Pamiętniki wołyńskiego świętego. Ówczesny stan Rosyi Tekstem w poprzednim numerze, poświęconym biskupowi Kacprowi Cieciszowskiemu, sfinalizowaliśmy przegląd tej części «Pamiętników» świętego Zygmunta Szczęsnego Felińskiego, którą umownie nazwać można wołyńską. Jednak w tej publikacji jest wśród innych jeden rozdział, którego po prostu nie da się pominąć. Nazywa się «Ówczesny stan Rosji». Mimo że obserwacje biskupa Zygmunta Szczęsnego Felińskiego liczą ponad półtora wieku, rozdział ten nie stracił na aktualności. Wspomnienia świętego bardzo współgrają z teraźniejszością, wydaje się, że pod wieloma względami rozdział ten można nawet nazwać: «Współczesny stan Rosji». Ogólną sytuację w Imperium Rosyjskim ilustrują także barwne opowieści wplecione we wspomnienia. Zrównać się z Zachodem Jeżeli wewnętrzny stan rzeczy w prowincjach polskich pod zaborem rosyjskim od czasu mego dzieciństwa rdzennej uległ zmianie, to niemniej uderzającym jest to przeistoczenie, jakie w tymże czasie dokonało się w łonie naszych ciemięzców, z tą jednak różnicą, iż przemiana ta dokonywała się tu i tam w całkiem odwrotnym kierunku. Jeśli głównym charakterem reformy w obozie polskich patriotów jest coraz jaśniejsze uznanie win i błędów własnych w przeszłości, i stąd pokorniejsze wyobrażenie o swej sile i o swych zasługach; to u patriotów rosyjskich zarozumiałość i pewność siebie wzrosły do tak potwornych rozmiarów, że już nie przeraża, ale śmieszy bezstronnych sędziów. Nawet w pierwszej połowie panowania Mikołaja I Rosja czuła się niższą pod każdym względem od zachodniej Europy i cała jej ambicja ograniczała się do chęci zrównania się z dawniej ucywilizowanymi narodami. Naśladownictwo i zapożyczanie cywilizacyjnych żywiołów na Zachodzie było na porządku dziennym we wszystkich gałęziach życia publicznego, począwszy od religii, aż do najdrobniejszych wyrobów krajowego przemysłu. Ani rząd, ani duchowieństwo nie stawiali nigdy wiary swojej wyżej od katolickiej; co najwyżej twierdzili, że to wszystko jedno; jeśli zaś szerzyli swój prozelityzm, to jedynie ze względów politycznych, ze stanowiska zaś zbawienia uważali Kościół rzymski za równie bezpieczny port wieczności, jak i prawosławie, które zresztą za mojej już pamięci trzy razy oficjalną nazwę zmieniało. W początkach jeszcze panowania Mikołaja I (został cesarzem w grudniu 1825 r. – A.O.), religia państwowa zwała się oficjalnie błahoczestywą, następnie grecko-rosyjską, a nareszcie prawosławną. Duchowieństwo prawosławne nie gniewało się nigdy za tytuły pożyczone od kleru łacińskiego: biskup, kanonik, ksiądz, własne zaś: archirej, pop, użyte w polskiej mowie, poczytano za lekceważenie, a nawet za pogardę. Niższość naukowa Pod względem naukowym uznanie swej niższości w stosunku do Zachodu było tak bezwarunkowe, że wszystkie dzieła specjalne, w każdej gałęzi wiedzy, nie wyłączając nawet podręczników szkolnych, były albo tłumaczeniem, albo przeróbką prac cudzoziemców. W wyższych naukowych zakładach znaczna część katedr obsadzona była przez obcej narodowości profesorów, rodowity zaś Rosjanin nie mógł zasiąść na uniwersyteckiej katedrze, póki nie spędził przynajmniej dwóch lat na studiach specjalnych za granicą. W szkole inżynierów cywilnych, założonej przez Aleksandra I, sami tylko Francuzi byli profesorami i w ojczystym języku swoim wszystkie przedmioty wykładali. Język francuski był wówczas nie tylko dyplomatycznym ale też i salonowym językiem, dokładna zaś znajomość jego uważaną była za tak konieczny warunek dobrego wychowania, że nie tylko niewłaściwe obroty mowy, ale nieparyska nawet wymowa piętnem gbura cechowała najbardziej wykształconego skądinąd Rosjanina. O samoistności w nauce nikt nie śmiał nawet marzyć, za najwyższy sobie zaszczyt poczytując śledzenie za rozwojem umiejętności na Zachodzie. Podrobiona dewizka A cóż i mówić o przemyśle krajowym, który nie mając jeszcze żadnej pretensji do zrównania się z wyrobami zagranicznymi, nawet polskiemu przemysłowi chętnie pierwszeństwo przyznawał. Wyroby krajowe w takiej były poniewierce, że rosyjscy fabrykanci, pragnąc choć oszukaństwem towarom swoim większy zapewnić odbyt, fałszowali godła firm zagranicznych, by niedoświadczonych omamić. Sam cesarz Mikołaj I, który po wojnie węgierskiej (chodzi o stłumienie rewolucji węgierskiej w latach 1848–1849 – A.O.) z taką pogardą odzywał się o zgniłej cywilizacji zachodniej, w początkach swego panowania dumny był, jeśli przemysł rosyjski pod jakimkolwiek względem mógł mierzyć się z zagranicznym. Kiedy ambasador angielski zjawił się raz u dworu ze stalową dewizką u zegarka, niezmiernie kunsztownego wyrobu, cesarz prosił go, by mu na czas krótki cacko to zostawił. Wezwawszy następnie ministra dworu, polecił mu wyszukać najzdolniejszego ślusarza i kazać mu wedle danego modelu zrobić taką samą dewizkę. Imitacja tak doskonale się udała, że na oko niepodobna było rozróżnić wzoru od naśladownictwa. Uradowany cesarz, spotkawszy znowu ambasadora, położył na swej dłoni obie dewizki i kazał właścicielowi poznawać swoją. Zagadnięty wziął od cesarza oba łańcuszki, nie przypatrując się im nawet, a zbliżywszy się do płyty kamiennej, przy kominku umieszczonej, cisnął na marmur z całej siły trzymane w ręku dewizki. Imitacja rozprysła się na drobne sztuki, wzór zaś angielski pozostał cały. Wówczas tryumfujący ambasador podniósł swoją dewizkę, a ukazując ją zawstydzonemu monarsze, rzekł: «Oto moja»; potrącając zaś nogą szczątki imitacji, dodał: «a to waszej cesarskiej mości». Upokorzyło to cesarza, wstrzymał jednak oznaki oburzenia, gdyż nie był jeszcze całkiem zaślepiony. Samouwielbienie Rosjan Dopiero pokonawszy Węgry i postawiwszy na nogi zagrożoną Austrię, tak dalece wzrósł w zarozumiałość, że nietylko pod względem militarnym, ale i pod każdym innym sądził, że wyżej stanął od państw zachodnich, które lekceważyć sobie począł. Za przykładem monarchy poszedł też i naród cały, tak wysoko trzymając o swej potędze i swym narodowym geniuszu, że świat cały przekształcić na swą modłę zapragnął, zapożyczoną zaś z Zachodu przez Piotra Wielkiego cywilizację nie wahał się nazwać zatruciem ducha narodowego i opóźnieniem normalnego rozwoju własnej cywilizacji. To czapka cudzoziemska, wołali Słowianofile, którą wtłoczono na głowę naszego narodu, nie bacząc na to, że ona krępuje samorodny jego geniusz. Trzeba ją zrzucić i zdeptać nogami, a wówczas dopiero geniusz ten swobodnie rozwinie skrzydła i wznieci w takie wyżyny, na jakie zgrzybiały duch Zachodu nigdy podnieść się nie zdoła. Wówczas to zjawiły się owe teorie, wykazujące rzekomo wyższość bezwzględną Rosji nad Europą: ona jedna, utrzymywano, przechowała pierwotny, synodalny ustrój chrześcijańskiego Kościoła, spaczony na Zachodzie przez ambicję papieży: ona jedna pojmuje należycie pierwiastek pochodzącej od Boga władzy, który na Zachodzie tak bardzo został zapoznany; ona jedna nie skaziła rodzinnego stosunku gminy, pozostawiając wspólną własność ziemi, podczas gdy na Zachodzie przez parcelowanie ziemi wyrodziło się potworne sobkowstwo; ona jedna wreszcie zachowała surowością życia ów hart pierwobytny młodzieńczych narodów, co w zapasach orężnych daje Rosji stanowczą przewagę nad zniewieściałym Zachodem. Wojna krymska (1853–1856 – A.O.) sprowadziła wprawdzie pewne rozczarowanie pod tym ostatnim względem, przypisawszy jednak swe niepowodzenie z jednej strony przewadze liczebnej europejskiej koalicji, z drugiej zaś wyższości zagranicznego uzbrojenia, powrócono wkrótce do dawnego optymizmu, a nawet spotęgowano go jeszcze więcej, tak, że dziś wszystko co rosyjskie, już jest przez to samo doskonałe, nawet Iwana Groźnego nie wahają się podnieść do ideału. W czasie jednak pobytu mego w Moskwie (pod koniec 1830 roku. Feliński studiował matematykę na Uniwersytecie Moskiewskim – A.O.), owe idee samouwielbienia zaledwie poczynały kiełkować, i to w szczupłych bardzo kółkach, ogromne zaś masy narodu miały się jeszcze same za ciemne i nieokrzesane, o duchowieństwie zaś swoim niższej przynajmniej biurokracji wielce niekorzystne mieli wyobrażenie, oparte niestety nie na przypuszczeniach, ale na niewątpliwych faktach, powtarzających się codziennie. Chciwość i pijaństwo stanowiły tak powszechną narodową wadę, że nie tajono się nawet z tymi skłonnościami, posuwając środki nabycia do takiej bezczelności, o jakiej cywilizowane społeczeństwa pojęcia nawet nie mają; tych zaś krzyczących nadużyć sprawcy ich nie tylko się nie wstydzili, lecz sami przechwalali się nimi owszem, na dowód niepospolitego sprytu swojego. Jak kwartalny kuma «uratował» Będąc na trzecim kursie, zamieszkałem z kolegą w domu niezamożnej mieszczanki, która wyszła za kwartalnego, tj. urzędnika policji najniższej kategorii. Otóż ów stróż publicznego porządku opowiadał mi w rodzaju przechwałki, że gdy piastował podobny urząd w guberni Permskiej, miał tam serdecznego przyjaciela w osobie zamożnego kupca, handlującego zbożem, którego zwał kumem, gdyż trzymał do chrztu jego syna. Dowiedziawszy się, że ów kum sprzedał partię pszenicy za kilkanaście tysięcy rubli, uradowany przyjaciel pospieszył powinszować mu tak dobrego interesu, po paru zaś kieliszkach okowity, kiedy obaj w różowym byli humorze, gość rzekł czule do gospodarza: «Szczęśliwy jesteś kumie, że masz takie skarby we własnej szkatułce. Nigdy w życiu nie widziałem tak wielkiej sumy pieniędzy; niezmiernie też wdzięczny ci będę, jeśli mi pozwolisz choć popatrzeć na taką kupę asygnat». Gdy połechtany w swej próżności kupiec otworzył swą szkatułę, przyjaciel spojrzał na nią chciwym wzrokiem, następnie zaś, załamując ręce, zawołał z udanym przerażeniem: «Oszukano cię haniebnie, mój biedny kumie! Wszak tu więcej jest fałszywych niż prawdziwych asygnat. Nie rad bym cię narażać na więzienie i kilkuletni może proces, ale jako urzędnik koronny, co zaprzysiągł wierność cesarzowi, nie mam prawa zamilczeć zrobionego odkrycia: muszę cię aresztować i razem z fałszywymi pieniędzmi wydać cię sądowi». To mówiąc, stróż publicznego porządku począł gatunkować asygnaty, rozkładając je na dwie kupy: «Te, rzecze, są prawdziwe, a tamte podrobione». Wtajemniczony w cały plan swego pryncypała jego sekretarz, przyniósł wnet podróżną jego tekę, z której właściciel wyjął dużą kopertę, lak i urzędową pieczęć, a zapakowawszy podejrzaną część pieniędzy do koperty i opieczętowawszy należycie, zamknął pakiet do szkatułki, polecając struchlałemu od strachu gospodarzowi, by się niezwłocznie gotował do podróży. Zrozpaczony kupiec rzucił się mu do nóg, błagając o litość, urzędnik zaś, niby go pocieszając, powiększał jeszcze jego trwogę: «Przecie, powiadał, sam asygnat nie robiłeś i możesz wskazać osoby, od których je otrzymałeś, one przeto zostaną uwięzione, a choć was może potrzymają lat parę w turmie, prawda musi się wreszcie wykryć, sprawców fałszerstwa ukarzą a niewinnych uwolnią». – «Ależ ja, zawołał lamentującym głosem kupiec, nie jestem w stanie zeznać pod przysięgą, od kogo którą asygnatę otrzymałem, zgniję więc w więzieniu. Zlituj się więc nade mną kumie i ratuj póki czas». Policjant obejrzał się z obawą dokoła, jakby się lękał być podsłuchanym, a zniżając głos do szeptu, wymówił na ucho kupcowi te słowa: «Jeśli mi przysięgniesz, że tajemnica pójdzie z tobą do grobu, to ja mogę cię uratować: spalę fałszywe asygnaty i cicho sza! Ale pamiętaj, że gdybyś się wygadał, zgubiłbyś i mnie i siebie». Uszczęśliwiony kupiec, jak gdyby mu największą wyświadczono łaskę, zaprzysiągł na wszystkie świętości, że nigdy i przed nikim tajemnicy nie zdradzi, udobruchany zaś policjant otworzył tekę i wyjęty z niej pakiet do palącego się pieca wrzucił. Była to naturalnie inna, podobnież opieczętowana koperta, paczka zaś asygnat, z których ani jedna nie była fałszywa, pozostała własnością oszusta. (Ciąg dalszy nastąpi). Opracował Anatol Olich Na zdjęciach: 1. Strona tytułowa pierwszego tomu «Pamiętników ks. Zygmunta Szczęsnego Felińskiego, arcybiskupa warszawskiego», Kraków, 1897 r. Public domain. 2. Brytyjska karykatura na rosyjską cesarzową Katarzynę ІІ «Sen cesarzowej Katarzyny». Public domain.