. Ale najwyraźniej taka była wola Boża. Stało się to 10 czerwca czterdziestego siódmego roku”. W 1947 r. Sowieci dokonali już dokładnej analizy obszaru działania oddziału. W czerwcu tego samego roku, gdy Czeka odkryła bunkier dowództwa, dowiedziała się o działalności 4 kompanii w Polsce. Po wymianie informacji między mariampolskim wydziałem MGB i agenturą pułkową po stronie polskiej, a także polskim kontrwywiadem granicznym, pod koniec sierpnia 1947 r. aresztowano w Polsce wszystkich 9 członków 4 kompanii, dowodzonej wówczas przez A. Pakruopisa-Pelėdę. Od tego czasu działalność oddziału była uznawana przez czekistów za wyjątkowo niebezpieczną. Podczas przesłuchań służby bezpieczeństwa nie były w stanie uzyskać żadnych informacji o kanałach przerzutowych na Zachód. Zwykli partyzanci albo nie mieli takiej wiedzy, albo nic nie mówili podczas przesłuchań. 1 września 1947 r. do siedziby NKGB przywieziono z Polski Antanasa Pakruopisa-Pelėdę, Gediminasa Lastauskasa-Garnysa, Juliusa Nevulisa-Ožysa, Albinasa Kliukinskasa-Maželisa, Alfonsasa Kliukinskasa, Vincasa Kibildisa-Kardasa i Kostasa Kubiliusa-Meškę. W Mariampolu byli przetrzymywani w piwnicy. Wszyscy w jednej celi. Przebywali tam 5-6 dni. Potem przeniesiono ich do innej piwnicy. Kostas Kubilius-Meška, partyzant 4 kompanii, mówi: „Kiedy byliśmy więzieni na ulicy Vytauto 26, prawie nie dostawaliśmy jedzenia. Przyniesiono nam kilka kromek chleba i wodę. Myśleliśmy, że nas rozstrzelają. Cela (piwnica) była bardzo ciasna, w drzwiach było tylko zakratowane okno. Spaliśmy w ubraniach na cementowej podłodze. Wszyscy zostaliśmy aresztowani na terenie dzisiejszej Polski, w Trójkącie Suwalskim. Mnie aresztowano we wsi Szlinokiemie, 3 km od Puńska, 14 sierpnia 1947 roku. Razem z kolegami przekroczyliśmy granicę. Szliśmy pieszo: Antanas Pakruopis-Pelėda, Julius Mielkus-Lubinas, Vincas Kibildis-Kardas, Albinas Kliukinskas- Maželis i inni wyżej wymienieni. Wszyscy oni zostali w Polsce ze swoimi litewskimi krewnymi, a ja wróciłem na Litwę. Myśleliśmy, że w Polsce będzie bezpieczniej, że tam będzie można dostać dokumenty. Wszyscy wyżej wymienieni zostali aresztowani w Polsce i przywiezieni do Mariampola, na ulicę Vytauto 26. Granicę polsko-litewską przekraczałem 13 razy. Musiałem przewozić pocztę z zagranicy przez granicę. Przynosiłem ją do 4 kompanii formacji „Vytautas”. Głównym łącznikowym był Šleževičius Antanas-Erelis, a ja byłem jego pomocnikiem. Antanas Šleževičius urodził się w 1911 r. we wsi Rudniki, gmina Sangruda, powiat łoździejski. Zmarł w 1955 r. na zsyłce w Rosji. 1 lub 2 maja 1946 r. przekroczyliśmy granicę polsko-litewską na Litwie. Było nas 6 osób. Przeprowadziliśmy przez granicę Etilę (Atilę - S.B.) i Hektora, którzy reprezentowali partyzantów za granicą. Musieliśmy im przedstawić formację „Geležinis Vilkas” w lesie Pagraižo, między Šilavotas i Veiveriai”. Mielkus-Lubinas opowiada o przesłuchaniu przez NKGB w Mariampolu: „Zaczęło się przesłuchanie przez NKGB w Mariampolu. Trudno opisać, co mi zrobili. Pierwszą rzeczą, jaką powiedziałem na pytania czekistów, było to, że byłem tylko kilka dni po powrocie z Polski, urodziłem się tam i byłem tam od dawna. Wspomniałem, że kilka dni wcześniej grupa naszych ludzi walczyła z Rosjanami w drodze przez granicę na Litwę. Ja też byłem w tym oddziale. Początkowo przesłuchujący zapisał to, co mu powiedziałem. Ale następnego dnia, kiedy przyprowadzono mnie na przesłuchanie, zobaczyłem stos papierów na stole i innego przesłuchującego, Litwina o nazwisku Svirskis. Zna go każdy, kto miał okazję być w NKGB w Mariampolu. Jego pierwsze słowa brzmiały: „Nie było Cię w Polsce…”, i zaczął przewracać te kartki, wyczytując rok i dzień, w którym wstąpiłem do partyzantki, gdzie i w jakich bitwach brałem udział, kiedy i jak zostałem ranny. Nie martwiłem się zbytnio - musiałem pogodzić się z losem: wiedziałem, że nie dostanę mniej niż 25 lat w łagrach. Ale kiedy zaczęli wymieniać bunkry, pseudonimy partyzantów, łączników, byłem przerażony - skąd oni mogli to wiedzieć? Później okazało się, że dokumenty zostały znalezione przez enkawudzistów w bunkrze Pupki w Mernkupiai. Było w nim trzech mężczyzn: Antanas Marcinonis-Balandis, Bonifacas Rutkauskas-Apuokas i Vincas Gurevičius. Podczas oblężenia Rutkauskas i Gurevičius zastrzelili się, a Marcinonis-Balandis poddał się Rosjanom. W bunkrze znajdowało się również blaszane pudełko z dokumentami, których zapomnieli zniszczyć, przez co wpadły one w ręce enkawudzistów. Pewnego razu do celi, w której mnie przetrzymywano, przyprowadzono mężczyznę z Mariampola. Wydawało mu się, że wkrótce zostanie zwolniony. Poprosiłem go, aby po zwolnieniu udał się pod wskazany adres i powiedział domownikom, że żyję. Następnego dnia rzeczywiście został zwolniony i spełnił moją prośbę”. Ostatecznie sieć łączników i wspierających oddział Ožysa zaczęła się przerzedzać. W 1947 r. partyzanci stracili ważne bunkry - Puščia, Paneriai, Ukraina, Jeruzalė, Kremelius. Wraz z kryjówkami oddział stracił również swoich strażników, łączników itp. W dołku wykopanym na polu ziemniaków w gospodarstwie Kazysa Ilgūnasa bezpieka znalazła dokumenty dowództwa i wywiadu formacji. Partyzanci stale zmieniali miejsce działania, przenosząc się z miejsca na miejsce. Czeka szła w ich ślady, werbując nowych pomocników. Najbardziej zaszkodzili partyzantom ich były łącznik Upelis ze wsi Šimuliai, agent Ūkininkas i były partyzancki łącznik Prožektas, mieszkaniec wsi Kreivoji. Ruch partyzancki osłabł po tym, jak Sowietom udało się zlikwidować 4 kompanię. Nie można go było odtworzyć ani zastąpić w żaden sposób. Kres działalności oddziału Ožysa nastąpił 20 maja 1952 r., kiedy aresztowano Algimantasa Rutkauskasa-Miškinisa, długoletniego i ostatniego dowódcę. Działalność partyzancką rozpoczął w wieku 18 lat. 4 września 1952 r. został skazany na rozstrzelanie w Wilnie.