Letas Palmaitis
Ruchy odrodzenia Prusów
(Mniej więcej na początku 2001 roku odnalazł mnie całkowicie nieznany mi przywódca miejscowej społeczności pruskiej, która powstała w Królewcu, o imieniu Glabbis)
Zaczynając mówić o Prusach, trzeba zrozumieć, co mamy na myśli. Wymienienie wszystkich skojarzeń związanych z nazwą „Prusowie” byłoby zbyt długą pracą. Ograniczę się do koncepcji, co do której mniej więcej zgadzają się wszyscy bałtyści: dawni Prusowie – jedno z zachodniobałtyjskich plemion, którego nazwa została uogólniona na sąsiednie plemiona zachodniobałtyjskie. Nie wiemy na razie, które plemię jako pierwsze nazywało się Prusami, być może nigdy się nie dowiemy.
Wszystkie plemiona zachodniobałtyjskie, które przynajmniej w czasach zakonu krzyżackiego nazywano Prusami, mówiły podobnymi dialektami, a te bardzo różniły się od dialektów wschodniobałtyckich – litewskiego i łotewskiego (łatgalskiego). Odkryte przez nas zabytki języka pruskiego ukazują trzy dialekty: (umownie) pomezański (obecna polska część byłych Prus Wschodnich w okolicach Kwidzyna / Kvėdina – Elbląga) oraz dwa dialekty sambijskie, w których napisane są pruskie katechizmy: Pierwszy (I, jeden dialekt), Drugi (II) i Trzeci (III, oba – inny dialekt). Różnica między dialektami sambijskimi nie jest bardzo duża (Katechizm I odzwierciedla długie ē, II i III mają w jego miejscu niemal wszędzie długie ī). Jednak wszystkie dialekty sambijskie bardzo różnią się od dialektu pomezańskiego, który, moim zdaniem, odpowiada „prawdziwemu” językowi pruskiemu, a dialekty sambijskie – językowi pruskiemu pod wpływem Jaćwingów (jeśli nie po prostu językowi Jaćwingów).
Próby „ożywienia” języka pruskiego (mam podstawy sądzić, że ostatecznie zamilkł dopiero w XVIII w.) miały miejsce dawno temu. Kiedy w XX w. rozpoczął się renesans narodów bałtyckich, niemieckojęzyczni romantycy z Prus Wschodnich zaczęli marzyć o włączeniu ziem pruskich do konfederacji bałtyckiej, pojawiły się próby pisania w „języku pruskim”. Dla osoby niemieckojęzycznej jest to trudne zadanie, ponieważ struktury języków bałtyckich i germańskich znacznie się różnią. W języku niemieckim deklinacja jest bardzo uboga i nie ma żadnego podobieństwa w obszarze czasownika, na którym można by się oprzeć, aby zrozumieć bałtycki czasownik. Badania naukowe nad językiem pruskim zostały w tym czasie już podsumowane publikacjami dawnych zabytków, słownikami sporządzonymi ze wszystkich katechizmów oraz włączonym do zabytków słownikiem dialektu pomezańskiego (tzw. elbląskiego) z przełomu XIII i XIV w. Romantycy, którzy nie mieli pojęcia ani o dialektach, ani w ogóle o językoznawstwie, pisząc „po prusku”, używali słów w poświadczonych formach (niemal nie starając się odtworzyć odmiany) z różnych źródeł. Na przykład „motina” w dialekcie pomezańskim brzmiałaby mōtē, a w sambijskim (II, III) – mūti. Oczywiście w jednym tekście ten sam dźwięk nie może występować w różnych postaciach, ale „ożywiciele” byli przekonani, że piszą po prusku. Bez wątpienia układali słowa tak, jak są ułożone po niemiecku. Podobne amatorskie próby znajdziemy do dziś. Żaden dawny Prus, gdyby zmartwychwstał, nie zrozumiałby takiego „języka”.
„Tolkemita”
W 1980 r. para pruskich wysiedleńców mieszkających w ówczesnej RFN – pastor luterański Gerd Kaufmann i dentystka Rutha Tolkmitt, założyła niemieckie stowarzyszenie pruskie „Tolkemita”. Cele „Tolkemity” początkowo były niejasne, choć cała ta społeczność starszych inżynierów i robotników była już zabarwiona desperacką nostalgią, która słabo pasowała do nadziei na rzeczywiste odtworzenie czegoś. Ponieważ tolkemitczycy podkreślali nieniemiecką przeszłość Prusów, patriotyczne organizacje wysiedleńców ignorowały ją, a nawet były jej wrogie. Gerd Kaufmann zasłynął tym, że odprawiał msze „po prusku” (patrz, co powiedziano wcześniej). Spośród innych bardziej znanych członków tej organizacji warto wspomnieć potomkinię szlachetnych staropruskich rodów Perband i Sklode (z tej ostatniej wywodziła się także Maria Skłodowska), Sigridę von Perbandt (później „nie przyjęła się” w „Tolkemicie”, będąc zbyt wyrazistą indywidualistką i jeszcze sympatyzując – o zgrozo! – z Polakami!), poetę, również potomka znanego od XIII w. pruskiego rodu Heinza Georga Podehliego (który, co zrozumiałe, pisał wiersze również „po prusku”) oraz wspaniałego oryginała (jedynego z nich żyjącego do dziś) urodzonego w Alenšteinie / Olsztynie unitę Güntera Krafta (później – Gunnara Skalwyna, jeszcze później – Güntera Krafta-Skalwyna, a teraz znowu Güntera Krafta). Ten ostatni jest głównym niemieckim językoznawcą pruskim (co prawda, do stowarzyszenia przyjęto także prawdziwego językoznawcę, potomka słynnego matematyka, dr. Wolframa Eulera, ale jego próby wyjaśnienia tolkemitczykom tajników języka pruskiego okazały się zbyt skomplikowane i został on przelicytowany przez Krafta). Kraft był pierwszym z romantyków, który zrozumiał, że język ma nie tylko słowa, ale także gramatykę. W przestronnym przedwojennym mieszkaniu w Zachodnim Berlinie, otoczony podręcznikami i słownikami języków litewskiego i łotewskiego, ochoczo zabrał się do pracy, mając niepokonaną wizję pozostania w historii jako ożywiciel języka pruskiego. Być może zrozumiał, że wymaga to większej wiedzy niż podręczniki, ale odrzucał tę myśl, ufając swojej intuicji i wiedząc, że czasu jest niewiele. Gdyby nie naprawdę niezwykły talent tego człowieka, cała jego praca byłaby na próżno. Trochę znając języki słowiańskie, nieźle orientował się w strukturze języków bałtyckich, na podstawie litewskich i łotewskich rdzeni stworzył setki egzotycznych słów, jak mu serce kazało, i zaczął publikować w „Tolkemicie” swoje gramatyki, słowniczki i nowe teksty. Odtworzona przez niego gramatyka dobrze pasowała do Katechizmu III, ale niestety powtórzył błąd swoich poprzedników: nie zdołał ujednolicić nawet dialektów pomezańskiego i sambijskiego, pozostawiając w pierwszych słowniczkach niespójne fonetycznie słowa. Ponadto w ogóle nie rozumiał pruskiego czasownika. Za najważniejsze osiągnięcie Krafta uważam jego liczne teksty, które, mimo poważnych wad językowych, są bardzo interesujące pod względem literackim i łatwo je poprawić. Ponieważ spójnymi zabytkami języka pruskiego są sambijskie katechizmy, język Krafta jest w istocie sambijski (po ukazaniu się naszych prac pospiesznie nazwał go „dialektem południowym” – nie wiedział bowiem, że dialekty południowopruskie raczej niewiele różniły się od dialektu pomezańskiego, za to znacznie różniły się od wyraźnie sambijskiego dialektu Krafta).
W 1987 r., z inicjatywy Letasa Palmaitisa, Jonasa Trinkūnasa i Henrikasa Samborasa, przy Litewskiej Fundacji Kultury utworzono klub „Prūsa”. Natychmiast nawiązał on kontakty z „Tolkemitą”. Od tego czasu rozpocząłem korespondencję z Kraftem i próby przekonania go do poprawienia zarówno gramatyki, jak i tekstów. Obawiając się, że zostanie prześcignięty przez swojego doradcę, Kraft rzeczywiście się postarał i około 1992–1993 roku dokonał reformy językowej. Owocem tej reformy jest wydany w 1994 r. prywatnym nakładem tolkemitczyka, pilota Bundeswehry Arnolda Dittricha, w Koblencji podręcznik „Altpreussisch neu – „Senoji prūsų kalba naujai” 134 strony. Większą jego część stanowi nieco poprawiony, ale nie do końca poddany wpływom sambijskim słownik, gramatyka z zaproponowanym przez Palmaitisa czasownikiem oraz kilka tekstów. Wiele tekstów wydano (typograficznie lub amatorsko) oddzielnie.
Praca Krafta nie znalazła użytkowników w Niemczech. Dla starszych niemieckojęzycznych Prusów nauka całkowicie niezrozumiałego obcego języka była ponad siły. Eksperyment Krafta mógłby wesprzeć co najwyżej „repatriant” z Kraju Kłajpedzkiego Gerhard Lepa (Lėpa), który w tym czasie przejął kierownictwo od Ruthy Kaufmann. Mówiąc płynnie po litewsku (z wyraźnym żmudzkim akcentem Litwinów), mając żonę Niemkę, która doskonale mówiła literackim językiem litewskim, i córkę, którą wysłał do gimnazjum im. 16 Lutego, Lepa nie tylko nie wsparł, ale wręcz zniweczył wysiłki Krafta. Nie wsparł, zapewne z powodu niechęci (lenistwa, braku zdolności) do nauki pruskiego, a zniweczył poprzez swoje usprawiedliwienie: zaczął głosić, że nie ma potrzeby uczyć się „dialektu sambijskiego”, gdy prawdziwym językiem pruskim jest obecny literacki język litewski, „skradziony” przez Litwinów Prusom (typowy błąd w rozróżnianiu etnicznych i terytorialno-administracyjnych Prusów). Według Lepy, prawdziwy język litewski to język wileński Konstantego Sirvydasa. A ten dialekt sambijski – to zupełnie nieważne, nie ma co poświęcać mu czasu i wysiłku, gdy język pruski (tj. litewski literacki) jest żywy. Tym tolkemitczycy tylko się ucieszyli, przecież Lepa zna ten „język pruski”, więc to w zupełności wystarczy. W końcu, nie mając z kim rozmawiać, Kraft nie był już w stanie bez słownika przypomnieć sobie swoich własnych wymyślonych słów.
Jak wspomniano, za cenne dziedzictwo Krafta uważam jego twórczość literacką, którą bez większych trudności można poprawić według obowiązujących obecnie norm.
Obecnie wielu pierwszych tolkemitczyków już nie żyje. Po zrzeczeniu się przez Niemcy utraconych ziem na wschodzie, państwo przestało wspierać stowarzyszenia wysiedleńców; te zaczęły szukać nowych dróg, poświęcać więcej uwagi nieniemieckiej przeszłości utraconych ziem, komunikować się ze wszystkimi możliwymi organizacjami, włączając w to „Tolkemitę”. Do niej trafiło sporo młodszych osób o germańskim nastawieniu. Dlatego obecna „Tolkemita” jest znacznie bardziej praktyczna i trzyma się ogólnej polityki wysiedleńców (por. stronę internetową http://www.tolkemita.de.vu/). Jeśli wcześniej nie chciano uczyć się języka pruskiego z powodu „teorii” Lepy, to teraz byłaby to już całkowita „absurdalność”: bałtyccy Prusowie to dla nich bezpowrotna przeszłość, praktyczniej byłoby uczyć się języków obecnych mieszkańców, przede wszystkim rosyjskiego i polskiego. Z bałtyckości pozostały tylko sprzeczne sympatie / antypatie do Litwinów, i pozostają one daleko od wszystko przesłaniającego lokalnego patriotyzmu niemieckiego.
Próba przyjaciela G. Lepy, Reinharda Grunenberga, założenia wewnątrz „Tolkemity” grupy „Prusa Gruppe Deutschland” (por. <http://www.prusai.de>), która byłaby bardziej bałtycka, wyraźnie się nie powiodła z powodu aroganckiej niechęci do komunikowania się na zasadach równości z „nieprawdziwymi” Prusami, „samozwańcami” na Litwie, w obwodzie kaliningradzkim i w Polsce. Grupę tę tworzy kilku mocno starszych emerytów (najbardziej aktywny – Manfred Kaireit, potomek Litwinów pruskich, uważający się za prawdziwego Prusa na zasadzie administracyjnej). Obecnie mają nadzieję więcej zyskać z kontaktów z ryskimi bałtystami zajmującymi wyższe pozycje akademickie, którzy nie pretendują do nazywania się Prusami.
„Tolkemita” okresowo wydawała zbiory artykułów, w których popularyzowano przedrukowane z innych miejsc publikacje naukowe. Wątpliwe, by takie zbiory mogły mieć jakikolwiek wpływ czy znaczenie. Widzimy zatem, że niemieccy Prusowie nie są w stanie odrodzić się jako bałtycka grupa etniczna mająca jakąkolwiek przyszłość.
„Prūsa”
Założony na Litwie w 1987 r. klub „Prūsa” wyrósł na fali odrodzenia. Litewscy patrioci od razu zaczęli wiązać z nim nadzieje na „odzyskanie” obwodu królewieckiego na zasadzie Małej Litwy. Ponadto do klubu wstąpili Litwini pruscy, którzy nie mieli jeszcze swojej organizacji, oraz jeden czy drugi „germanofil”. Powstało barwne, trudno porozumiewające się między sobą towarzystwo. Udało się ich z grubsza zdyscyplinować, otwierając nieformalne filie w Olsztynie (dentysta Simon von Biberstein-Kazimierski), Rydze (muzykolog, obecnie profesor uniwersytecki Valdis Muktupāvels) i Królewcu (Aleksejus Selizarovas), oraz jednocząc ich w Bractwo Pruskie o strukturze zakonu. Grunenberg ze swoją „Prusa Gruppe Deutschland” odmówił wejścia w skład Bractwa.
Wielkim mistrzem Bractwa wybrano Vytautasa Mažiulisa, kanclerzem – Mikkelisa Klussisa (później – Rolfa Brockmeiera, policjanta z Zachodniego Berlina, później archeologa Valdemarasa Šimėnasa, następnie Dailūnasa Rissinisa). Autorytet akademika Mažiulisa początkowo powstrzymał litewski klub „Prūsa” od rozpadu. Jako ideologię jednoczącą próbowano idei Klussisa, że Prusowie to rozproszona (dyspersyjna) grupa etniczna, która odziedziczyła wszystkie bałtyckie tradycje, będąca z natury integralna (łącząca elementy subkultur niemieckojęzycznej, litewskojęzycznej i polskojęzycznej, które należy „przekodować” na odrodzony język pruski).
Pierwsi odpadli Litwini pruscy, tworząc swoje stowarzyszenie. Około 1990 r., po finansowym wsparciu i intrygach Lepy („Začem nam tie litowcy!” – Na co nam ci Litwini!), odpadł klub królewiecki, ogłaszając się niezależnym „Klubem Prus Wschodnich” i idąc drogą niemieckojęzycznej regionalistyki obwodu. Wyrzucili z kierownictwa Selizarovasa i wybrali prorosyjskiego Anatolija Bachtina, pracownika archiwum miejskiego. Nie stali się oddziałem „Tolkemity” (Bachtin zaczął drwić z „Tolkemity” i nazywać jej członków „tołkemitczikami”), więc Lepa, rozbiwszy Bractwo, pozostał przy rozbitym korycie.
Gdy Bractwo się rozpadało, litewscy członkowie „Prūsy”, naukowcy (historyk Romas Batūra, językoznawczyni Grasilda Blažienė, archeolog Valdemaras Šimėnas), wykorzystując Šimėnasa jako kanclerza Bractwa i kierownika litewskiego klubu, próbowali dokonać przewrotu, zlikwidować Bractwo i dostosować klub do swoich praktycznych naukowych oraz naukowo-popularyzatorskich (i własnych) interesów. Ale większość Prusów poparła Klussisa, który został ponownie wybrany zamiast Šimėnasa, a spiskowcy wycofali się, nie składając żadnych oświadczeń ani wyjaśnień, poniżając tym samym klub i kierownictwo.
Dalsze wymieranie Bractwa wiąże się ze zmianą sytuacji politycznej, nowymi granicami państwowymi oraz zubożeniem, które stało się główną przeszkodą w odwiedzaniu innych klubów, organizowaniu zjazdów klubowych. Wkrótce Bractwo zmarło, ponieważ nie odbyły się regularne wybory kierownictwa (Auktimiskos), których wymagał rygorystyczny statut. Jednak główna przyczyna śmierci to odśrodkowe tendencje patriotyczne, kiedy nawet wewnątrz tego samego klubu dochodziło do konfliktów nurtów „proniemieckich” i „prolitewskich” (faktycznie dotyczących identyfikacji samych Prusów albo jako niemieckiej, albo litewskiej), a w Olsztynie próby Kazimierskiego rozszerzenia klubu zostały zablokowane przez błyskawicznie powstałą na gruncie polskiego patriotyzmu „Borussię”. Niemieccy Prusowie z zasady nie chcieli i nie chcą uważać za Prusów nikogo poza sobą. Wszystko to pokazuje, że nie pojawiły się siły zdolne zjednoczyć wszystkich i reprezentować odrębną, samodzielną etniczną grupę bałtycką – Prusów.
Zatem oburzenie naukowców, którzy odeszli z litewskiego klubu, można zrozumieć. Przecież znamienne jest, że jeden znany mieszkaniec Kłajpedy (należący do Litwinów pruskich, ale widziany podczas święta odbudowy pomnika Taravos Anikė, biegający z flagą Niemiec) nazwał klub „Prūsa” „marginalną organizacją niepatriotyczną” – tradycyjne lamenty nad „poległymi Prusami” są do dziś, jednak żyjący Prusowie, którzy nie zgadzają się ani z Niemcami, ani z Litwinami, ani z Polakami, okazują się nikomu niepotrzebni.
Ponieważ sam pierwszy klub „Prūsa”, a później całe Bractwo, były kierowane przez litewskich językoznawców, ruch ten wykonał główną pracę przy odtwarzaniu języka pruskiego. Przez długi czas na Litwie wydawana była gazeta „Prūsas tāutas Prēigara” „Prūsų žemės Prieglius” w językach pruskim, litewskim, łotewskim, niemieckim, polskim i rosyjskim (nazwa podkreśla mistyczne, symboliczne znaczenie nazwy rzeki Prieglius / Preigara; gazeta została niedawno wznowiona w języku pruskim w Królewcu), w której oprócz wiadomości ogólnych drukowano lekcje języka pruskiego, wydano pierwszą normatywną gramatykę języka pruskiego (Klussis M., Prūsų kalba, 1, Wilno: Prūsa, 1989), pierwszy dwutygodniowy kalendarz pruski z tekstami o działaczach kultury z ziem pruskich (nie tylko Litwinów pruskich), napisanymi po prusku i obok przetłumaczonymi na litewski, łotewski, niemiecki i rosyjski (Kowno; Spindulys, 1989), pierwszy słownik odtworzonego języka pruskiego z pruskiego na inne języki i na pruski (pięć wariantów w pięciu językach – litewskim, łotewskim, niemieckim, polskim, rosyjskim: Wilno, Europos išskaidytų etninių mažumų institutas, 1999), wspólnie z łotewskim klubem przygotowano pierwszy zbiór pieśni pruskich „Rasa” w języku pruskim z nutami i tłumaczeniem na łotewski (Ryga, 1989) i litewski (Wilno, 1990). Na Litwie wiersze w języku pruskim tworzył Prancis Arellis, na Łotwie – Dailūnas Russinis. W Rydze Raitis Wannagas wydawał inną pruską gazetę, w której tłumaczono nawet „Kronikę Duisburga”. Rozpoczęto tworzenie bibliografii i wirtualnej biblioteki, składającej się z książek wszystkich członków. Podczas zjazdów próbowano rozmawiać po prusku.
W tym czasie najlepiej opanowali ten język Mikkelis Klussis, profesor medyk Prancis Arellis i Dailūnas Russinis z Jēkabpils.
Trzeba powiedzieć, że nasza „niepatriotyczna kosmopolityczna działalność” była często wspierana przez całkiem patriotyczne litewskie organizacje, które uważały, że niby ożywiamy litewskość w Królewcu…
Półtora roku temu klub „Prūsa” został ponownie utworzony na Litwie przez jego byłą członkinię, historyczkę i archeolożkę Mildę Janiūnaitė, ale nie ma on już nic wspólnego z poprzednimi celami i jest komercyjną organizacją turystyczną zajmującą się regionalnymi tematami kulturalnymi.
Dodam jeszcze, że mniej więcej równolegle z „Prūsos Brolija” w USA zaczął działać Sudowianin Josefas Pashka, filolog, który stworzył alternatywny słownik oparty na dialekcie sambijskim, ale nazwał go słownikiem języka sudowskiego. Jest on bardzo aktywny do dziś (por. <http://www.suduva.com/>). Raz Josefas odwiedził mnie w Kownie i od tego czasu jesteśmy przyjaciółmi.
Nowa fala
Po wymarciu ruchu „Prūsa”, nowy impuls pojawił się niespodziewanie z zupełnie nieoczekiwanej strony dzięki internetowi. Około 2004 roku odnalazł mnie całkowicie nieznany mi przywódca miejscowej społeczności pruskiej, która powstała w Królewcu, Glabbis Niktorius. Okazało się, że bardzo młodzi ludzie, nawiązawszy kontakty z byłymi Prusakami Selizarovasem i innymi w Królewcu, zaczęli uczyć się języka z publikacji „Prūsy” i postanowili ugruntować swoją pruską tożsamość. Glabbis przewodził grupie muzycznej „Romovė Rykoito” i zbliżał się do duchów ziemi pruskiej poprzez własną interpretację naturalnej religii. Jego grupie brakowało pruskich słów – w rzeczywistości słownik z 1999 r. był dość skromny. Z Glabbisem związana jest więc nowa fala odtwarzania języka pruskiego.
Jeśli Selizarovas miotał się między „Prūsos Brolija” a Niemcami, a Bachtin doskonale wkomponował się w kontekst obwodu królewieckiego, to Glabbisowi i jego grupie właściwe jest kategoryczne odrzucenie otoczenia i nostalgia za transcendentalną przeszłością. Na otaczający świat patrzą z pogardą, jeśli nie z nienawiścią. Dlatego moje idee integralnych Prusów, opierające się na roku 1945 i „przekodowaniu” integralności na pruski, nie mogły być dla Glabbisa do przyjęcia. Jego marzeniem jest założenie w lesie pustelniczej wspólnoty pruskiej, żyjącej z naturalnego rolnictwa. Jednak to nie przeszkodziło nam w rekonstrukcji słów.
Mniej więcej w tych samych latach młody polski historyk dr Grzegorz Białuński (obecnie już profesor, doktor habilitowany), z którym poznałem się kilka lat wcześniej na konferencjach „Akademii Bałtyckiej” w Lubece, najpierw zaprosił mnie do wygłoszenia referatu o moich pracach w prowadzonym przez niego kółku, a potem zaczął regularnie zapraszać na wydarzenia poświęcone tematyce pruskiej, które organizuje Ośrodek Badań Naukowych im. Wojciecha Kętrzyńskiego w Olsztynie (<http://www.obn.olsztyn.pl/>). W tym czasie w Olsztynie zakładano bowiem Stowarzyszenie Miłośników Historii i Kultury Prusów „Pruthenia” (<http://www.pruthenia.strefa.pl/>). Na jedną z konferencji olsztyńskich jesienią 2005 r. przybył student biofizyki z Uniwersytetu Toruńskiego Gniewomir (Nertikas) Sarbicki, który dowiedział się o mnie w internecie i chciał się poznać. Okazało się, że jest prawdziwego pochodzenia mazurskiego i również uważa się za Prusa oraz chce odtworzyć język pruski.