Cukiernikiem to ja już nie zostanę W przeróżnych mediach społecznościowych, kolorowych pisemkach dla gospodyń domowych oraz mniej lub bardziej dziwnych portalach tzw. celebryci z wielkim upodobaniem pokazują się z rondlem w jednej, a patelnią w drugiej ręce. Z namaszczeniem opowiadają o swoich wyczynach kulinarnych, rozumnie przez siebie (własnorozumnie) spreparowanych wspaniałych przepisach np. na pączki z tofu, po prostu palce lizać, albo chlebek z kiełków fasolki, niebo w gębie, której nazwę trudno nawet wymówić. Przy tym owi znamienici ludzie zachęcają do naśladowania ich działalności w kuchni i jako potwierdzenie znakomitego wpływu na zdrowie własnych wyrobów prezentują swoją aksamitną skórę, bujne owłosienie głowy oraz chwalą się niezwykłą tężyzną ciała i umysłu. Myślę więc sobie, czemu i ja nie miałabym zabrać głosu w tak powszechnej, a znacząco ważnej sprawie jak gotowanie. Ponieważ jednak nikim znanym nie jestem, przeto moje, nawet najlepsze, przekazywane z pokolenia na pokolenie przepisy, psa z kulawą nogą interesować by tylko mogły, więc podzielę się jedynie osobistą refleksją, dlaczego w tym życiu cukiernikiem raczej nie zostanę. Nie obchodzę kuchni szerokim łukiem i gotować, jak wielu ludzi, lubię i umiem. Eksperymenty kulinarne, nawet te, które z sufitu pochodzą, jako rasowemu fizykowi, nie są mi obce. Łączenie smaków i przypraw w daniach obiadowych porusza we mnie niezwykłe struny. Zapach imbiru, gałki muszkatołowej, goździków, cynamonu, tymianku, oregano, bazylii… Ach. Dalekie i bliskie kraje, drogi bezkresne ziołami porośnięte, orientalne i egzotyczne potrawy. Dania przeróżne, które podniebienie mile łechcą, a kubeczki smakowe wprowadzają w stan prawdziwego uniesienia kulinarnego. Jednakże do pełni mego amatorskiego, kucharskiego szczęścia brakuje umiejętności przyrządzania ciast i tortów przepysznych. Moją pierwszą próbę zmierzenia się z wyprodukowaniem słodkiego deseru oparłam na gotowym półprodukcie o wdzięcznej nazwie «babka faworytka». Według przepisu trzeba było tylko zawartość opakowania wymieszać z mlekiem i jajkiem, wsadzić do piekarnika, aby po upieczeniu i wyjęciu z foremki wszystkich zgromadzonych wprawić w osłupienie. Tak też się stało. Takiego zakalca świat nie widział. Można nim było spokojnie gwoździe wbijać. Niezrażona pierwszym podejściem zabrałam się ochoczo za przygotowanie popularnego i ponoć wszystkim się udającego ciasta «karpatka ». Krem nawet smaczny i bez grudek czekał sobie spokojnie w miseczce na rosnące mączne góry. Mógłby sobie tak czekać do końca świata i jeden dzień dłużej, ponieważ to coś, co ujrzało światło dzienne, gdy temperatura w piecu opadła, wielkością i konsystencją przypominało gumową packę na muchy, a nie dumnie wznoszące się ku niebu Karpaty. Po tych niezwykle «udanych » próbach cukierniczych, ze zrozumieniem dla swej nieudolności piekarniczej, zawiesiłam fartuch «ciastkarski» na kołku wspomagając się przy szczególnych okazjach wyrobami prawdziwych cukierników. A morał z tej opowieści jest taki, iż nie należy na siłę brnąć w coś, co nam zupełnie nie wychodzi i o czym nie mamy bladego pojęcia. Kolorowe pisemka, czyli gazety o banalnej, nieskomplikowanej treści. Z namaszczeniem coś mówić lub robić oznacza, że jest to czynione z wielką uwagą, dokładnie. Własnorozumnie (neologizm autorki w znaczeniu: rozumnie przez siebie) – znaczy, że ktoś wymyślił coś samodzielnie. Palce lizać i niebo w gębie – powiemy tak, gdy coś jest wyjątkowo smaczne. Aksamitna skóra, czyli bardzo delikatna, zadbana, zdrowa. Psa z kulawą nogą nie obchodzi oznacza, że coś albo ktoś nie interesuje absolutnie nikogo. Obchodzić coś lub kogoś szerokim łukiem, czyli unikać, stronić od wszelkich kontaktów. Brać coś z sufitu – zmyślać coś, lub podawać nieprawdziwe informacje. Wprawić w osłupienie, czyli zaskoczyć, zadziwić. Zawiesić coś na kołku oznacza zaprzestanie wszelkich działań w danej sprawie. Nie mieć bladego pojęcia, czyli nic a nic nie wiedzieć na dany temat. Gabriela WOŹNIAK-KOWALIK, nauczycielka skierowana do Łucka i Kowla przez ORPEG