Wspomnienia Zygmunta Wirpszy z Wołynia, Syberii i Kazachstanu Profesor Zygmunt Wirpsza, urodzony w 1928 r. w Równem, syn Olgierda Wirpszy, któremu Tetiana Samsoniuk poświęciła szkic biograficzny w rubryce «Ocaleni od zapomnienia» (nr 3 od 1 lu­ tego 2018 r.) podzielił się z naszymi Czytelnikami swoimi wspomnieniami. Opublikujemy je na łamach Monitora Wołyńskiego w kilku odcinkach. Pierwszy fragment wspomnień nosi tytuł «Wołyń». Nazywam się Zygmunt Wirpsza, syn Olgierda i Walentyny z Zabiełłów Wirpsza, urodzony 25 maja 1928 r. w Równem na Wołyniu. Dziad mój, Dominik Wirpsza, pochodził z Nowogródczyzny (obecnie Białoruś), a dalsza rodzina prawdopodobnie ze szlachty litewskiej, przybranego z Polski przez Jagiellonów herbu Odrowąż. Na ojca (i stryja) sygnecie widniał znak herbowy: podkowa, w niej wąż, a nad nią korona pięciopałkowa. Matka ojca miała 12 dzieci. Matka mojej matki, Wiktoria, była domorosłą poetką i miała sześcioro dzieci. Jej ojciec Adam Zabiełło pracował 30 lat w cukrowni w Żytyniu w pobliżu Równego. Po wytyczeniu granicy polsko-sowieckiej w 1921 r. dziad Dominik ściągał swe dzieci do Polski. Wrócili wszyscy oprócz jednego, Władysława, który ożenił się i pozostał w Świerdłowsku (obecnie Jekaterynburg). Ojciec, Olgierd Wirpsza, powrócił do Równego z Samarkandy i Kokandy w Uzbekistanie, gdzie służył w wojsku i gdzie miał narzeczoną. Z nim do Wołynia powrócili bracia Jan i Kazimierz oraz siostry Anna (Anula), Zofia i Maria. Anna wyszła za mąż za Wojciecha Wojciechowskiego i miała z nim jedną córkę Anulę (obecnie mieszka w Katowicach), a Maria wyszła za Popławskiego, z którym nie miała dzieci. Popławski pożyczył memu ojcu pieniądze, za które ten założył sklepy w Równem, Ołyce i Zdołbunowie. Sklepy spożywcze w Ołyce i Zdołbunowie prowadzili Jan i Kazimierz. Ojciec prowadził w Równem największy sklep rolniczy oraz sklep spożywczy, którym zajmowała jego siostra Zofia. Dochód z prowadzonych przez siebie sklepów ojciec dzielił po połowie z kuzynem Popławskim. Zofia Wirpsza wyszła za mąż za Adamowicza, z którym miała syna i córkę, a po jego śmierci wyszła za Borkowskiego, z którym miała dwóch synów i córkę. Mieszkaliśmy w Równem przy ul. Jagiellońskiej, w drewnianym, parterowym domu z poddaszem, w jednym budynku połączone były trzy mieszkania z ogródkami, ogrodzone, z dużym wybrukowanym podwórzem. Zostały one wynajęte od właściciela-Żyda. Początkowo mieszkaliśmy w mniejszym z mieszkań (dwa pokoje z kuchnią), później w większym (trzy pokoje z kuchnią). Z tego czasu pamiętam oszkloną werandę, a na niej gąsiory z winem porzeczkowym i wiśniówką. Przez pewien czas mieliśmy pieska-jamnika, który wabił się «Żarcik». Dzieci tak mu się naprzykrzały, że pewnego dnia uciekł przez uchyloną furtkę i ślad po nim zaginął. Mieliśmy dużą rodzinę. Gdy wszyscy zbierali się z jakiejś okazji, to spaliśmy pokotem na podłodze. Co jakiś czas jeździliśmy na majówki do lasu, początkowo drabiniastym wozem, a później służbową ciężarówką. Na końcu ulicy Jagiellońskiej była duża pompa ręczna, z której wodę nosił barczysty Żyd-woziwoda, a za nią bazar spożywczy. Przez ścianę z nami mieszkał policjant Zawistowski z żoną Nadzieją i synem w moim wieku – Wackiem. Z Nadzią i Wackiem przeszliśmy potem razem przez całą Syberię. W Równem przeszedłem całą szkołę powszechną. W szkole powszechnej należałem do harcerstwa. Chodziliśmy na wycieczki po lasach (np. do Gródka). Zastępowym był druh Sławecki. Do nazwisk, które pamiętam ze szkoły powszechnej należą: Sławecki, Roch, Papuga, Hoćko, Bronsztajn, Weksztajn. Około 1935 r. szkołę elektryfikowano i stawiano słupy telegraficzne, które układano na podwórzu szkolnym. Podczas przepychanki chłopcy natoczyli mi taki słup na dłonie, a palce obu dłoni pogruchotali. Rekonwalescencja wymagała przeciągnięcia drutów przez opuszki mych palców, trwała kilka miesięcy i była bardzo bolesna. Na szczęście dłonie i palce pozostały w pełni sprawne. Po szkole uczęszczałem do biblioteki powszechnej i zaczytywałem się w wypożyczanych książkach. Przez pewien czas, zobligowany przez matkę, chodziłem na nabożeństwa majowe i służyłem do mszy jako ministrant. Po ukończeniu szkoły powszechnej, w lipcu 1939 r., uczęszczałem na kurs dokształcający w Beresteczku, przygotowujący do gimnazjum. Do gimnazjum w Równem poszedłem już podczas wojny. Wakacje spędzaliśmy zawsze w pięknej wsi Chodosy nad Horyniem, ok. 10 km od Równego, zatrzymując się u kolegi ojca, osadnika Gorczyńskiego. Miał on żonę Ukrainkę i syna Mirosława w moim wieku, z którym bawiliśmy się razem. Okolica była piękna. Gdy zjechało się nas kuzynów wielu, to nocowaliśmy w stodole na sianie. W kuchni było aż czarno od much, które siedziały na ścianach. Nie pomagały ani lepy, ani pułapki mleczne. W ubikacjach drewnianych na polu przewalała się w gnoju hurma glist, z których lęgły się oczywiście te muchy. Ubikacji domowych nie było. Obok zabudowań gospodarczych założyła sobie gniazdo wielka kolonia szerszeni, które omijaliśmy dalekim łukiem. Na łańcuchu zawieszonym na długim drucie biegały dwa psy, dość przyjazne. Na zboczu pomiędzy gospodarstwem a rzeką był duży sad (jabłonie, grusze i wiśnie) dzierżawiony przez ogrodnika-Żyda. Do kąpieli chodziliśmy na plażę za łąką. Woda w Horyniu była kryształowo czysta. Kilka razy widzieliśmy przepływające ogromne ryby. Słyszeliśmy, że w głębinie rzeki zdarzały się takie, co chwytały i zjadały kaczki. Na zakręcie Horynia była Biała Góra, spod której biły krystaliczne, zimne źródła. Od czasu do czasu chodziliśmy do tych źródeł po najczystszą wodę. Czasem chodziliśmy też na wieś do znajomych chłopów na zsiadłe mleko (przechowywane na sznurze w głębokiej studni aby było zimne) i na «pampuszki» (pączki) z chlebowego ciasta z czosnkiem. Coroczne wakacje w Chodosach bardzo wbiły mi się w pamięć. Na początku września 1939 r. obok ogrodu mego domu wykopano rów przeciwlotniczy, który jednak okazał się niepotrzebny. Odbył się wówczas tylko jeden nalot na Równe: obok naszej ulicy spadła jedna bomba, wyrywając duży lej w ulicy. Potem do Równego weszło wojsko sowieckie i pojawiły się kolejki po żywność. W szkole zaczęto uczyć rosyjskiego. Na wiosnę 1940 r. do naszego mieszkania wprowadził się sowiecki porucznik, a my musieliśmy wyprowadzić się do domu na przedmieściu. Aresztowano mego ojca – Olgierda. 13 kwietnia 1940 r. zabrali nas ciężarówką i przewieźli na stację kolejową, gdzie załadowali do wagonów bydlęcych. Śniegi były ogromne, ludzie musieli przekopywać drogę dla ciężarówki wąwozem śniegowym ponad dwumetrowej głębokości. Pociągiem w zamkniętych wagonach wieźli nas dwa tygodnie. Po drodze karmili nas zupą i poili herbatą, czasem i w nocy. (Ciąg dalszy w następnym numerze). Zygmunt WIRPSZA