Niemen. Wspomnienie Kiedyś usłyszałem, co najmniej dziwne, jak na tamte czasy zdanie, że «każde pokolenie ma swoją muzykę». Byłem jeszcze bardzo młody i taką «konstrukcję myślową» uznałem za niebezpieczną i prowokacyjną, ponieważ podważała mój cały, dotychczasowy pryzmat muzyczny. Trudno było się pogodzić z tym, że tak ciężko zdobyty muzyczny świat, przestanie być atrakcyjny nie tylko «generalnie», ale i mnie samego przestanie kiedyś kręcić. Z Wikipedii: Czesław Niemen, właściwie Czesław Juliusz Niemen-Wydrzycki (ur. 16 lutego 1939 w Starych Wasiliszkach, zm. 17 stycznia 2004 w Warszawie) – polski kompozytor, multiinstrumentalista, piosenkarz i autor tekstów piosenek. Lata 60 i 70 minionego stulecia w ZSRR nie specjalnie obfitowały w różnorodność muzyczną. Kilka kanałów telewizyjnych i radiowych totalnie wypełniało eter zdoktrynizowaną sowiecką muzyką rozrywkową. Nawet klasyka muzyczna sowieckich kompozytorów, dawkowana w tak olbrzymich ilościach była nie do strawienia. Małym okienkiem na świat stał się rock’n’roll «na kościach» (gramofonowe nagrania na wykorzystanych błonach rentgenowskich), a w latach 70. już można było kupić jazzowe płyty z Elinghtonem czy Ellą Fitzgerald. Szukaliśmy w tej muzyce wolności i indywidualizmu, ale jednak był to świat nierealny i syntetyczny. Nadal czegoś mi brakowało. Należało wypełnić odpowiednim budulcem powstałą mentalną dziurę, ponieważ rodzina mojej Matki nie mogła w pełni sprostać temu zadaniu. Wojna i sowieckie realia w brutalny sposób przerwały naturalny rozwój polskiej kulturalnej tradycji naszej rodziny. I nagle świat eksplodował wszelkimi kolorami polskiej kultury. Ewa Demarczyk i Marek Grechuta, Kasia Sobczyk, Karin Stanek, Czerwone Gitary i Skaldowie, NoToCo, Stan Borys, Maryla Rodowicz, Czerwono-Czarni, Tadeusz Nalepa i wielu innych młodych, gniewnych i znakomitych zagościło w naszym domu w Łucku. A sprawcą tej obfitości muzycznej w 1967 roku okazał się tranzystorowy radioodbiornik VEF12. Już nie byliśmy osamotnieni w swojej pseudosocjalistycznej egzystencji. Radio Warszawa natychmiast stało się członkiem naszej rodziny i dzielnie pełniło rolę kulturalnej pępowiny z Macierzą. Pamiętam, że pierwszym utworem, który usłyszałem w radiu było «Wspomnienie» Czesława Niemena. To było dla mnie również pierwsze spotkanie z polską poezją. Od tej chwili Niemen stał się moim muzycznym guru, a ja nazywałem go starszym bratem. Był bardzo «swój», kresowiak ze Starych Wasiliszek. Nigdy nie myślałem, a nawet nie marzyłem o tym, że dane mi będzie kiedyś się z nim spotkać i porozmawiać, uścisnąć jego dłoń. On był daleko, w Polsce, za żelazną miedzą – a tędy nie wolno, a wam się to nie należy. Luty 2004 roku. W Łucku zimno mokro i brzydko. Przypadkowo spotkałem na ulicy Polaków – poznałem po nadbużańskim akcencie. Okazało się, że delegacja z Zamościa. Ubrani zbyt optymistycznie jak na wołyńską «chlapę», pytali gdzie można wymienić złotówki. Zaprosiłem ich do naszego Stowarzyszenia Kultury Polskiej na herbatę. Po drodze wstąpiliśmy do pobliskiej apteki po kilka flaszek «Wigoru» (wyłącznie w leczniczym celu). Szybko zaparzona herbata i pierwszy toast – «…no to za…» . Wypijmy za Niemena – zaproponowałem – jeszcze niedawno był wśród nas. – Znacie tu Czesia? - zdziwili się. Wrocław 1976 roku dla 20-letniego chłopaka był wszystkim – całym światem, a jednocześnie takim swojskim miejscem na ziemi. Był przedłużeniem kochanego Lwowa, kusił wolnością i letnią przygodą. Pod «Monopolem» od razu zaprzyjaźniłem się z artystami, szybko też zacząłem malować i sprzedawać razem z nimi swoje wrocławskie pejzaże i martwe natury. Sprzedane czy nie – wieczorem wszyscy szliśmy do «Pałacyka» na disco czy dobry jazz. «Cześć, jestem Jurek. Ciocia mówiła, że przyjechałeś ze Lwowa. Mów mi kuzyn». Pytał o Wołyń, Lwów i Rodzinę. Rozmawialiśmy o sztuce i muzyce, o dziewczynach i «pie***j komunie». Opowiadałem o tranzystorze VEF, ponieważ dziwił się, że ja mocno «siedzę w temacie». «Jestem akustykiem u Niemena – powiedział – za parę dni Czesio będzie we Wrocławiu, możesz przyjść na próby». Niemen nie pytał mnie o komunę, nie rozmawialiśmy o muzyce. Pytał o Wołyń i Lwów. Lwów 1977, koniec stycznia. Ostatni koncert Niemena we Lwowskiej Operze. Wczoraj pojechaliśmy z Czesławem do Orląt – na Łyczaków. W «tromwaju» było zbyt tłoczno, wyszliśmy dwa przystanki przed Cmentarzem. Mieliśmy rację – szli za nami do samego Cmentarza, a później krążyli za nami między grobami. «Wiesz, nie ryzykujmy. Chcę kiedyś jeszcze raz przyjechać do Lwowa» – powiedział. Pokazałem mu dyskretnie z dala ruiny Cmentarza Orląt i wróciliśmy. Na widowni było ciepło i pełno ludzi. Ktoś w loży palił papierosy. Znajome twarze, dużo braci-studentów. Przyszło «pół Lwowa». Kolega fotografik biega za kurtyną i robi z bliska zdjęcia «Zenitem». Niemen za syntezatorem. Ostatni utwór: «Jednego serca! tak mało mi trzeba… – wszyscy wstają i śpiewają razem – a jednak widzę, że żądam za wiele…» Walenty WAKOLUK Autor zdjęć – Oleksij IUTIN , Lwów, 1977 PS: Dziwny jest ten Świat, Czesławie, ale nadal nas kręci. Dziękuję Ci za to, że byłeś z nami.