Wołyńska mozaika losów (ciąg dalszy wspomnień Wołynian, wybranych ze zbiorów Katedry Filologii Polskiej Wołyńskiego Narodowego Uniwersytetu Łesi Ukrainki w m. Łucku, początek w nr 1/2010). Opowieść Fedoniuk (Dziaduk) Katarzyny, córki Bazyla, urodzonej w 1910 r. na Chełmszczyźnie; wspomnienia zapisała ze swojej pamięci jej wnuczka w 2008 r.: “Żyliśmy bardzo biednie. W rodzinie było sześcioro dzieci. Nie mieliśmy pola i nie mieliśmy gospodarki. Trzeba było jakoć rodzinę wyżywić. Wszyscy wynajmowali się do Polaków i Żydów, jacy byli w mieście Lubomlu. A jeszcze wyjeżdżali do Rosji. Jak i dlaczego, nie pamiętam. Dobrze jednak pamiętam jak, gdy miałam 6 lat, tato wzięli mnie i Baśkę, siostrę moją starszą, i poszliśmy do Chełma. Tam zostawił mnie na służbie u Polaków. Polak obiecał za pracę przez lato ziarno i odzież dla mnie. Ale nie tak było tak jak obiecał. Pasłam dwie krowy. Pamiętam, krowy gnaliśmy wąską ścieżką pomiędzy żytami. Polak pomagał wyganiać i zaganiać. Śniadania nie dawali i na południe nic nie dawali. Cały czas bardzo chciało się jeść. Jak przygonię krowy z rosy, to dadzą kwartę zupy lub barszczu. Jak zjem, to idę muchy od krów odganiać, dopóki Polka doi. I tak każdego dnia. Do obiadu chce się jeść, że aż płaczę. Co raz, jak gnałam z rosy, to Polak przychodził podganiać, bo dookoła zboże. Raz go bardzo długo nie było. To sama zajęłam się krowami i pognałam do domu. Krowy pobiegły w żyto, Polak zobaczył i bardzo krzyczał. Dopasłam do jesieni i porzuciłam. Przyszedł tata a ja płaczę i proszę go: „Zabierzcie mnie, tato, do domu!” Nie dał Polak nic, choć obiecał dać odzież i zboże. Przyszliśmy pieszo do domu. I siostrę też zabraliśmy. Ona opowiadała, że jej było lepiej. Nie była głodna. I odzież taką-siaką dali jej do domu. Minęła zima. Wiosną znów ten sam Polak przyjechał: „Gdzie Kasia? – pyta się. Już wiedziałam, że on po mnie jedzie. Żeby nikt nie widział, uciekłam do swojej babci i schowałam się do stodoły. Tak tym latem nie poszłam do Chełma. W domu wynajęli mnie gęsi paść. A następnego roku przyjechała pani i zabrała mnie do siebie pomagać. Miała taką samą córkę, jak ja, która zmarła na chorobę. To u tej pani było mi dobrze. Odzież mi różną dawali, szkodowali mnie. Ale wszystko jedno - do domu, do tata i mamy chciało się. Przyszedł tato za pół roku za mną, a państwo nie chcą mnie oddawać. Mówią, niech nam za córkę będzie. Lecz ani ja, ani tato nie zechcieli, chociaż i dobrze mi tam było”. Opowiada Ilczuk (Lipicz) Anna, córka Iwana, urodzona w 1929 r., Ukrainka, prawosławna chrześcijanka, wykształcenie początkowe, urodziła się na chutorze Jasinowica obok wsi Pidcyrja rejonu kamiń-kaszyrskiego, w województwie wołyńskim; zapisała Ilczuk O. w 2008 r.: „Na chutorze było tylko trzy chaty: jedna od drugiej metrów ze trzysta. Chutor był przy drodze na Hutę Kamieńską. (...) Przyszli jednego razu te to, goście leśne, banderowce. A ja na piecu leżę, a oni coś tam do ojca. Ojciec mówi: „Chłopcy, ja się boje, bo mała do szkoły chodzi, to jeszcze komu co powie, to przyjdą miejscowe naczelniki i przyplecą mi nie wiadomo co”. A oni przygrozili, że niech tylko komu powie. (...) Oczywiście [na chutorze chudobę – red.] trzymali, musieli coć trzymać, toż i jeść coś trzeba było, rodzina przecież wielka. Były i świnie, i kury. Ale chyba dawali coś wyhodować? Nie raz było: przyjadą na koniach, kurami worki wypchają, na konie powsiadają i jazda, a matka płacze. Cóż ona zrobi? A raz przyjechali ci “czerwoni”, partyzanci. Takie obrońce nasze diabielskie. I wieprza ze strzelby zastrzeliły, za łapy go i ciągną, a maja matka tak-oto (na sobie pokazuje) koszule szarpnęła, piersi im nastawiła, na kolana kucnęła i mówi: “Strzelaj, zabij już i mnie! To u mnie dzieci drobnych…Czym będę karmiła?” A cóż im powiesz? Oni swoją sprawę dokonali, a ty jak chcesz. Ot tak i żyliśmy. (…) Niedaleko naszego chutora, gdzieś za kilometr, w lesie prosto w krzakach stała chata, i tam żyli Polacy. Familia Podwysoccy. Nie pamiętam, jak ojciec i matka się nazywali, a dzieci były: Leon, Franek, Czesiek, Kazik, Terka i jeszcze jedna, nie pamiętam, jak miała na imię i czy była ich siostrą, a mówiono do niej Cyńka. Ona była kaleką i chodziła na czterech, nu na kolanach łaziła, no i twarz, tak niby to do świnki podobną miała. Taka się urodziła. Potem jakoś ojca z matką ich pozabijali, czy Niemcy, czy partyzantka, Bóg wie kto. Zabili w lesie, wyryli jamkę i tam powrzucali ich, i zakopali oboje. Tam do tego czasu jest ta mogiła, jeszcze i ludzie tak teraz mówią, jeżeli gdzieś tędy, do lasu tego, to mówią: ”Do krzyżа”. А tо było akurat na święty wieczór Bazyla, to w nocy Czesiek z Terką przybiegli boso, płacząc, że mamę z tatą w jamce zakopali. To moja matka nakarmiła ich i już u nas spać położyła. Potem już jakoś oni wyjechali do Polski, a tę Cyńkę zostawili, to już matka moja pójdzie i jeść jej zaniesie, ale potem przyjechali i tędy ją zabrali. A Czesiek z Terką zostali się tutaj żyć i wyjechali do Huty-Kamieńskiej. Ale gdy już czasy trochę się uciszyły, to Terka ochrzciła się na Tatianę, a Czesiek – na Wjaczesława. W latach 1951 – 1952 jak Stalin kazał, to zaczęli ludzi z chat wyganiać, a kto był bogatszy, tego wywożono na Syberię, przyplatając mu związek z UPA. Z naszej rodziny wysiedlili siostrę. Ona mieszkała na chutorze Dubyck. Ją wywieziono do miasta wojewódzkiego, to ona tam była, dopóki „wódz ukochany” (Stalin) nie zmarł. Obłupiali wtedy chaty ludziom, dachy wtedy były ze słomy, to całkiem obdzierają, że pod otwartym niebem bierz i śpij. Jakoś do nas też przyszli, obłupili chatę i wygnali. To przebraliśmy się do wsi Pidcyrja. Pidcyrja nazywa się tak dlatego, że znajduje się na brzegu rzeki Cyr. Był sołtys, to już na wsi nie baliśmy się tak, jak na folwarku. A to nawet do szkoły baliśmy chodzić, tylko idziesz i myślisz, żeby cię nikt nie zobaczył. To tam po sąsiedzku mieszkali ludzie, na nazwisko Tarasiuki, to u nich niejako wynajmowali mieszkanie też Polacy. Familia Kurczyńscy. Mąż z żoną i siostra męża, Frania. To już tacy byli dobrzy ludzie, a ja to już tak tę Franię kochałam, że codziennie tędy biegałam, i oni do nas na wieczorki przychodzili. Potem wyjechali do Polski. Czy ich wygnano, czy wymagali jacyś krewni, nie wiem. (...) W te czasy cerkwi prawie nie było. W Kamieniu znajdowały się dwie cerkwie: Iljińska i Matki Przenajświętszej, ale Iljińska była nieczynna. I jeszcze był kościół, do którego chodzili Polacy. Razem (z Polakami – red.) obchodziliśmy Nowy Rok. Jeno nie 31 grudnia ale 13 stycznia, na Świętego Bazyla. I choinkę stawiliśmy. Zrobimy z papieru bombki a jakieś pierniku upieczemy i przystroimy”. Dobór materiału: H. Karaszczuk, O. Rogoza