Pamiętniki wołyńskiego świętego. Biskup łucki był papieżem W 1772 r. nastąpił pierwszy rozbiór Rzeczypospolitej. Około miliona katolików obrządków zachodniego i wschodniego, zamieszkujących ziemie polskie zajęte przez Rosję, znalazło się w innym państwie. Więcej o tym w kolejnym odcinku wspomnień św. Zygmunta Szczęsnego Felińskiego. Z poprzednimi fragmentami pamiętników Felińskiego można zapoznać się w nr 21–24 z 2022 r. Zarówno Rzeczpospolita, jak i Imperium Rosyjskie były monarchiami, ale jakże różne były fundamenty, na których zostały wzniesione! Władza króla w Rzeczypospolitej była dość ograniczona, szlachta posiadała wiele praw i swobód, stosunki społeczne regulowały prawa, natomiast w Rosji władza monarchy była absolutna, a jedynym prawem była jego wola. Nawet tzw. dworzanie, czyli rosyjska szlachta, byli niewolnikami, zależnymi od zachcianek tyrana, podobnie jak chłopi. Cerkiew prawosławna w Imperium Rosyjskim również stała się tylko narzędziem w rękach władcy, którym posługiwał się wedle uznania. Cesarzowa Katarzyna II, która wówczas rządziła państwem, chciała uczynić taki sam instrument z Kościoła katolickiego. Już w styczniu 1773 r. samowolnie utworzyła diecezję na terenie swojego państwa i sama wyznaczyła rządzącego biskupa, któremu byli posłuszni wszyscy katolicy mieszkający w Imperium Rosyjskim. W 1783 r. papież Pius VI został zmuszony do uznania tego stanu rzeczy i kanonicznie zatwierdził utworzenie archidiecezji mohylewskiej. Jak już wspomniano, wszyscy katolicy Cesarstwa Rosyjskiego podlegali władzy metropolity mohylewskiego. Biorąc pod uwagę fakt, że dekrety papieskie były często ignorowane przez władze Imperium Rosyjskiego, można z pewną dozą ostrożności stwierdzić, że faktycznie papieżem na tych ziemiach był metropolita mohylewski. To prawda, że władze świeckie, to znaczy monarchowie rosyjscy, ze wszystkich sił ingerowali we władzę kościelną tego «papieża». Urząd metropolity mohylewskiego był więc dużym ciężarem i nie każdemu udawało się go godnie udźwignąć. Jednak Kacper Kazimierz Cieciszowski, który został drugim metropolitą archidiecezji mohylewskiej, dał sobie z tym radę. Tego czcigodnego biskupa łączy z Łuckiem to, że był pierwszym biskupem łucko-żytomierskim. Po objęciu stolicy metropolitalnej Cieciszowski pozostał w Łucku i z tego miasta rządził wszystkimi katolikami bezkresnego Imperium Rosyjskiego. Tu zmarł 28 kwietnia 1831 roku i został pochowany w łuckiej katedrze Świętych Apostołów Piotra i Pawła. Święty Zygmunt-Szczęsny Feliński w swoich «Pamiętnikach» pozostawił ciekawe wspomnienia o Cieciszowskim. «Podczas pobytu mojego w Nieświeżu odwiedził naszą szkołę biskup Podhorodeński, sędziwy i bardzo przez wszystkich poważany pasterz. Wysokie wyobrażenie o godności biskupiej tak mię onieśmieliło, że gdy egzaminując uczniów 7. katechizmu, zapytał mię o to, czegośmy się jeszcze nie uczyli, nie śmiałem mu tego powiedzieć, topiąc we łzach tajemnice nieświadomości swojej. Na szczęście poratował mię ks. katecheta, objaśniając biskupowi, żeśmy jeszcze traktatu tego nie przechodzili; po czym dostojny pasterz z ojcowską dobrocią mię uspokoił i nowym pytaniem nastręczył mi zręczność dowieść, że próżniakiem nie byłem. Ksiądz Podhorodeński był jednym z sufraganów ówczesnego metropolity, ks. Kaspra Cieciszowskiego, jednego z najświetniejszych luminarzy Kościoła polskiego w owym czasie. Karyera lego duchowna tak była nadzwyczajna, iż niepodobna nie wspomnieć o niej choć pokrótce w Pamiętnikach aż do owej epoki sięgających. Nie znałem wprawdzie osobiście tego powszechnie wielbionego arcypasterza, opowiadania wszakże o jego cnotach i niepospolitej nauce głęboko utkwiły w mej pamięci. Przytoczę tu ważniejsze przynajmniej szczegóły z tego tak pełnego zasług żywota, który godzien niezaprzeczenie pióra znakomitego jakiego dziejopisarza. Wstąpiwszy w roku 1760 do Seminaryum Propagandy w Rzymie, mając zaledwie lat piętnaście, tak się odznaczał zdolnościami i pobożnością, że gdy po czterech latach ukończył swe studia, ówczesny papież, Klemens XIII, który znał go osobiście, sam mu udzielił święceń kapłańskich, dyspensując dziewiętnastoletniego młodzieńca od sześciu lat wieku (zwolnienie z obowiązku czekania do 25 roku życia, kiedy zgodnie z kanonami Kościoła rzymskokatolickiego mężczyźni mają prawo do święceń) i to bez żadnych wstawiań się i protekcji, lecz wskutek jedynie wewnętrznego przekonania, iż ów wzorowy lewita (w Starym Testamencie potomek plemienia Lewiego, czyli kapłan) na to wyszczególnienie zasługuje. Wróciwszy do kraju, niezmiernie szybko posuwał się po szczeblach hierarchii duchownej, tak, że w jedenastym roku kapłaństwa a trzydziestym zaledwie życia konsekrowany już został na tytularnego biskupa Tebasty, a w dziewięć lat później objął zarząd diecezji kijowskiej; przy nowym zaś rozgraniczeniu diecezji katolickich, rosyjskiemu berłu podległych, w roku 1798 został biskupem łucko-żytomierskim, z rezydencją w Łucku. Wszędzie, gdzie go Opatrzność w pasterskim urzędzie postawiła, wierni dzięki składali Bogu za tak wzorowego przewodnika. Nazywano go powszechnie drugim Franciszkiem Salezym, z powodu niezakłóconej nigdy jego cierpliwości i niewyczerpanego miłosierdzia, nie dającego się zrazić najboleśniejszymi nawet zawodami. Posiadając znaczne z biskupich dóbr dochody, niezmiernie mało na własne wydawał potrzeby, krewnych też swoich nie wzbogacał, wszystko na ozdobę świątyń i na wsparcie ubogich obracając. W ciągu trzyletniego głodu na Wołyniu, nie tylko chrześcijanie lecz i żydzi kosztem się jego utrzymywali; gdy zaś w czasie jego nieobecności Łuck nawiedziła zaraza, wnet tam przybył, aby, jak przystoi na dobrego pasterza, tak cielesne jak i duchowe zdrowie owieczek swoich ratować. Żadna strata materialna nie bolała go tyle, co obraza Boża, dla zapobieżenia której na wszelkie gotów był ofiary. Opowiadano n. p., że przyszedł doń kiedyś porządnie odziany miody człowiek, prosząc o ratunek dla chorej matki, której zbywało nie tylko na lekarstwach lecz i na pożywieniu. Wzruszony litością biskup wyszedł do swego gabinetu po pieniądze, lecz wróciwszy po chwili, nie zastał już owego młodzieńca w sali i spostrzegł, że znikł też kosztowny zegar ze ściany. Zasmucony biskup zadzwonił na służącego i rzekł doń naglącym głosem: – Dopędź co prędzej tego biedaka, co wyszedł stąd przed chwilą i powiedz, że mu darowuję zabrany zegar, byle grzechu nie miał. Nie zważając na rozpowszechniony wówczas wśród duchowieństwa zwyczaj noszenia krótkiej odzieży, pozostawiając sutannę tylko do ołtarza, Cieciszowski nie rozstawał się nigdy z kanoniczną po kostki szatą, powagą soborów uświęconą, a ta jego wierność kościelnej dyscyplinie sprawiła, iż arcybiskup Siestrzeńcewicz przywdział też na starość sutannę. Gdy bowiem po wstąpieniu na tron Aleksandra I przedstawił mu się bardzo już sędziwy metropolita we fraku, jakiego kardynałowie używali w podróży, cesarz zapytał go, czy zna biskupa Cieciszowskiego, na twierdzącą zaś odpowiedź Siestrzeńcewicza; rzekł, spoglądając surowo na obcięte jego poły: – Nieprawdaż, że poważna jego szata najlepiej odpowiada siwiźnie kościelnego dygnitarza? Po takiem odezwaniu się monarchy niepodobna było zbyt światowemu książęciu Kościoła zjawić się we fraku u dworu. Obok rozległej i różnorodnej wiedzy ks. Cieciszowski posiadał niezmiernie też trwałą pamięć, tak, że po upływie pół wieku nie uronił nic z tego, co sobie przyswoił w młodości. Kiedy w roku 1824 obchodził pięćdziesięcioletni jubileusz swego kapłaństwa, słynny ze swej uczoności i praktycznej mądrości berdyczowski rabin, przybył do Łucka na czele żydowskiej deputacji, aby w imieniu swego narodu złożyć hołd czci i uznania światłemu filantropowi, co bez różnicy wyznań spieszył z pomocą każdej nędzy i każdemu strapieniu. Wiedząc z doświadczenia, jak wiele traci najlepiej obmyślane przemówienie w języku polskim, skoro przez semickie przejdzie usta, wygłosił on swe powinszowanie po hebrajsku, biegły zaś orientalista miał je wnet powtórzyć po polsku. Lecz jakież było zdumienie żydowskiej deputacji, gdy sędziwy pasterz, nakazawszy milczenie tłumaczowi, z całą swobodą i najczystszym hebrajskim językiem, odpowiedział improwizowaną mową na przemówienie rabina; tak świeżo przechowały się w pamięci gruntowne studia, odbyte niegdyś w Propagandzie. Niepodobna wątpić, że gdyby Cieciszowski w sile wieku postawiony został na czele katolickiego Kościoła w Rosji, zamiast Siestrzeńcewicza, rządy jego stanowiłyby jedną z najpiękniejszych kart porozbiorowych dziejów naszych; snadź jednak nie zasłużyliśmy na to, skoro Opatrzność dopuściła, iż zasiadł na stolicy metropolitalnej dygnitarz świecki raczej niż duchowny, stokroć gorliwiej troszczący się o interesy zaborczego rządu niż o chwałę Bożą i dusz zbawienie. Nie tylko nie zaznaczył on długoletniego pasterstwa swego pożyteczną dla Kościoła działalnością, ale dopuścił utworzenie w Petersburgu katolickiego Kolegium na wzór schizmatyckiego Synodu, które podkopało władzę biskupów i obaliło kanoniczny porządek hierarchii duchownej, stawiać tę całkiem świecką instytucję po nad jurysdykcję biskupią i narzucając jej wyroki rządcom diecezji jako nieodwołalne postanowienia. Prezydującym w Kolegium jest wprawdzie metropolita, inicjatywa wszakże wniosków zależy nie od niego lecz od prokuratora rządowego, on zaś może tylko przyzwolić lub zaprotestować; co zaś najgorsza, że w razie nieobecności prezydującego zastępca jego podpisuje ukaz w imieniu monarchy; temu zaś postanowieniu i sam metropolita poddać się jest zmuszony. Przy tak wadliwej organizacji duchownego zarządu, cóż mógł uczynić pożytecznego zgrzybiały starzec, dla którego sam przejazd z Łucka do Petersburga, przy ówczesnych warunkach podróży, zdawał się rzeczą niemożebną. Cieciszowski wyniesiony został na stolicę metropolitalną dopiero w roku 1827, kiedy mu na barkach zaciężył już ósmy krzyżyk. To też za pierwszy warunek przyjęcia ofiarowanej mu godności położył dozwolenie mu pozostania w Łucku, co też łatwo otrzymał. Warunki zarządu tak ułożono, że metropolita będzie miał jednego sufragana w Łucku, drugiego zaś w Petersburgu, w konsystorzu zaś mohilewskim zastępować go będzie oficjał. Nie długo trzeba było czekać, aby się ujawniła wadliwość takiego urządzenia. Wkrótce po objęciu rządów przez nowego arcybiskupa umarła cesarzowa matka, a minister spraw wewnętrznych zażądał od Kolegium, aby wydało rozporządzenie do całego kleru katolickiego w Rosji, aby za jej duszę odprawione zostało we wszystkich kościołach publiczne żałobne nabożeństwo. Przewodniczący w Kolegium, jako zastępca metropolity, biskup Piwnicki nie chcąc pierwiastkowo wziąć na swą odpowiedzialność ostatecznego w tej kwestii postanowienia, odpowiedział, iż musi odnieść się w tej mierze do arcybiskupa, i rzeczywiście zapytał o zdanie Cieciszowskiego. Gdy jednak nazajutrz minister zażądał natychmiastowego rozporządzenia, odwołując się na ustawy Kolegium i grożąc odpowiedzialnością za zwłokę, Piwnicki, który już wówczas kaptował łaski rządu, odezwał się do członków Kolegium: – Jeśli który z księży prałatów gotów jest podpisać drugim, to ja pierwszy podpiszę. Nie zabrakło niestety amatorów i ukaz o żałobnym nabożeństwie za spazmatyczną cesarzową rozesłany został do wszystkich diecezji i dotąd uważany jest przez władze rządowe za obowiązujący dla katolickiego duchowieństwa. W kilka dni później nadeszła do Kolegium odpowiedź metropolity, wykazująca kategorycznie i z całą stanowczością niegodziwość modłów publicznych za dusze innowierców, ale dokument ten złożony został ad acta, nie zatrwożywszy nawet sumienia potulnych prałatów. Tego rodzaju zawody i coraz to jawnięjsze prześladowanie katolickiej wiary przyspieszyły zgon świątobliwego pasterza, któremu to jedno chyba zarzucić można, iż w tak niekorzystnych warunkach przyjął paliusz metropolity. Umarł na pęknięcie serca 28 kwietnia 1831 roku. W tym samym niemal czasie, kiedy oścień śmierci kruszy ów filar wspaniały, który przez pół wieku stanowił siłę i ozdobę naszej hierarchii kościelnej, ukazuje się na tejże widowni, bo w tejże diecezji łuckiej, skromna i ukryta ale diamentowej jasności gwiazda, która w krainie światłości wiekuistej zaćmi zapewne nie jeden z owych podziw budzą, tych meteorów, co swym, geniuszem lub nadzwyczajnością życia świat cały rozgłosem imienia swego napełnili. Mówię tu o księdzu Wiktorze Ożarowskim, który zostawiwszy nam wzór doskonały kapłana, misjonarza i zakonnika, spoczął wreszcie w Bielanach pod Krakowem na cmentarzu Ojców Kamedułów. Wedle opowiadań, jakie się obiły o uszy moje w dzieciństwie, powołanie ks. Wiktora było niezmiernie tragiczne. Nie ręczę za prawdziwość szczegółów, gdyż nigdzie ich nie czytałem, słyszane tylko powtarzam. Kiedy ostatni wielki hetman koronny, Piotr Ożarowski, został XV roku 1794 skazany na śmierć przez rząd rewolucyjny, jako znany stronnik moskiewski, wprowadzony na rusztowanie chciał przemówić do ludu, aby się usprawiedliwić. Czy to kolej służbowa, czy też umyślne rozporządzenie władzy wojskowej sprawiło, że dowódcą oddziału, mającego czuwać nad porządkiem przy strasznej egzekucji, był rodzony syn hetmana. Trudno odgadnąć, jakie pobudki wpływały na postanowienie młodego oficera, dość, że gdy ojciec począł mówić, syn kazał doboszom uderzyć w bębny, by głos skazanego zagłuszyć. Wówczas z piersi rozżalonego starca wyrwały się słowa przekleństwa, zwrócone do syna: «Obyś się wściekł!» Były to ostatnie słowa skazanego. W kilkanaście lat później mały piesek pokojowy ukąsił spadkobiercę hetmana i straszne przekleństwo ojca na nim się dokonało… Zgon ów tragiczny, przypisywany powszechnie skuteczności słów hetmana, tak silne wywarł wrażenie na całą rodzinę, iż małżonka zmarłego dostała czarnej melancholii, syn zaś Wiktor nie tylko niezwłocznie świat opuścił, poświęcając się służbie Chrystusowej, ale począł prowadzić życie tak umartwione i prawdziwie pokutnicze jak najsurowsi pustelnicy Tebaidy; ów zaś duch dobrowolnej za grzechy rodzinne ofiary, zamiast słabnąć z wiekiem, wzrastał owszem ustawicznie, heroicznych dosięgając rozmiarów. Jak promienna aureola świętości otaczała go jeszcze tu na ziemi, z tego już wnosić można, iż ojciec Etienne, jenerał Misjonarzy, nazywał go swą relikwią żyjącą; wielka księżna Aleksandra, małżonka w. ks. Konstantego Mikołajewicza, ujrzawszy go po raz pierwszy, zawołała zdumiona: «Cóż to za wielebne oblicze!» Ojciec zaś Prokop, pisząc Żywoty Świętych, w kilka lat po zgonie księdza Ożarowskiego, i jego też żywot pod zakonem imieniem Ojca Damiana, w księdze tej umieścił. Oby heroiczna owa pokuta za grzechy nasze narodowe jak najwięcej znalazła naśladowców, a wnet gniew Boży zostałby przebłagany i kraj nasz nieszczęśliwy odrodzonym życiem by zakwitnął». (Ciąg dalszy nastąpi). Opracował Anatol Olich Na zdjęciach: 1. Portret z ХІХ w. Kazimierza Kacpra Cieciszowskiego. Public domain. 2. Nagrobek Cieciszowskiego w katedrze Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Łucku. Fot. Anatol Olich.